Jak nie zostałam przestępcą

Z pewną nostalgią stwierdzam, że brakuje mi moich poprzednich sąsiadów. Sąsiadów, którzy w miarę interesowali się tym, co dzieje się u innych, którzy potrafili przybiec z przypadkowym narzędziem w dłoni, gdy w moim domu rozległ się alarm.

Wczorajsi teoretyczni sąsiedzi bardzo mnie rozczarowali. Nikt nie zwrócił uwagi na podejrzane osoby kręcące się po posesji z latarką w ręku. Nikt nie wyszedł, aby sprawdzić, co się dzieje, nikt nie zadzwonił na Policję.

Domek był… idealny. Naprawdę. Spełniający moje kryteria pod względem wielkości domu i działki, rozsądnego usytuowania budynku na działce. W stanie lepszym niż developerski: Parter wykończony, w dobrym standardzie, ładne i dobre gatunkowo podłogi, drzwi i schody. Pozostały ściany do odświeżenia oraz kuchnia do zaaranżowania (brak gazu!), a także piętro domu do wykończenia. Ponadto do ogarnięcia teren wokół domu, taras i garaż. Konieczne postawienie lepszego ogrodzenia. Z kolei wielkim, ogromniastym minusem jest lokalizacja owego cuda. W pobliżu dostrzegliśmy jakiś dziwny zakład – po ciemku ciężko było dokładniej ocenić okolicę. I, niestety, mam bardzo daleko do pracy. Pod względem samej odległości liczonej w km nie jest jeszcze tak tragicznie, jednakże realny czas przejazdu wyniósłby około godzinę. Dużo.

Druga obejrzana nieruchomość była kolejną szeregówką z czasów PRLu, z tym że zlokalizowaną w innym miejscu niż poprzednie szeregówki, okolicy trochę bezpieczniejszej (stabilniejszej), spokojniejszej. Cena wyjściowa dużo niższa, ale w dalszym ciągu w mojej opinii zbyt wysoka, głównie z uwagi na wiek budynku, jakość materiałów, z których został wykonany oraz zakres koniecznego remontu.

Wszystko powoli prowadzi do tego, że niedługo zacznę szukać działek pod budowę nowego domu…

Mam dziwne wrażenie, że moje życie stoi w miejscu. Co najwyżej posuwa się świńskim truchtem.

Zmęczonam. Ostatnio ciężko jest mi się zwlec z łóżka rano, szczególnie, gdy w nocy wybudzam się i leżę, czekając, aż zadzwoni budzik.

Ponadto wskutek niedawnej zmiany czasu po pracy szybko zapada zmrok, dlatego nasze podróże krajoznawcze odbywają się już po ciemku. Nie lubię jeździć autem w takich warunkach, oczy bolą. A bolą, ponieważ – i tu chciałabym serdecznie pozdrowić innych kierowców, którzy:

a) mają źle ustawione reflektory, wskutek czego jestem na wpół-oślepiona,

b) uparcie jeżdżą z włączonymi światłami drogowymi, nie zmieniając ich nawet wtedy, gdy pojazd jadący z naprzeciwka lub bezpośrednio przed nimi znajduje się w bliskiej odległości i owe światła, o dziwo, mogą być dla kierowców tych pojazdów mało komfortowe,

c) …albo przeciwmgłowymi, gdy wokół mgły generalnie doszukać się nie sposób lub jest bardzo nikła.

Pozdrawiam również ciepło pozostałych użytkowników drogi, w tym:

a) technologicznych pieszych,

b) starsze panie przekraczające jezdnię świńskim truchtem w niedozwolonym miejscu, ciągnąc za sobą ciężki wózek z zakupami,

c) pary w podeszłym wieku, w postaci dziadków przeprowadzających swe fizycznie niepełnosprawne żony w miejscach niedozwolonych,

d) nieoświetlonych rowerzystów,

e) nieoświetlone ciężarówki na autostradzie po zmroku,

f) ciężarówki tamujące ruch poprzez uparte trzymanie się lewego pasa autostrady lub drogi w mieście,

g) rozgadane, rozchichotane mamuśki, wykonujące na drodze zaskakujące manewry, podczas gdy na tylnym siedzeniu przewożą swoje skarbeńki,

h) oraz, last but not least, ludzi Renesansu, czyli kierowców pędzących autostradą z prędkością >130km, jednocześnie piszących SMSy.

Tymczasem w świecie nieruchomości…

Z ciekawszych rzeczy, obejrzeliśmy ostatnio dwie szeregówki z czasów PRLu, zlokalizowane, jak się okazało po przybyciu na miejsce, w kolejnej prestiżowej dzielnicy. Przy okazji dowiedziałam się również, że moja dzielnica jest już passé, na którą to wiadomość zareagowałam ze stosownym żalem i smutkiem.

Lokalizacja obu domów przypadła nam do gustu, po części, ponieważ miejsce ma jedną, standardową wadę, której skutki dla nas musimy określić dokładniej. Poza tym sympatyczna okolica, w pobliżu wszelkie udogodnienia codziennego życia (To brzmi jak fragment oferty, może nawet utkwił mi w pamięci?) Oba domy o typowej, jak na szeregówki, wielkości, w podobnym stanie. Z zewnątrz ocieplone, wielkość działki sensowna, garaż wewnątrz budynku, niestety położony poniżej drogi, więc pochyły zjazd do garażu w zimie może przysparzać sporo radości. Obie nieruchomości, jak chwalą się Pośrednicy, są do zamieszkania bez ponoszenia jakichkolwiek dodatkowych kosztów i… chyba wyjątkowo naiwna osoba uwierzyłaby w coś takiego. Instalacje wod-kan i elektryczna są podobno wymienione, ogrzewanie gazowe, jednak pozostawiono część starych kaloryferów. Kuchnia i łazienka w pierwszym przypadku do zrobienia od podstaw, w drugim ewentualnie. Podłogi i schody do odświeżenia, wszystkie pokoje do remontu. Przy tym ciekawe, co odkrylibyśmy po zerwaniu tych okropnie tandetnych paneli ściennych. Generalnie nie miałabym nic przeciwko tym domom, gdyby nie…

CENA. Mocno zawyżona. Nie wiem, na ile właściciele są „negocjowalni”, ale w obecnej opcji bardziej opłacalna jest budowa własnego, nowiutkiego, świeżutkiego domu.

UŻYTKOWANIE WIECZYSTE. Ha. Z tym jeszcze nie miałam do czynienia. Obaj WN posiadają jedynie prawa do wieczystego użytkowania nieruchomości gruntowych. Jestem właśnie w trakcie lektury dwóch ustaw, tj.:

– Ustawy z dnia 21 sierpnia 1997 r. o gospodarce nieruchomościami (Dz.U. 1997 nr 115 poz. 741),

– Ustawy z dnia 29 lipca 2005 r. o przekształceniu prawa użytkowania wieczystego w prawo własności nieruchomości (Dz.U. 2005 nr 175 poz. 1459)

i, przyznam szczerze, próbuję ogarnąć temat. Jeśli ktoś z Was ma wiedzę/doświadczenie w tym zakresie, bardzo proszę o podzielenie się nimi w komentarzach. Interesują mnie szczególnie kwestie:

– tzw. pierwszej opłaty  w wysokości 15%-25% ceny nieruchomości gruntowej za oddanie nieruchomości gruntowej w użytkowanie wieczyste. Moje wątpliwości są może idiotyczne i nieuzasadnione, ale nie rozumiem, czy opłata ta pobierana jest jednorazowo, podczas pierwszego nabycia nieruchomości gruntowej od Skarbu Państwa/województwa/powiatu/gminy itp., czy też obowiązek uiszczenia tej opłaty spoczywa na kolejnych użytkownikach wieczystych, podczas zawarcia następnych umów k-s nieruchomości wraz z nieruchomością gruntową. Nie wiem, nie pojmuję tego. A opłata bądź jej brak stanowi zasadniczą różnicę dla nas, ewentualnych przyszłych nabywców,

– kolejnych opłat rocznych, które w naszym przypadku wynosiłyby rocznie 1% ceny nieruchomości gruntowej,

– procedury i związanych z tym opłat dotyczących przekształcenia prawa użytkowania wieczystego w prawo własności.

Zatem czekam na feedback, a w międzyczasie spróbuję sama się czegoś dowiedzieć. Pośrednicy tymczasem kompletnie nie mogą zrozumieć, dlaczego w ogóle przejęłam się tą kwestią. No tak. Też nie rozumiem, dlaczego nie potrafię tak po prostu, beztrosko, kupić sobie domu.

Właściwie to od rana czuję się dzisiaj ważny, bo wczoraj to y-y, ale dziś tak.

Hyhyhy… Wczoraj mieliśmy w końcu okazję obejrzeć w środku mieszkanie, tę połówkę domu, o której niedawno wspomniałam: https://wlasnykat.wordpress.com/2013/10/15/grunt-zeby-scena-rozegrala-sie-przy-brzegu-w-koncu-to-jest-widowisko/

Wtedy poznałam sąsiadów z góry, którzy pokazali mi swoje mieszkanie, budynek jako taki oraz ogród. Natomiast mieszkanie na parterze widziałam jedynie na zdjęciach oraz przez okna, wstępnie zrobiło na mnie naprawdę pozytywne wrażenie, stąd propozycja ceny z mojej strony.

Jednakże po wejściu do środka mina mi nieco zrzedła. Owszem, mieszkanie przeszło generalny remont. Tak, łazienka jest naprawdę bardzo ładna i nic bym w niej na chwilę obecną nie zmieniała. W kuchni co nieco. Drewniane podłogi też są ciągle w ładnym stanie. Ściany trzeba by było jednak koniecznie pomalować i… Wait, what? Żadne pomalować. Ściany należy razem z karton-gipsem zedrzeć do tynku i przyjrzeć się murom, ponieważ na chwilę obecną mieszkanie nie jest zamieszkiwane, od dłuższego czasu nawet, a jeśli nie jest zamieszkiwanie, to nie jest również ogrzewane, w związku z czym w wielu miejscach ściany i okna zdobią piękne okazy GRZYBA. Brak ogrzewania to jedna z przyczyn pojawienia się sympatycznego lokatora, drugą jest źle zrobiony balkon u sąsiadów, z którego wilgoć przedostaje się do mieszkania na parterze. Oprócz przekonania sąsiadów do ponownego remontu balkonu oraz ocieplenia budynku przydałoby się również w jednym pokoju wybić nowe okno, żeby wpuścić trochę więcej światła, aczkolwiek okno to wychodziłoby malowniczo na rząd garaży…

Z innych ciekawostek, w ofercie właściciele zapewniają, że dom sprzedają częściowo umeblowany, tymczasem wczoraj stwierdziliśmy, że wszystkie ładne meble z opisu oferty tajemniczo zniknęły. Nie wiem, czy na polecenie nieobecnych na miejscu właścicieli, czy tymczasowi opiekunowie mieszkania je w jakiś sposób zagospodarowali, w każdym bądź razie rzeczywistość nie odpowiada opisowi.

Nawiasem mówiąc, to mój ulubiony zwrot ostatnio. Powtarzam go już dzisiaj drugi raz, a dzień jeszcze długi i wiele przede mną. Nic nie podnosi ciśnienia lepiej niż poranna reklamacja. Ponad tydzień temu w pewnym e-sklepie zamówiłam 2 wyjątkowe prezenty dla 2 wyjątkowych osób 🙂 Dziś rano odpakowałam przesyłkę (stosunkowo długi czas realizacji zamówienia, mimo dokonania przeze mnie natychmiastowej opłaty za nie i przesłania potwierdzenia przelewu) i stwierdziłam, nie pierwszy raz zresztą, powtarzając słowa piosenki, że żyję w kraju, w którym wszyscy chcą mnie zrobić w ch**. Jako że przyszli obdarowani mogą zajrzeć na bloga, opis będzie enigmatyczny (Jak zresztą wiele rzeczy tutaj, ze względów oczywistych). Pierwszy prezent dotarł nie całkiem w komplecie, ponieważ przesłany produkt nie odpowiadał opisowi, a jak wiadomo, zdjęcie jest integralną częścią opisu. Drugi prezent nieco mnie zaskoczył, bo składa się z pewnego skórzanego elementu, który wydał mi się być nieco wilgotny i w dodatku posiada taką dziwną szarą warstwę / szary nalot czegoś, czego nie potrafię określić. Muszę się dziś na spokojnie tym zainteresować.

Ale wracając do mieszkania. Po oględzinach stwierdziłam z całą pewnością, że żądana przez właścicieli cena jest niebotyczna i średnio realistyczna, z kolei moja propozycja ceny – zawyżona. Raczej nie dogadamy się w tej kwestii, więc dziękuję, nie skorzystam. I szukam dalej.

Status quo

Po obejrzeniu 2 domów w zeszłym tygodniu, o których wspominałam w poprzednich postach, wrzuciliśmy na luz, poniekąd z konieczności, poniekąd z lenistwa. W międzyczasie udało mi się nawet wybrać do kina! Szaleństwo.

Dziś wracam do przeglądania ofert nieruchomości, ponieważ czas leci, a my w dalszym ciągu nie mamy nic konkretnego na oku. Byłoby dobrze, gdybyśmy znaleźli dom do końca grudnia. Natomiast jeśli poszukiwania okażą się bezowocne, podejmiemy je na nowo w marcu.

Albowiem umyśliliśmy sobie, że zima jest nieciekawym czasem do poszukiwania własnego kąta, z uwagi na szybko zapadający zmrok utrudniający oględziny nieruchomości oraz trudności w sprawnym przemieszczaniu się z miejsca na miejsce. Dodatkowo, jeśli wszystko pójdzie *in a sing-song voice* „according to plan!”, zimę spędzę pracując za granicą.

W każdym bądź razie, wracając do tematu dwóch domów z zeszłego tygodnia: Były duże, ogromne wręcz. Zbudowane w czasach, gdy ludzie mieli trochę inne spojrzenie na sprawę i modne było stawianie domów wielorodzinnych z myślą o potomstwie. Teraz domy tego typu są po prostu niepraktyczne i nieekonomiczne w utrzymaniu.

Jeden, większy, do całkowitego remontu wewnątrz. Lokalizacja bardzo średnia, ponieważ wskutek braku dobrej komunikacji na dojazd do pracy musiałabym poświęcać 2 x 1h dziennie, i to jadąc własnym samochodem. Nie sprawdzałam jeszcze połączeń autobusowych, podejrzewam, że przynajmniej 1 przesiadka gwarantowana.

Drugi dom, ciut mniejszy, teoretycznie do odświeżenia w środku, częściowego ocieplenia i przebudowy, polegającej na przerobieniu zbędnej łazienki na parterze (salon kąpielowy – jak to się teraz ładnie nazywa – mieści się na piętrze) na garaż, bądź poświęceniu kawałka działki na wybudowanie garażu wolnostojącego (większy podatek!)

Nic to, szukamy zatem dalej.

Dając upust irytacji

„O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny”. Ha, wcale nie dzwoni, tylko zacina ukosem. Niczym kot nienawidzę wilgoci w powietrzu. Ta pogoda wybitnie mnie dziś irytuje.

Dodatkowo zastanawiam się, czy chce mi się przekładać plany prywatne, by dopasować się do zmieniającego się widzi-mi-się właściciela nieruchomości… To już kolejny taki przypadek, gdy WN jest bardzo grymaśny odnośnie ustalenia terminu oględzin domu. Bo tylko w soboty. Bo musi posprzątać. Bo ma małe dziecko (czytaj: oględziny po godzinie 18:00 odpadają). Bo… COKOLWIEK.

Strasznie to niepoważne. Czy ci ludzie w ogóle chcą sprzedać dom?!

There’s no rest for the wicked

Jednak nie pojechałam wtedy oglądać tego domu. Po wyjściu z pracy dostałam SMSa o treści „Dom nieaktualny”. Wieczorem niespodziewanie zadzwonił Pośrednik, proponując inny dom. Wtedy dowiedziałam się, że poprzedni dom nie tyle jest nieaktualny, co posiada pewne wady, więc Pośrednik mi go nie poleca.

Przyznam, że ta szczerość była zaskakująca.

Z drugiej strony, na pośrednikach w obrocie nieruchomościami ciąży pewna odpowiedzialność w związku z wykonywaną działalnością. Wpadka z ich strony może przełożyć się na odpływ klientów i mniejsze zarobki. Zadowolony klient prawdopodobnie poleci firmę komuś innemu. Niezadowolony – cóż… Negatywna opinia ma o wiele mocniejszy impact. A Internet jest potężną bronią.

Kolejny telefon był od mojego taty. Zaproponował, że powinnam trochę odpocząć, bo tracę czujność.

No i akurat wtedy, gdy postanowiłam zrobić sobie kilkudniową przerwę w przeglądaniu ofert nieruchomości, zadzwonił kolejny Pośrednik z informacją o innym domu, który mogłabym obejrzeć.  Zmówili się, czy co?

Btw, ostatnio muzycznym tłem dla bloga została monotematyczna Taylor Swift – Ma takie cudownie dramatyczne teksty piosenek.

Grunt, żeby scena rozegrała się przy brzegu, w końcu to jest widowisko.

Postanowiłam, że czekając na telefon od kolejnego Pośrednika odnośnie czasu i miejsca dzisiejszego spotkania zrobię szybki update bloga.

Wczoraj przygotowałam wstępną notkę, post leżał zachomikowany w draftach, jednak po namyśle stwierdziłam, że to straszna bufonada i nie będę poniżać się, publikując takie głupoty. Trzeba trzymać jakiś standard – Internet nie wybacza i nie zapomina. Do głupiego postu musiałabym załączyć  (w celu odwrócenia uwagi od treści notki, oczywiście) zdjęcie nagich cycków albo cycków w ładnej bieliźnie. Ale to byłby już product placement, nieprawdaż? W dodatku bez żadnych finansowych korzyści dla mnie, gdyż nie jestem związana umową z żadnym producentem bielizny. Zostanę zatem przy treści.

Od czego to ja chciałam zacząć… A tak. Wszyscy wiedzą, że szukam domu. Wieść ta rozeszła się już wśród współpracowników, znajomych, znajomych rodziny, zapewne również znajomych znajomych rodziny i tak dalej. Cudownym jest, jak wiele ludzi spontanicznie pomaga nam w poszukiwaniach domu, przekazuje namiary, podsyła linki, doradza (a czasem też odradza), dopytuje o efekty poszukiwań. Nie chcę, aby brzmiało to banalnie, ale… gdy myślę o tych wszystkich przejawach ludzkiej dobroci, to mi się robi ciepło w okolicy serca. (Dla porównania, w zeszłym roku doświadczyłam wiele przykrości od ludzi. Widocznie w przyrodzie musi istnieć równowaga.)

Dzięki rozmaitym kontaktom obejrzałam ostatnio pół domu. Tak, wiem, zarzekałam się, żadnej wrednej współwłasności, żadnych połówek domów, ani w wariancie poziomym, ani pionowym, ale jak to mawiają – „Nigdy nie mów ‚nigdy'”. Opcji zatem całkowicie nie wykluczam. Dużym plusem jest fakt, iż mieszkanie jest po gruntownym remoncie, więc faktycznie moglibyśmy wprowadzić się i mieszkać. Zostawiłam właściciela z moją propozycją ceny, niech sobie przetrawi i odpowie.

W międzyczasie dostałam odzew w sprawie domu, o którym wspominałam w poście: https://wlasnykat.wordpress.com/2013/10/09/would-you-lie-with-me-and-just-forget-the-world/ Muszę przedyskutować sprawę prywatnie, z WT oraz dopytać Pośrednika, czy wyprostowano już zapisy w KW.

Syf w KW to jakaś plaga. Nieaktualne wpisy, błędne adresy nieruchomości, wiszące martwe dusze z prawem do wieczystego użytkowania nieruchomości, jakieś zapisy z czapki o zarządzie sprawowanym nad nieruchomością przez nie-wiadomo-kogo, które dziwią nawet dotychczasowych właścicieli (a nie powinny!), spłacona, a nie wykreślona hipoteka, brak ustanowionej służebności przejazdu etc. etc. To wszystko właśnie oględnie, eufemistycznie obejmuję wyrażeniem „wyprostować zapisy w KW”.

 

Zasłony hańby dawno opadły

Od 5 dni nie miałam w ustach nic słodkiego. Przerzuciłam się na pyszne bagietki z masłem czosnkowym, które kupuję rano w piekarni niedaleko pracy. Zapewne nie są wcale mniej kaloryczne niż czekolada (w końcu to białe pieczywo), ale przynajmniej mam iluzję, że ćwiczę silną wolę. Yhy.

Przed chwilą prawie złamałam postanowienie trzymania się jeszcze przez jakiś czas z dala od słodyczy. Byłam blisko, ręka sama wyciągała się w kierunku półki ze słodyczami (W ogóle macie coś takiego w domu? Straszna rzecz. Samo założenie, że potrzebujesz przynajmniej półki na słodycze, prowadzi do chęci zapełnienia jej czymś wysokokalorycznym.), ale mentalnie ją pacnęłam. Nie ulegnę pokusie „emotional eating”.

Skąd w ogóle cały ten dzisiejszy stres? Po kolei.

Obejrzeliśmy kolejne domki z gatunku tych, na które napaliliśmy się w ostatnich dniach. Wszystkie w tej samej okolicy, w relatywnie dobrym stanie pomijając pewien dość spory defekt spowodowany lokalizacją właśnie. Nie jestem w stanie określić długoterminowych skutków problemu, muszę wypytać mądrzejsze głowy. Poza tym cud-miód-orzeszki, wielkość każdego domu i działki odpowiada naszym potrzebom, sprawa ogrzewania i ocieplenia domu rozwiązana, wystarczyłoby tylko trochę odświeżyć pomieszczenia, zrobić od podstaw kuchnię pod mój gust i potrzeby, a także zerwać panele ze ścian łazienek i okolic komina (bez komentarza…)

Jak zwykle pojawia się jeden szkopuł – w postaci pośredników i umów dotyczących pośrednictwa.

Jak pisałam uprzednio, jestem zmorą urzędów wszelakich. Papier podetknięty mi pod nos do podpisania czytam na spokojnie, taking my time, z uwagą, Nie mam w zwyczaju podpisywania bubli. Umowy dotyczące pośrednictwa bywają pełne bubli. Bubli w postaci klauzul abuzywnych. Do najczęstszych należy określenie wysokości wynagrodzenia dla biur nieruchomości w kwocie netto lub w formie dziwnego zapisu o wynagrodzeniu w wysokości x % + podatek VAT od ceny nieruchomości (Zapis w tej formie można dwojako interpretować). Generalnie rzecz ujmując, ma być napisane jak krowie na rowie, prosto, bez dwuznaczności, tak, by konsument od razu znał kwotę należnego pośrednikowi wynagrodzenia. Najlepiej od razu uzgodnić i wpisać prowizję kwotowo, brutto.

O wynagrodzeniu wypisałam się najsampierw, gdyż przeciętnego konsumenta z reguły więcej nie interesuje. A powinno. Trzeba zwrócić uwagę, czy umowa o pośrednictwo zawiera m.in. następujące informacje: wskazanie pośrednika odpowiedzialnego zawodowo za wykonanie umowy, numer licencji pośrednika w obrocie nieruchomościami, informację na temat ubezpieczenia OC pośrednika (!), oświadczenie o ochronie danych osobowych… I tu dochodzimy do interesujących zapisów nakładających na konsumenta (=osobę, która zawarła z biurem nieruchomości umowę o pośrednictwo) obowiązek zapłaty prowizji / kary umownej także w przypadku zawarcia umowy kupna-sprzedaży nieruchomości przez inne osoby, najczęściej spokrewnione, inne niż klient pośrednika.

To też bubel. Bubel bublowaty, który niestety często pojawia się w rejestrze klauzul niedozwolonych.

Dlaczego? Zgodnie z wykładnią, którą otrzymałam od UOKiK, nie jest się zobowiązanym do zapłaty prowizji, jeśli osoba trzecia (osoba bliska, pracownik itp.) zawrze umowę nabycia nieruchomości i nie można zostać obciążonym karą umowną, jeśli ta osoba zrobi to bez wiedzy pośrednika. Klient biura nieruchomości jest zobowiązany do zapłaty kary umownej wtedy, gdy sam zawrze umowę nabycia nieruchomości bez poinformowania o tym pośrednika.

Proste.

Spragnionych lektury odsyłam do:

– Ustawy z dnia 21 sierpnia 1997 r. o gospodarce nieruchomościami (Dz.U. 1997 nr 115 poz. 741),

– raportów z kontroli wzorców umownych stosowanych na rynku obrotu nieruchomościami, publikowanych przez UOKiK w internecie,

– szeregu ciekawych artykułów w internecie poruszających ten temat (np. poradnik na portalu DOMIPORTA.PL).

A skąd te nerwy dziś? Bo pseudo-profesjonalista podniósł mi ciśnienie tak, że przez kilka minut trzęsły mi się ręce. Miałam ochotę zakończyć połączenie, ponieważ rozmówca nie słyszał najwidoczniej o standardach obsługi klienta (na którym to kliencie mu ewidentnie nie zależało, sądząc po aroganckim tonie głosu) i uparcie odtwarzał swoje slogany jak zdartą płytę, nie słuchając moich argumentów. Ową emocjonującą rozmowę mogłabym podsumować w taki oto sposób: Podpisz umowę z klauzulami niedozwolonymi, bo w przeciwnym razie figa, nie pokażę Ci domu.

Umowę ostatecznie podpisałam, ponieważ był to jedyny sposób na zdobycie takiej perełki do mojej kolekcji umów-bubli. Muszę się zorientować, czy istnieje jakaś instancja, do której można zgłaszać nieuczciwych pośredników, którzy nie są zrzeszeni w żadnym Stowarzyszeniu Pośredników w Obrocie Nieruchomościami, a którzy bezczelnie wykorzystują fakt, iż większość klientów jest niezorientowanych w przepisach prawa i w ciemno podpisuje umowy.

Ale cóż, muszę uważać. Nie powinnam się denerwować – Botoks jest drogi.

C’est la vie. Zasłony hańby same się nie powieszą.

Bo może niektórzy myślą, że narzekam bezpodstawnie.

Mieliśmy dziś w planach oglądanie kilku domów prezentowanych przez pewne biuro nieruchomości. Szłam właśnie po kawę, gdy w mojej głowie zaświtała myśl (czasem tak się zdarza), aby potwierdzić spotkanie.

Po drugiej stronie słuchawki usłyszałam głosik: „Bo ja miałam do Pani dzwonić… Chyba nie napisaliśmy w ofercie, że do domu nie ma dojazdu samochodem…” Stop. Że co?

Aaa… to… niby… tymczasowy problem czy taka uroda domu?

Otworzyłam linka do oferty, prześledziłam tekst raz, drugi, trzeci, od deski do deski, każde słowo, każdą literkę. Same superlatywy na temat nieruchomości, ale ani słowa na temat uciążliwości w dostępie do posesji. Pogooglowałam trochę, porównałam ofertę u innych biur podró… znaczy się nieruchomości (Marzą się mi podróże, marzą.) i tak oto domorosły Sherlock wydedukował, gdzie dokładnie mieści się ów dom marzeń. Ha. Faktycznie! Brak drogi dojazdowej. Jak cudnie!

Would you lie with me and just forget the world?

Witaj, kolejny tygodniu, który spędzę z dala od domu. W samochodzie, stojąc w korkach, przeklinając moją wiekową nawigację (która zresztą wczoraj odmówiła dalszej współpracy), w pośpiechu rozkładając mapę, krążąc po ulicach w poszukiwaniu wskazanego adresu lub ulicy, na której mam wypatrywać czarnej toyoty, granatowego vana czy czerwonego malucha.

Wracając w zeszłym tygodniu do domu po wszystkich tych przeżyciach, które nakreśliłam w blogu, doszliśmy zgodnie do wniosku, że chcemy jednak mieszkać sami. W sensie – bez wrednej współwłasności. Po 4 miesiącach szukania własnego kąta nasze potrzeby, cele i możliwości (!) w końcu się skrystalizowały.

***

Miał być update wczoraj, będzie dzisiaj. Jedyne, o czym marzyłam wczoraj wieczorem, to jak najszybciej wrócić do domu, wziąć gorący prysznic, lekarstwa i walnąć się do łóżka z książką. Marzenie zostało w 100% zrealizowane.

Tymczasem dookoła wszystkie brzydoki usilnie starają się zarazić mnie jakimś paskudztwem. Póki co dzielnie trwam na placu boju, w czym pomagają mi: zapas nalewki pigwowej, tabletki na gardło i karnet do sauny.

Wczoraj dodatkowo dziękowałam w duchu pewnej sieci stacji paliw za posiadanie w swojej ofercie gorących zup, które magicznie regenerują punkty życia. I zmniejszają ryzyko zagrożenia dla populacji. Bo wiadomo – Jak człowiek głodny, to zły. Jak ja jestem głodna – Cóż, z terrorystą też się nie negocjuje, prawda?

Kolejnym powodem mojej frustracji (poza głodem spowodowanym przymusową dietą ze względów medycznych – Jestem w trakcie diagnostyki. Mam nadzieję, że po zastosowaniu fizjoterapii i większej aktywności fizycznej dolegliwości bólowe ustąpią.) był fakt, iż tak zwyczajnie, po prostu się zgubiłam. Dość głupio. Przez znaki, OCZYWIŚCIE. Wskazywały tak idiotyczny kierunek, że z miejsca go odrzuciłam i skręciłam w drugą stronę, wskutek czego znalazłam się nagle na autostradzie i zrobiłam śliczne kółko do następnego zjazdu. Który, nawiasem mówiąc, nie był zbyt blisko. Damn.

Anyway, w międzyczasie obejrzałam 2 domy i odbyłam kilka rozmów telefonicznych, te ostatnie z marnym skutkiem. Muszę popracować nad moimi zdolnościami negocjacyjnymi.

Dom nr 1: Dom typu fińskiego w tfu, elitarnej, tfu, dzielnicy. Lokalizacja średnia – Dom usytuowany przy głównej drodze, więc nie ma co ukrywać – jest głośno. Nieruchomość droga jak na stan techniczny, w jakim się znajduje. Dom z zewnątrz ocieplony, ale w środku wymaga generalnego remontu, wymiany instalacji (Znów brak planu budynku, ludzie, ludzie, przechowujcie proszę ważne dokumenty), nie bardzo wiem, co dałoby się zrobić z krzywymi i skrzypiącymi podłogami drewnianymi (Może mikro-wylewka? Ale czy stropy to wytrzymają? Co właściwie kryje się pod wykładziną?). Kuchnia i łazienka do przebudowy z uwagi na „oryginalne rozwiązania architektoniczne” (Ha! Wprawiam się. Mogłabym pisać oferty sprzedaży/wynajmu nieruchomości!), poza tym trzeba by zorientować się w możliwościach doprowadzenia gazu i siły do budynku. Zaletą jest wielkość domku i działki, w sam raz dla nas. Minusem, i to sporym, cena. Po dodaniu do niej kosztów remontu, wynagrodzenia pośrednika i notariusza, kwoty PCC, całość przestaje być opłacalna. W porównaniu z kupnem nowego domu, oczywiście.

Dom nr 2: Uwielbiam enigmatyczne opisy w ofertach nieruchomości na portalach. Dom skusił nas rozmiarem i wielkością działki, ze zdjęć można było wywnioskować, że wykonano pewne prace remontowe. Po dotarciu na miejsce (bardzo kiepski dojazd do pracy…) opadła mi szczęka. Wyobraźcie sobie typowe polskie osiedle – blokowisko z czasów PRLu. A na jego końcu przycupnięty domeczek, który ktoś wybudował prawdopodobnie z pozostałości materiałów użytych do budowy wspomnianych wyżej bloków. Dość ciekawie się to wszystko prezentuje… Sama nieruchomość nie jest za duża, faktycznie po remoncie, stan dobry. Parę rzeczy do ogarnięcia. Gorzej wygląda sprawa z KW i działką. Nie interesowałam się jeszcze tematem rozgraniczenia nieruchomości / odnowienia granic działek. Co mi tam, umysł mam otwarty, chłonny, spragniony wszelakiej lektury. Internecie, uwaga, nadciągam!