Wszędzie panie Halinki…

Mam chyba jakiegoś wyjątkowego pecha do usług szeroko pojętych. Wiele interakcji, czy to w banku, na poczcie, u fryzjera, w sklepie, z reguły nie przebiega tak, jak przebiegać powinno. Przez 7 lat wpajano we mnie zasady prawidłowej obsługi klienta, uczono proaktywnej postawy wobec klienta, prezentowania sobą jakiejś kultury osobistej, zaangażowania, a przede wszystkim profesjonalizmu. Krytycznie patrząc, spełniam te kryteria. Raczej nikt nie miał podstaw do narzekania. Teraz z kolei ja oczekuję podobnego zachowania względem mnie, gdy na co dzień w wielu sytuacjach to ja jestem klientem.

O naiwności.

Aktualnie na tapecie temat nieruchomości, więc mam przyjemność (?) częstych kontaktów z pośrednikami. Nie powiem, że wszyscy są źli. Jednak ci pośrednicy, na których trafiam, wystawiają bardzo niefajne świadectwo jako reprezentanci tego zawodu.

Porada wstępna: Zanim zaczniesz rozglądać się za ofertami nieruchomości, upewnij się, że masz abonament i mnóstwo darmowych minut.

Pośrednik 1: Dzwonię raz. Po jakimś czasie drugi raz. Odbiera. Umawiamy się na oględziny nieruchomości na konkretny dzień, na konkretną godzinę. Załatwiam „wsparcie techniczne”. Jakieś przeczucie każe mi na pół godziny przed terminem zadzwonić do pośrednika. Po drugiej stronie lekkie zakłopotanie: „Oj, to ja do Pani nie zadzwoniłem? Bo oferta jest już nieaktualna…”

Porada kolejna: Wiąże się z powyższym o tyle, że gdybym jednak nie zadzwoniła, odbyłabym wycieczkę do miejsca X, co wiąże się ze stratą czasu oraz paliwa. Dlatego niezbędne jest posiadanie samochodu – rozsądnego i niedrogiego w eksploatacji. Mój niestety trochę pali.

Pośrednik nr 2: Pierwszy telefon miał miejsce jakiś miesiąc temu. Standardowe „Sprawdzimy, czy oferta jest aktualna i oddzwonimy do Pani”. Przyznam się, że… zapomniałam. Ostatnio przeglądając przypadkiem książkę kontaktową w telefonie zauważyłam wpis „[ulica] garaż ogródek”. Aha! Dzwonię. Osoba 1 stwierdza, że tak, oferta jest chyba aktualna, ale właściwie to zajmuje się nią ktoś inny, ta osoba jest na dłuższym chorobowym, więc skontaktuje się ze mną Osoba 2. Zapisałam sobie imię i nazwisko. Czekam. Dzień, dwa – cisza. Wyszperałam w sieci ogłoszenie, znalazłam nazwę pośrednika, wlazłam na ich stronę, o – są pracownicy biura, jest moja Osoba 2. Dzwonię raz, drugi, trzeci (o różnych porach dnia), Osoba 2 nie odbiera telefonów ani nie oddzwania. Z powrotem do Osoby 1 – Przekaże moją prośbę o kontakt. W końcu dziś, po kilku próbach, udało mi się porozmawiać z Osobą 2. Znowu takie letnie reakcje, może jest, może nie ma, trzeba zadzwonić, zapytać, umówić z wyprzedzeniem na oględziny. skontaktują się ze mną. Aha. Wyczuwam, że Osoba 2 o proaktywnym podejściu do klienta z pewnością w życiu nie słyszała, więc szybko (zanim rozmówca przerwie połączenie) rzucam hasło, jakiego typu mieszkania szukamy, może biuro ma w swojej ofercie coś odpowiadającego naszym kryteriom. Myślicie, że Osoba 2 rzuciła się na tę wysuniętą pod jej nos rybę? Niet. Jakiś zakłopotany śmiech, zero zapewnienia w stylu „Oczywiście, przejrzymy bazę ofert i skontaktujemy się z Panią”, szybkie zbycie i pa-pa.

Jak widać, załatwianie czegokolwiek jest dla mnie udręką i testem mojej cierpliwości (nie zawsze zdanym). Ale i tak hitem była pewna sytuacja w sklepie, gdy stałam już przy kasie, płacąc za zakupy. Uśmiechnęłam się do kasjerki. Ekspedientka: „A co się pani tak do mnie uśmiecha???”

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s