Pinky, czy kapujesz to, co ja kapuję?

Pinky: Móżdżku, co będziemy robić dzisiaj w nocy?

Mózg: Dokładnie to samo, co robimy każdej, Pinky – opanowywać świat!

***

W towarzystwie naszego Wsparcia Technicznego (zwanego dalej WT) ruszyliśmy na podbój okolicy. Zaczęliśmy od Nieruchomości B (numeracja – patrz poprzedni post). WT rozejrzało się i zaczęło zadawać konkretne pytania, poparte doświadczeniem, którego my jeszcze nie mieliśmy okazji i możliwości nabyć. Niestety, właściciel nieruchomości na większość z tych pytań nie umiał udzielić odpowiedzi, sprawiając wrażenie, jakby mieszkając X lat w domu i przeprowadzając różnorakie prace i remonty, nie miał pojęcia o budynku, w którym mieszka, Nie posiadał też żadnej dokumentacji, z której można by się co nieco dowiedzieć na temat stanu technicznego nieruchomości. Na marginesie dodam, że WT pod tym względem jest bardzo uporządkowane i własną dokumentację posiada i przechowuje starannie – Co teraz doceniam i podziwiam.

OK, ale wprawne oko wiele rzeczy dostrzeże i oceni, nawet mimo braku dokumentacji. Nawet to, co może kryć się pod ocieplonym budynkiem obitym wewnątrz boazerią. Oceniona została konstrukcja budynku, zakres koniecznych prac remontowych, porównane zostało to z lokalizacją nieruchomości i wiążącą się z tym wysoką ceną.

Tu zrobię kolejną dygresję: Śledząc pilnie oferty nieruchomości, jestem mocno zirytowana faktem sztucznego windowania cen nieruchomości z powodu (często rzekomej) atrakcyjności lokalizacji. Jaki jest wyznacznik owej atrakcyjności? Co sprawia, że często nagle jakaś okolica, ba, ulica nawet, staje się synonimem splendoru i wszyscy, jak te głupie owce, pędzą, by tam zamieszkać? Tak samo, jak niemoralnym jest dla mnie wypłacanie milionowych wynagrodzeń gwiazdom i gwiazdeczkom, tak samo niemoralnym byłoby zapłacić za jakiś mit.

I to właściwie główny powód, dla którego jestem na „NIE” dla nieruchomości B. Stosunek jakość: cena. Bo ja nie z tych, którzy wezmą niebotyczny kredyt, byle tylko mieszkać wśród Wybranych, potem całe życie płacą miesięcznie bankowi wysoką ratę (2300 PLN +), jednocześnie będąc nieszczęśliwymi. W końcu samo Posiadanie szczęścia nie daje.

Nieruchomość A zdołaliśmy obejrzeć jedynie z zewnątrz. Niestety coś zawaliło na linii Ja-Właścicielka, nie będę dociekać, kto się pomylił, kto kogo źle zrozumiał, w rezultacie nie było jej tego dnia w domu. WT oceniło budynek zatem tylko z zewnątrz oraz pobieżnie klatkę schodową i piwnicę, ponieważ wejście do budynku było otwarte na oścież. To w sumie fascynujące: Bramy wjazdowe na posesję nie zabezpieczone kłódkami, na teren ogrodu i budynku (Już nie do poszczególnych mieszkań!) każdy się może dostać, a wszystko leży, jak leżało, nic nie ginie, nawet w sprawiającej średnie wrażenie okolicy. A może właśnie w tym leży przyczyna? Złodziej nie okrada swojego, o podobnym statusie, tylko wypatruje sobie ofiary w bogatszych (tych elitarnych!) dzielnicach? Jeśli tak, bardzo mnie cieszy ten stan rzeczy.

Teraz pozostaje mi jeszcze raz umówić się na wizytę, żeby WT miało możliwość rozejrzenia się po mieszkaniu, sprawdzić KW (nie podoba mi się jeden zapis) i inną dokumentację i, cóż, przemyśleć Ostateczną Decyzję i zacząć planować 🙂 Ale wszystko na spokojnie – Emocje w międzyczasie opadły.

21

To już 21. post! Coś w tej liczbie musi być…

Właściwie to chciałam zacząć od:

OMG! OMG! OMG! OMG! OMG! OMG! OMG! OMG! OMG! OMG! OMG! OMG!

OMG! OMG! OMG! OMG! OMG! OMG! OMG!

Kula-szpiegula zrobiła rekonesans. Nie mogę pisać, taka jestem „rozklekotana”. Jest druga opcja! Tak sobie myślę, że zrobię coś w rodzaju tabelki, by uporządkować trochę ten chaos kłębiący się w mojej głowie.

Lokalizacja / Dojazd do pracy:

A: Dojazd do posesji przez nieco ponurą część miasta, co może wstępnie zniechęcić. Sama lokalizacja dość dobra – Dzielnica starych przedwojennych willi. Kilka lat temu jedna z dróg dojazdowych do ulicy, na której mieści się budynek, była zalana. Sam budynek ze względu na swoje położenie nie znajduje się w strefie zagrożenia powodzią / podtopieniem. Krótki spacer (15 min.?) do przystanku komunikacji miejskiej. Odległość do mojego miejsca pracy: 11 km

B; Małe osiedle domków jednorodzinnych, położone trochę na uboczu blokowiska, dzięki czemu jest tam cicho i spokojnie. Niestety rzekomy splendor lokalizacji podbija cenę nieruchomości. Odległość do mojego miejsca pracy: 7 km

Budynek:

A: 2 piętra przedwojennej willi (- do ewentualnego połączenia, ale po obgadaniu tej kwestii z moim mentorem odchodzę od tego pomysłu) plus piwnica. Budynek z zewnątrz do ocieplenia. Dach kryty papą, w dobrym stanie. Duży garaż z warsztatem. Na parterze sąsiedzi. Duży, własny ogród.

B: Szeregówka starszego typu, parter + piętro. Budynek ocieplony, z zewnątrz na chwilę obecną nie wymaga nakładów finansowych. Dach kryty papą, w dobrym stanie. Duży garaż. Oczywiście jest i ogród, trochę mniejszym niż w przypadku budynku A.

Wnętrze:

A: 5 pokoi. Mieszkanie o bardzo pięknym, funkcjonalnym układzie pomieszczeń. Pokoje przestronne, słoneczne, do odświeżenia. Kuchnia i łazienki do remontu. Pralnia w piwnicy. Na strychu możliwość urządzenia suszarni. Ogrzewanie: 3 opcje do wyboru + 1 dodatkowa (stary piec kaflowy).

B: 5 pokoi o standardowym, jak na szeregówkę, układzie. Remont pomieszczeń do przemyślenia. Kuchnia i łazienka do remontu. Ogrzewanie gazowe.

Jesteśmy na etapie sprawdzania KW i okolicy. I mamy zagwozdkę. Osiołkowi w żłoby dano, w jeden owies, w drugi siano… Obie opcje prezentują się bardzo dobrze.

Światełko w tunelu

W końcu coś się ruszyło.

Dzień nie zapowiadał niczego szczególnego. Kolejny chłodny, mglisty, deszczowy dzień, jeden z tych, kiedy jedynym moim marzeniem jest wrócić do domu i zagrzebać się z książką pod kocem. Albo po prostu wrócić do domu. Możliwość tę docenia się wtedy, gdy po pracy trzeba wsiąść w auto i ruszyć na kilkugodzinną wycieczkę po okolicy. Bez aparatu.

Bywają chwile, kiedy górę bierze zrezygnowanie, przygnębienie i rozczarowanie, wynikające z rozdźwięku pomiędzy kuszącym opisem w ofercie a rzeczywistością. Staram się jednak szybko to opanować, przypominając sobie, że nasze poszukiwania domu/mieszkania to tak naprawdę wspaniała, wielka przygoda. Możliwość poznania okolicy i wielu interesujących ludzi. Zobaczenia, jak mieszkają. W końcu kiedy trafi mi się znowu kolejna okazja, by tak po prostu połazić sobie po cudzych domach i bezczelnie się na wszystko pogapić? 😉

Pierwszy na liście dom był… był jak poprzednie. Z zabetonowanym w 70% mikro-ogrodem o umownym podziale między X właścicieli nieruchomości.

Do kolejnego nawet nie chciało mi się jechać. Zaczęło właśnie padać, żarówka w samochodzie mi padła, zmarzliśmy podczas grzebania w bebechach (Wymiana żarówki w aucie powinna być intuicyjna i tak łatwa, że jako kobieta powinnam poradzić sobie z tym bez problemu. Natomiast tu… Brak słów. Konstruktor tego modelu musiał być wyjątkowo złośliwym człowiekiem.) i generalnie byłam na „nie”.

Sprawdziłam trasę (przy okazji znajdując błąd w trasie proponowanej przez wujka Google, który podstępnie chciał mnie poprowadzić deptakiem), ruszyliśmy. Dojazd OK (w godzinach szczytu mniej OK), odległość do miejsca pracy akceptowalna. Okolica w zapadającym zmroku wywarła na mnie średnie wrażenie, ale gdy rozejrzałam się dokładniej, stwierdziłam, że ma pewien potencjał. Za parę lat będzie tu ładnie, kiedy nowi właściciele sąsiednich budynków ogarną swoje posesje. Budynek z zewnątrz do remontu (ocieplenie i inne związane z tym prace), składa się z dwóch mieszkań, z których każde ma własny podjazd, garaż i ogród. Osobny. Ogrodzony. Sensownych rozmiarów. Mieszkanie, które obejrzeliśmy, jest przestronne, o funkcjonalnym rozkładzie pomieszczeń. Istnieje możliwość zaadaptowania wyższego piętra i utworzenia mieszkania dwupoziomowego. Stan do odświeżenia, kuchnia i łazienka niestety do zrobienia od podstaw (to, co najdroższe…), okna po wymianie, dach w dobrym stanie. Razem z mieszkaniem mogłabym dostać część mebli.

Podsumowując: Podoba mi się. Będziemy myśleć nad tą ofertą bardzo intensywnie, sprawdzimy lokalizację pod paroma kątami i zasięgniemy opinii naszego wsparcia technicznego.

Jeszcze tylko w najbliższym czasie kula-szpiegula poleci obejrzeć pewną nieruchomość położoną niedaleko naszego aktualnego miejsca zamieszkania, która też zapowiada się ciekawie. Raport z oględzin niebawem.

Gdy babie się nudzi…

Gdy babie się nudzi, to robi nalewki.

Nalewka kawowa chodziła za mną już od dłuższego czasu. Szukałam idealnego przepisu, męczyłam znajome, ale żaden znaleziony przepis nie wzbudził we mnie większego entuzjazmu. Dziś pogoda taka nijaka, na spacer wyjść się nie chce, na siedzenie przed komputerem też nie bardzo mam ochotę (Będzie na to mnóstwo czasu w tygodniu), cóż więc robić? Dwa podstawowe składniki przyszłej nalewki zgromadziłam już dawno. A są to:

– Dobra kawa, oczywiście. Nigdy nie byłam kawoszem, kawa zawsze smakowała mi obrzydliwie, w szczególności te słodkawe napoje mleczno-kawowe, produkcji domowej lub z hipsterskich kawiarni (Czy to się jeszcze w ogóle nazywa kawiarnią? Ja prosta dziołcha jestem.) Pierwszym pozytywnym doznaniem była kawa, do której mnie niejako… przymuszono. Barista odmówił przygotowania dla mnie napoju z cukrem i mlekiem, nakazał wypicie tego, co poda. Kawa, przyznam, była niesamowita. O delikatnym posmaku jagodowym, jakkolwiek dziwnie to nie brzmi. Do wypicia kolejnej kawy zachęcono mnie w Grecji. Jak pić kawę, to konkretną – parzoną, słodką kawę po grecku (lub po turecku – Co do nazwy i pochodzenia istnieją pewne kontrowersje, ale nie mi dociekać ich przyczyny ani rozstrzygać spór na czyjąś korzyść. W Grecji piłam Ellinikos Kaffés. W Turcji będę raczyć się lokalną odmianą.) Od tamtej pory, gdy naleci mnie smak, zaparzam sobie właśnie taką kawę. Bo (uwaga, uwaga!) odkryłam niedaleko mojego miejsca pracy sklep pana Araba (jak go sobie potocznie nazywam), w którym nabyłam ibryk, kawę oraz rozmaite baklavy i ciasteczka maamoul. Ibryk i kawa przydały mi się dzisiaj przy produkcji nalewki. Z racji pojemności ibryka cały proces trwał trochę, ale opłaciło się, mam nadzieję.

– Cukier. Bynajmniej nie nudny biały w kostkach czy drobny. W zakamarkach szafki trzymam na specjalne okazje mały woreczek podarowanego mi prawdziwego cukru trzcinowego z (H)Ameryki. Różni się bardzo od dostępnego w Polsce brązowego cukru trzcinowego, zarówno konsystencją (bardziej „miałki” jak drobniutki wilgotny piasek, a nie kostki kryształków), jak i smakiem (słodszy inaczej, haha).

Całe te rozważania kawowe prowadzą do właściwie jednej myśli:

Przez całe życie byłam przyzwyczajona do ogromnej kuchni z dużą powierzchnią roboczą. Obecnie męczę się w bloku, gdzie zbiłam już przynajmniej z 3 pokrywki (Ku mojej rozpaczy nigdzie nie mogę dostać zamienników) oraz jeden drogi spodeczek od serwisu. Dlatego mój przyszły domek musi mieć kuchnię sensownych rozmiarów. O.

Ufając memu oku i szkiełku

Wracaliśmy właśnie z wojaży przeróżnych, na luzie, spokojnie, bez stresu, odwiedzając po drodze rodzinę i znajomych, gdy zadzwonił telefon. Tak po prawdzie spodziewałam się tego telefonu dzień, dwa wcześniej, ale to w końcu Pośrednik.

Kontakty z nimi są czystym chaosem. Myślisz, że konkretnego dnia, o konkretnej godzinie jesteś umówiony na obejrzenie nieruchomości, gdy nagle w ostatniej chwili Pośrednik zmienia termin. Masz szczęście, jeśli zostaniesz poinformowany, że oferta jest już nieaktualna. Tak, owszem, są na świecie kompetentni pośrednicy, tylko czemu my często trafiamy na tych kompetentnych inaczej?

Ok. Tym razem za 2 godziny mamy być pod wskazanym adresem w celu obejrzenia mieszkania będącego połową domu, stanowiącego z kolei połowę domu-bliźniaka (brzmi skomplikowanie. Później się wyjaśni). Damy radę? No ba. Jeszcze zdążyliśmy szybko skoczyć do chain restaurant wszamać coś średnio zdrowego. Wiadomo, jak człowiek głodny, to zły. A w złych humorach nieruchomości oglądać nie sposób.

Lokalizacja świetna – Do pracy mogłabym jeździć rowerem (Może w końcu zaoszczędziłabym na kosztach paliwa, które ostatnio stanowią moje główne wydatki. A tymczasem w Sephorze widziałam taki świetny kosmetyk, który chciałabym sobie kupić…) Wnętrza nie bardzo mam się jak doczepić. Chyba nie potrzebuję wspominać o konieczności przeprowadzenia drobnego remontu w celu przystosowania mieszkania do moich wyobrażeń. To standard, dlatego chyba zacznę pomijać te kwestie milczeniem jako nie tyle nieistotne, co wynikające same przez się. Ale wielkość, rozkład pomieszczeń, ich funkcjonalność – super. Trochę zmartwiły nas znowu kwestie związane z umownością podziału ogródka, ale w przypadku mieszkań tego typu nie ma po prostu innej opcji. Trzeba to zaakceptować. Poza tym dach do remontu. Garaż też. Ogródek do ogarnięcia. Dom przydałoby się w przyszłości ocieplić. To wszystko jest do zrobienia.

Optymistycznie nastawieni do pomysłu, wracaliśmy w końcu do domu – dość okrężną trasą, odwiedzając kolejną część rodziny, gdy nagle zapaliła się w mojej głowie żarówka. Wielki pulsujący znak alarmowy. Cóż to moje ślepe oczy widziały tuż obok, w drugiej części nieruchomości? A piękną restaurację, organizującą imprezy firmowe, komunie oraz wesela.

Illegitimus non carborundum

Nieco już zrezygnowani dotychczasowym stanem rzeczy (Czy wspominałam, że domek od developera jest już nieaktualny? Podczas gdy my rozważaliśmy opcje kredytowe, ktoś szybciutko go łyknął. Dowiedziałam się o tym fakcie przez zupełny przypadek. Przez chwilę było mi nawet przykro, ale wizja wysokiej miesięcznej raty kredytu skutkującej prawdopodobieństwem żywienia się przez najbliższe 30 lat samym chlebem i mlekiem ukoiła smutek porażki.) umówiliśmy się na oglądanie kolejnego mieszkania niejako po drodze ku naszemu upragnionemu urlopowi.

W międzyczasie (czyli od ostatnich postów. Wiem, trochę Was zaniedbałam, ale wieczorami brakło mi już sił na kreatywne myślenie, musicie mnie zrozumieć.) obejrzeliśmy jeszcze co nieco, czyli m.in.:

– Mieszkanie w bezpośrednim sąsiedztwie 2 głównych dróg (=hałas uniemożliwiający zebranie myśli), w taki stanie, że koszt jego zakupu wraz z kosztami remontu (a jest co remontować, oj jest) prawdopodobnie przewyższyłby koszt kupna domu.

– Dom położony niby w centrum, a jednak w sympatycznej, spokojnej i zielonej okolicy. Wielkość domu i działki oszacowaliśmy jako idealne na nasze potrzeby. Haczyk? Jest, a jakże! Dom wystawiono na sprzedaż w ramach aukcji komorniczej. Określona w niej cena wywoławcza stanowi jednak maksymalną cenę, którą byłabym skłonna zapłacić za tę nieruchomość. Poczekam, zaryzykuję, może nie będzie chętnych, a nuż w drugiej turze cena wywoławcza zostanie obniżona?

– Mieszkanie, rzekomo z ogrodem, który w rzeczywistości okazał się być drogą dojazdową do garażu. Mieszkanie z balkonem – wychodzącym na ruchliwą ulicę, na którym wedle zapewnień właściciela spokojnie mogę zrobić grilla. Mieszkanie po remoncie i adaptacji do indywidualnych potrzeb i gustu – ale de gustibus non est disputandum. Z tym akurat nie byłoby problemu, ot, kolejna wizja, kolejny remont i adaptacja wg mojego widzimisię i gra gitara.

W międzyczasie wysłuchałam kilku komentarzy na temat mojej osoby, które mogłabym podsumować w następujących słowach: Jestem niezdecydowana, sama nie wiem, czego chcę, długo szukam, marudzę, sprawdzam, a inni – NIE.

Cóż. Może i jest w tym trochę prawdy (że niby długo szukam i sprawdzam. Nie zgadzam się natomiast kompletnie co do kwestii mojego niezdecydowania. Mam ściśle określone cele, patrz post nr 2). Z drugiej strony jednakże, nie narzekam na nadmiar pieniędzy. Zamierzam wydać dużo, duuużo PLN (w dodatku nie moich, tylko bankowych) na miejsce, w którym będę mieszkać przez najbliższe kilka/kilkanaście lat (Założenie czysto teoretyczne i raczej pragmatyczne. Chyba że nagle spakujemy manatki i podążymy ku zachodzącemu słońcu. Oferty napływają ciągle i kuszą, kuszą…). Mając to na uwadze, faktycznie przeglądam każdą interesującą ofertę bardzo skrupulatnie, sprawdzam, radzę się (Ewie, mojemu mentorowi, jeszcze nie wyczerpały się zasoby cierpliwości, co mnie ogromnie cieszy :)), ponieważ nie chcę kupić na szybko kota w worku. Ciągle mam nadzieję znaleźć kiedyś coś, co będzie zbliżone do mojego ideału. Miejsce, gdzie – tak zwyczajnie i po prostu – będzie mi się fajnie mieszkało.

Nic to. Niezrażeni dotychczasowymi niepowodzeniami (yhy…) pojechaliśmy zobaczyć jeszcze jedno mieszkanie.

Jest taka miejscowość, którą mijamy na naszej stałej trasie, nazywa się Kotulin. Gdyby mieszkaniom nadać nazwy jak np. willom w górach, nazwa „Kotulin” byłaby tu adekwatna. Lubię koty, te sierściuchy przebrzydłe, te gady wiecznie nienażarte. Jestem szczęśliwym (yhy…) posiadaczem 2 sztuk Zła, wiecznie obrażonego na świat, i niejako współposiadaczem 4 sztuk Tygrysów, wynikłych z niedopilnowania przez rodziciela harmonogramu kociej antykoncepcji. Jednakże, moje stado musi przestrzegać (!) pewnych zasad. Gdy domownicy są w domu, koty mogą ewentualnie przebywać w piwnicy lub na parapecie wewnętrznym okna w kuchni. Czasem, gdy nikogo innego nie ma, a ja przymknę oko, jakieś kocie zwłoki okupują krzesło lub ześlizgną się na podłogę, domagając się pieszczot i/lub jedzenia (raczej tego drugiego – jestem realistą). Czasem też, jak dziś, któryś z nano-mikro-kotów stał się nagle niewidzialny i podstępnie prześlizgnął obok mnie bądź bezpośrednio zmaterializował się w garażu, gdzie oprócz gustownych śladów kocich stópek na szybie samochodu pozostawił na środku pomieszczenia ewidentny dowód swej bytności oraz sprawnie działającego układu wydalniczego, czytaj: dużą kupę. Nie ma co owijać w bawełnę, życie nie jest różowe.

W Kotulinie natomiast, koty były wszędzie. Duże, mniejsze, całkiem małe szkraby, próbujące na własną odpowiedzialność wleźć do naszych butów. Oprócz nich był Zapach. Zapach, który stał się stałym rezydentem mieszkania. Który posiadał namacalną wręcz fizyczność i atakował bezlitośnie mój zmysł węchu (nie taki znowu wrażliwy zmysł, patrz wyżej).

Mieszkanie, mimo iż ładnie wyremontowane, wymagałoby koniecznie odświeżenia w celu pozbycia się niematerialnego lokatora. Oferta wymaga przemyślenia (wahanie wynika głównie z powodu dość wysokiej ceny), a w przypadku naszego „hurra, bierzemy” również zielonego światła ze strony banków: banku kredytującego dotychczasowego właściciela mieszkania, które jest obciążone hipoteką oraz banku kredytującego nas.

Słowo na środę

Do moich wiernych Czytaczy! 🙂

Nie lękajcie się, albowiem bloga pisać nie zaprzestałam.

…tylko najzwyczajniej w świecie wybrałam się na urlop (a właściwie jego część 2). Potrzebowaliśmy trochę przerwy w ślęczeniu nad ofertami i codziennym oglądaniu kilku nieruchomości.

Wycieczka super, pogoda co prawda dopisała średnio, ale nie popsuło nam to humorów i wypoczynku. Góry o każdej porze roku są cudowne.

Ciąg dalszy naszych przygód w krainie nieruchomości wkrótce. Ja tymczasem wracam do prozy życia (czyt. Prania. Przez duże „P”.)