Illegitimus non carborundum

Nieco już zrezygnowani dotychczasowym stanem rzeczy (Czy wspominałam, że domek od developera jest już nieaktualny? Podczas gdy my rozważaliśmy opcje kredytowe, ktoś szybciutko go łyknął. Dowiedziałam się o tym fakcie przez zupełny przypadek. Przez chwilę było mi nawet przykro, ale wizja wysokiej miesięcznej raty kredytu skutkującej prawdopodobieństwem żywienia się przez najbliższe 30 lat samym chlebem i mlekiem ukoiła smutek porażki.) umówiliśmy się na oglądanie kolejnego mieszkania niejako po drodze ku naszemu upragnionemu urlopowi.

W międzyczasie (czyli od ostatnich postów. Wiem, trochę Was zaniedbałam, ale wieczorami brakło mi już sił na kreatywne myślenie, musicie mnie zrozumieć.) obejrzeliśmy jeszcze co nieco, czyli m.in.:

– Mieszkanie w bezpośrednim sąsiedztwie 2 głównych dróg (=hałas uniemożliwiający zebranie myśli), w taki stanie, że koszt jego zakupu wraz z kosztami remontu (a jest co remontować, oj jest) prawdopodobnie przewyższyłby koszt kupna domu.

– Dom położony niby w centrum, a jednak w sympatycznej, spokojnej i zielonej okolicy. Wielkość domu i działki oszacowaliśmy jako idealne na nasze potrzeby. Haczyk? Jest, a jakże! Dom wystawiono na sprzedaż w ramach aukcji komorniczej. Określona w niej cena wywoławcza stanowi jednak maksymalną cenę, którą byłabym skłonna zapłacić za tę nieruchomość. Poczekam, zaryzykuję, może nie będzie chętnych, a nuż w drugiej turze cena wywoławcza zostanie obniżona?

– Mieszkanie, rzekomo z ogrodem, który w rzeczywistości okazał się być drogą dojazdową do garażu. Mieszkanie z balkonem – wychodzącym na ruchliwą ulicę, na którym wedle zapewnień właściciela spokojnie mogę zrobić grilla. Mieszkanie po remoncie i adaptacji do indywidualnych potrzeb i gustu – ale de gustibus non est disputandum. Z tym akurat nie byłoby problemu, ot, kolejna wizja, kolejny remont i adaptacja wg mojego widzimisię i gra gitara.

W międzyczasie wysłuchałam kilku komentarzy na temat mojej osoby, które mogłabym podsumować w następujących słowach: Jestem niezdecydowana, sama nie wiem, czego chcę, długo szukam, marudzę, sprawdzam, a inni – NIE.

Cóż. Może i jest w tym trochę prawdy (że niby długo szukam i sprawdzam. Nie zgadzam się natomiast kompletnie co do kwestii mojego niezdecydowania. Mam ściśle określone cele, patrz post nr 2). Z drugiej strony jednakże, nie narzekam na nadmiar pieniędzy. Zamierzam wydać dużo, duuużo PLN (w dodatku nie moich, tylko bankowych) na miejsce, w którym będę mieszkać przez najbliższe kilka/kilkanaście lat (Założenie czysto teoretyczne i raczej pragmatyczne. Chyba że nagle spakujemy manatki i podążymy ku zachodzącemu słońcu. Oferty napływają ciągle i kuszą, kuszą…). Mając to na uwadze, faktycznie przeglądam każdą interesującą ofertę bardzo skrupulatnie, sprawdzam, radzę się (Ewie, mojemu mentorowi, jeszcze nie wyczerpały się zasoby cierpliwości, co mnie ogromnie cieszy :)), ponieważ nie chcę kupić na szybko kota w worku. Ciągle mam nadzieję znaleźć kiedyś coś, co będzie zbliżone do mojego ideału. Miejsce, gdzie – tak zwyczajnie i po prostu – będzie mi się fajnie mieszkało.

Nic to. Niezrażeni dotychczasowymi niepowodzeniami (yhy…) pojechaliśmy zobaczyć jeszcze jedno mieszkanie.

Jest taka miejscowość, którą mijamy na naszej stałej trasie, nazywa się Kotulin. Gdyby mieszkaniom nadać nazwy jak np. willom w górach, nazwa „Kotulin” byłaby tu adekwatna. Lubię koty, te sierściuchy przebrzydłe, te gady wiecznie nienażarte. Jestem szczęśliwym (yhy…) posiadaczem 2 sztuk Zła, wiecznie obrażonego na świat, i niejako współposiadaczem 4 sztuk Tygrysów, wynikłych z niedopilnowania przez rodziciela harmonogramu kociej antykoncepcji. Jednakże, moje stado musi przestrzegać (!) pewnych zasad. Gdy domownicy są w domu, koty mogą ewentualnie przebywać w piwnicy lub na parapecie wewnętrznym okna w kuchni. Czasem, gdy nikogo innego nie ma, a ja przymknę oko, jakieś kocie zwłoki okupują krzesło lub ześlizgną się na podłogę, domagając się pieszczot i/lub jedzenia (raczej tego drugiego – jestem realistą). Czasem też, jak dziś, któryś z nano-mikro-kotów stał się nagle niewidzialny i podstępnie prześlizgnął obok mnie bądź bezpośrednio zmaterializował się w garażu, gdzie oprócz gustownych śladów kocich stópek na szybie samochodu pozostawił na środku pomieszczenia ewidentny dowód swej bytności oraz sprawnie działającego układu wydalniczego, czytaj: dużą kupę. Nie ma co owijać w bawełnę, życie nie jest różowe.

W Kotulinie natomiast, koty były wszędzie. Duże, mniejsze, całkiem małe szkraby, próbujące na własną odpowiedzialność wleźć do naszych butów. Oprócz nich był Zapach. Zapach, który stał się stałym rezydentem mieszkania. Który posiadał namacalną wręcz fizyczność i atakował bezlitośnie mój zmysł węchu (nie taki znowu wrażliwy zmysł, patrz wyżej).

Mieszkanie, mimo iż ładnie wyremontowane, wymagałoby koniecznie odświeżenia w celu pozbycia się niematerialnego lokatora. Oferta wymaga przemyślenia (wahanie wynika głównie z powodu dość wysokiej ceny), a w przypadku naszego „hurra, bierzemy” również zielonego światła ze strony banków: banku kredytującego dotychczasowego właściciela mieszkania, które jest obciążone hipoteką oraz banku kredytującego nas.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s