Writing challenge: Haiku 5… and more

Writing challenge: Haiku 5… and more

This should be my last contribution to the

Weekly Writing Challenge: Haiku Catchoo!

I have to admit, it was fun! A wonderful diversion, forcing me to think differently, try to formulate thoughts into small chunks.

***

Work trivia

#1

Gleeful laughter while
ball is bouncing off the walls
Work can be postponed.

#2

Men always complain
that women jabber too much
as if they would not.

***

Colorful brochures
Dreaming of far-away lands
makes me feel wistful.

Reklamy

Writing challenge: Haiku 1 and 2

Writing challenge: Haiku 1 and 2

Today I’ve come across a writing challenge at

 Weekly Writing Challenge: Haiku Catchoo! 

and I’ve thought to myself: ‚Why not give it a try? Might be fun playing with words.’ So, the next few posts are going to be published in English and won’t have anything to do with my usual real-estate-blabbering.

***

Opening my eyes
seems so against my nature
that I just give up.

***

Snow covered pavements
a little robot on this
trudge to confinement.

Snö

Ostatnio obejrzeliśmy jeszcze jeden dom w trakcie budowy, docelowo w stanie surowym zamkniętym, mimo iż pogoda zdecydowanie nie zachęca do wystawienia na zewnątrz nawet kawałka nogi.

Nie żebym była jakimś zmarzluchem-piecuchem. Jednakże w okresie zimowym przechodzę w jeden z dwóch trybów: Pingwin (Ostrożnie tuptam całymi stopami, kolebocząc się na boki. Z reguły opatulona długim czarnym płaszczem) lub Robot (Opatulona jak powyżej, z tym że mechanicznie stawiam kolejne kroki, przemieszczając się jak najszybciej i najefektywniej z punktu A do punktu B.)

W międzyczasie spadł pierwszy śnieg. Z jednej strony niezmiernie mnie to cieszy, bo będę mogła na własne oczy zaobserwować zimowe utrzymanie dojazdów do nieruchomości, z drugiej strony śnieg w mieście to z reguły wstrętna ciapa, błoto pośniegowe, wydłużony czas dojazdu WSZĘDZIE, nieodśnieżone parkingi i miejsca parkingowe przy ulicy oraz kreatywność innych współużytkowników drogi.

Dom natomiast, hm, jak dom. OK. Pół domu właściwie – ponieważ w drugiej części planują zamieszkać właściciele. Ciekawy pomysł, nawiasem mówiąc: Zainwestować w budowę domu-bliźniaka, licząc na częściowy zwrot inwestycji. Nie podobały mi się z kolei drobne różnice pomiędzy obiema częściami domu, jak np. normalne okna vs. okna dachowe (mniej światła i więcej problemów z ich utrzymaniem w czystości). Pewne wątpliwości budzi również ogromne rotowane okno w kuchni (Wyobraźnia chętnie podsuwa mi napawające mnie pewnym lękiem obrazy takiegoż okna wylatującego z zawiasów.) oraz przebiegającą bezpośrednio obok domu sieć wysokiego napięcia.

…Właśnie zdałam sobie sprawę, że tak bez entuzjazmu dziś piszę. Powodem nie tylko smętna pogoda, lecz pewne zmiany wokół mnie, w przypadku których próbuję oszacować, kiedy i w jakim stopniu mnie dotkną. Co zrobić, czy wykonać pewne ruchy, czy też spokojnie poczekać na rozwój wypadków. Ha.

J23 znowu nadaje

Powoli wracamy do tematu nieruchomości. Czas lenistwa był długi i słodki, ale cóż, dom sam się nie znajdzie 😉

Ostatnio ponownie zaczęłam przyglądać się domom położonym bliżej centrum, w myśl zasady: Miło mieszka się na peryferiach, w pobliżach lasów i jezior, ale nie samym romantyzmem człowiek żyje. Swoją drogą, ów romantyzm nieco blednie w perspektywie codziennych godzinnych dojazdów do pracy, urozmaiconych staniem w korkach i wymianą znaków sympatii, przyjaźni i pokoju z innymi kierowcami.

Odnośnie tego ostatniego, ostatnio na YouTube furorę robi amatorski filmik, pokazujący pewną sytuację na znanym mi dość dobrze skrzyżowaniu. Kierowca-debil, po wymuszeniu pierwszeństwa, o mały włos nie spowodował kolizji z drugim kierowcą, jadącym prawidłowo. Wiem, to standardowa praktyka na polskich drogach i moja opowieść w ogóle nie jest interesująca. Ale w tym przypadku nasz kierowca-debil nie zawiódł oczekiwań widzów, błyskawicznie zawrócił, zajechał drogę drugiemu kierowcy, wyszedł z auta razem ze swoim kolegą i próbował zastosować taktykę zastraszenia. Dlatego debil. Jednakże zastanawiam się teraz, czy aby użyłam właściwego określenia. Otóż nie, albowiem „debil”, „imbecyl” i „idiota” to określenia naukowe, z czego „debil” oznacza osobę upośledzoną umysłowo w stopniu lekkim. W myśl powyższego, naszego kierowcę powinnam zatem zaklasyfikować jako idiotę.

Wracając do tematu właściwego 🙂 bo jakoś tak zeszło mi się na rozważania psychologiczne…

Na wczorajszy wieczór mieliśmy zaplanowane oglądanie dwóch domków w, hm, ciekawszej części miasta, że tak ujmę to nieco eufemistycznie. To znaczy, do samego jądra ciemności się nie zapuściliśmy, lubię swoje auto. Ale i tak, czekając sama w samochodzie na Pośrednika, zamknęłam się od środka. Profilaktycznie. Mimo iż zaparkowałam przy głównej ulicy. Czułam się nieco nieswojo, paranoidalnie poddałam się automatycznym odruchom. Przy okazji przypomniała mi się jedna z książek W. Cejrowskiego, w której autor opisuje Panikę jako wielkie i kosmate stworzenie, czające się w zaroślach za plecami i gotowe skoczyć w każdej chwili.

Ha. Ale nic to.

Pierwszy dom był usytuowany faktycznie niezbyt fortunnie, ale nie mam tu na myśli menelsko-bandziorskiego sąsiedztwa, a raczej bliskość głównej drogi, związany z tym hałas oraz konieczność przejeżdżania/przechodzenia na własną posesję przez posesję sąsiada (Do tej pory nikomu nie chciało się zrobić drugiej bramy i wjazdu, mimo iż jest on geodezyjnie wytyczony. Skoro coś działa i funkcjonuje dobrze przez tyle lat, to po co to zmieniać?) Część bliźniaka na sprzedaż sympatycznej wielkości, aczkolwiek wymaga sporych nakładów remontowych, przede wszystkim w związku ze zmianą ogrzewania na rozsądniejsze (Z uwagi na brak gazu w okolicy, właściciele korzystają z ogrzewania elektrycznego. I płacą astronomiczne rachunki.) Nie wszystko jest jednak możliwe do zrobienia, ponieważ na miejscu okazało się, że budynek jest zabytkiem. Oh joy, oh joy.

Uciekłam stamtąd, gdy właścicielka zapaliła przy mnie drugiego papierosa.

Nieco rozczarowana udałam się w kierunku drugiego domu (przez cały czas z pewną odrazą obwąchując włosy i kurtkę) i, oczywiście, zabłądziłam, ponieważ, jak wspominałam kiedyś, moja nawigacja odmówiła współpracy jakiś czas temu, a mapa, którą posiadam, nie pokazuje takich zad… osiedli o małym znaczeniu i rozmiarach.

W końcu jednak znalazłam nieruchomość. Znów pół bliźniaka, pod względem rozmiaru domu i działki OK. Położenie zdecydowanie korzystniejsze, na malutkim osiedlu domków jednorodzinnych i domków-bliźniaków, dobry dojazd do pracy, poziom hałasu dobiegający z przebiegającej niedaleko głównej drogi do zaakceptowania. Minusem jest słup wysokiego napięcia w bliskiej odległości od domu i  przebiegająca nad budynkiem linia wysokiego napięcia. Dom częściowo po remoncie, do zrobienia pozostały przede wszystkim i dość pilnie: dach oraz ogrzewanie (aktualnie w każdym pokoju są piece kaflowe). Kuchnia do zrobienia od podstaw. Muszę wybrać się tam za dnia, w towarzystwie WT, gdyż oferta wydaje się ciekawa. Do tego pośrednik przy pierwszym spotkaniu zrobił na mnie pozytywne wrażenie, zaprezentował wszystkie dokumenty dotyczące nieruchomości i odpowiedział na każde nasze pytanie – czym dołączył do niewielkiego (bo do policzenia na palcach jednej ręki), ale sympatycznego grona Pośredników, z którymi mam ochotę dalej współpracować. *fanfary i wiwaty*

Nigdy dość sybaryczenia

Praca oraz fakt, że ostatnio trochę podupadliśmy na zdrowiu, sprawiły, że tymczasowo odpuściłam umawianie się na oględziny nieruchomości. Z tego powodu w ciągu najbliższego tygodnia nie spodziewajcie się żadnych sensacyjnych update’ów. Zresztą, utknęliśmy już na tym etapie, że „mielimy” ciągle to samo, te same oferty nieruchomości. Nie dochodzi nic ciekawego. Tak sobie rozmyślam, że może to być spowodowane tym, że obecnie nie jest dobry czas na sprzedaż nieruchomości – w porównaniu do cen sprzed kilku lat. Być może teraz na sprzedaż decydują się głównie „zdesperowani”, podczas gdy pozostali próbują przeczekać bessę. Hm.

Nic to. Tymczasem rzucę Wam, niczym lwom na pożarcie, kilka smaczków ofertowych.

„TO ZDECYDOWANIE DOM DLA OSÓB, KTÓRE NIE BOJĄ SIĘ REMONTU I POTRAFIĄ WIELE ZROBIĆ SAMI !!!” – Ale. Proszę. Do. Mnie. Nie. Krzyczeć. Wciśnięty Caps Lock i trzy wykrzykniki nie robią na mnie wrażenia.

„OFERTA DOMU Z DUŻYM POTENCJAŁEM !!! (…) MAM NADZIEJE ŻE OPISEM ZASZCZEPIŁEM CIEKAWOŚĆ” – Kolejny egzaltowany…Nie dość, że WN pewnie wystawił na sprzedaż ruinę do kompletnego remontu, to jeszcze chce mnie ciekawością zaszczepiać 😉 W ogóle, szczepionki kojarzą mi się bardzo niedobrze, odkąd poczytałam sobie parę artykułów w internecie na temat fundacji Państwa Gates (TYCH Gates) promującej szczepienia – w kontekście przeludnienia Ziemi. Dają do myślenia.

„Dom jednorodzinny z użytkowym poddaszem o powierzchni 128,5 m2 netto.” – W sensie po odjęciu skosów?

„Dostęp na teren osiedla będzie się odbywał przez bramy stalowe sterowane pilotem.” – To stwierdzenie akurat nie jest zabawne. Przynajmniej nie dla mnie. W celach turystyczno-poglądowych zwiedziłam kilka tzw. prestiżowych osiedli developerskich, ogrodzonych płotami, zabezpieczonych bramami sterowanymi pilotami bądź wersją 2.0 – ochroną przywodzącą na myśl budki strażnicze w Auschwitz. Okropieństwo. Ludzie dobrowolnie dają się zamknąć w mikroskopijnym osiedlu-więzieniu, w dodatku płacąc za ten przywilej niebotyczne kwoty. Nawiasem mówiąc, fascynujące zagadnienie dla psychologa / socjologa. Ale przecież dom na zamkniętym osiedlu, w sąsiedztwie lekarzy / sędziów / prokuratorów itp. (Tak Pośrednicy zwykle zachwalają atrakcyjną, ich zdaniem, okolicę) to same plusy, z uwzględnieniem tego, o czym zadowoleni początkowo klienci przekonują się nieco później, radość największą, czyli współudział w drodze osiedlowej i związane z tym koszty całorocznego utrzymania owej drogi i terenu. Czytaj: Koszty odśnieżania i napraw drogi, ogrodzenia i oświetlenia terenu, obsadzenia go ew. krzewami itd., które to koszty muszą ponieść właściciele. Teoretycznie wszyscy, ale tylko teoretycznie, bo spróbuj zmusić kogoś do uiszczenia opłaty, do której nie jest zobowiązany? W przypadku współwłasności w drodze dojazdowej / prywatnej nie można przecież założyć Wspólnoty Mieszkaniowej – Drogę nie bardzo można zakwalifikować jako nieruchomość. Jedyną rozsądną opcją jest założenie Stowarzyszenia, ale w dalszym ciągu składki są dobrowolne, poza tym kto podejmie się niewdzięcznego, bezpłatnego zajęcia ogarniania tego burdelu i ściągania należności od niechętnych płaceniu sąsiadów – bądź sąsiadów posiadających swoją własną, odrębną wizję? Do tego dochodzi jeszcze fakt, iż developerzy rzadko kiedy budują na tych osiedlach place zabaw dla dzieci, w związku z czym rzeczywistość wygląda tak, że w ogrodzie każde dziecko ma własną trampolinę / piaskownicę / huśtawkę itp. i bawi się samo ze sobą, albo po prostu spędza czas przed komputerem, odseparowane od rówieśników. Ale za to w ekskluzywnej dzielnicy.

„rozwojowa dzielnica z kilkoma marketami” No, szacuneczek! Markety symbolem cywilizacji!

„O prestiżu dzielnicy świadczy dostęp do pola golfowego oraz hali sportowej, a także restauracji.” Woho! Szczególnie ta restauracja w moich oczach podnosi wartość dzielnicy. A knajpa dla żuli też się liczy?

Całe życie z wariatami

Zanim przejdę do części stricte informacyjnej, zrobię krótki update w temacie poszukiwania domu. Wczoraj znalazłam dwa ciekawe domki, niewielkie, w sympatycznej części miasta. Niestety, Pośrednik poinformował mnie odnośnie pierwszego z nich, że właściciele zmienili zdanie i zrezygnowali ze sprzedaży domu. Co do drugiego natomiast… Zadzwoniłam wczoraj do właścicielki, dowiedzieć się, czy oferta jest nadal aktualna i czy mogę umówić się na oględziny. To… była… naprawdę dziwna rozmowa. Czułam się, jakbym rozmawiała, przepraszam, z jakimś przymułem. Po każdym moim pytaniu następowała długa chwila ciszy, po czym udzielano mi odpowiedzi „z czapki”, monosylabowej prawie. Rozmowa przebiegała mniej więcej tak: Dom aktualny? Tak. Mogę obejrzeć? Na wiosnę. Dlaczego? Bo zimno. Aaale dlaczego? Bo zimno. – Poddałam się.

Jakiś czas później moja druga połowa dowiedziała się, że właścicielka „nie będzie się na zimę przeprowadzać”. Bez komentarza.

***

Nie chcę zapeszać, ale magia dalej działa. Zamiast typowych pań Halinek mam niesamowite szczęście natrafiać ostatnio na pracowników rozmaitych instytucji, administracji (Jak zwykle opowiadam najoględniej jak to możliwe, ale to są moje prywatne rozmowy, dotyczące konkretnych przypadków. Już dawno nauczyłam się, że każdą sprawę trzeba rozpatrywać oddzielnie. No i pozostaje jeszcze kwestia ochrony danych, na którą zwracam zawsze baczną uwagę.), którzy pomagają mi, chętnie udzielając odpowiedzi na moje czasem dziwne i naiwne pytania. Bo głupich pytań przecież nie ma. Z kolei ja chętnie przyznaję się do mojej naiwności i braku wiedzy na pewne tematy, gdyż po pierwsze, skąd miałabym posiadać takową wiedzę, a po drugie, jest to wspaniała okazja do poszerzenia własnych horyzontów. Może nie tylko moich.

Odnośnie użytkowania wieczystego, sprawa przedstawia się dla mnie bardzo niejednoznacznie. Użytkowanie wieczyste jest dla mnie dziwnym tworem, którego istotę nie do końca mogę uchwycić. Własność to własność, moje, moje, a użytkowanie wieczyste jest… no właśnie, czym?

Z notatek, które zrobiłam sobie podczas ostatniej rozmowy (Mogą być błędy, pisałam na szybko, jeśli ktoś coś wychwyci, proszę o korektę w komentarzach) oraz innych zebranych informacji wynika, że czasem nieruchomości budowane są (bo nadal tak się dzieje, widziałam podobne oferty dotyczące całkiem nowych domów!) na nieruchomościach gruntowych, będących w użytkowaniu wieczystym. Różni się to-to od prawa własności tym, że – rzecz oczywista – nie jest się właścicielem działki, a użytkownikiem wieczystym, na podstawie odpowiednich zapisów w akcie notarialnym i KW. Jeśli nieruchomość gruntowa została oddana na cele mieszkaniowe, co roku do 31. marca należy uiszczać opłatę w wysokości 1% wartości ceny nieruchomości gruntowej oraz podatek. I generalnie można sobie tak egzystować, ponieważ prawo użytkowania wieczystego jest zbliżone do prawa własności, np. użytkownik wieczysty ma prawo korzystania z gruntu z wyłączeniem innych osób, może dość swobodnie rozporządzać nieruchomością gruntową, sprzedać ją, obciążyć, zapisać w testamencie. Po upływie zwyczajowych 99 lat użytkowanie wieczyste wcale nie przeistacza się samoistnie w prawo własności. 5 lat przed wygaśnięciem należy złożyć wniosek o przedłużenie użytkowania wieczystego. (Może coś pomyliłam? 5 lat to sporo czasu.) Natomiast jeśli nieruchomość gruntowa znajdowała się w użytkowaniu wieczystym na dzień 13.10.2005 i użytkownikiem wieczystym nie był Skarb Państwa, można wystąpić o przekształcenie prawa wieczystego użytkowania w prawo własności. Z tą czynnością wiążą się pewne opłaty. Upraszczając, można stwierdzić, że opłatę oblicza się w następujący sposób:

Wartość prawa własności – Wartość użytkowania wieczystego = RÓŻNICA do zapłaty

Dodatkowo, znalazłam ciekawą stronę w tym temacie: http://www.ndb.pl/uzytkowanie_wieczyste

***

Drzewiej bywało tak, że w każdej osadzie trafił się wioskowy głupiec. Lub kilku. Albo nawet całe mnóstwo. Najfantastyczniejsze w tym wszystkim było to, że ich głupota poza ową mieścinę z reguły nie wykraczała. Teraz każdy wioskowy głupiec ma dostęp do Internetu, prowadzi bloga/vloga, udziela się na forach, zamieszcza komentarze na YouTube, a jego kołtuństwo płynie sobie szerokim strumieniem zer i jedynek, ciesząc podobną jemu gawiedź.

Wśród ton nonsensu można jednak czasem znaleźć coś godnego uwagi:

Zbiór artykułów: http://www.adwokat-zaborski.pl/category/niedozwolone-postanowienia-umowne/

Nie w temacie nieruchomości, ale warto zwracać na to uwagę: http://www.adwokat-zaborski.pl/kilka-slow-na-temat-zgody-konsumenta-na-przetwarzanie-danych-w-celach-marketingowych-reklamowych-promocyjnych/

Lubię czasem tu zajrzeć, kiedyś autor zaproponował „Grę w durnia”: http://sub-iudice.blogspot.com/2010/07/gra-w-durnia.html