Źle się dzieje w państwie duńskim

Siedzę tu (z przerwami, a jakżeby inaczej!) już kilka godzin, myśląc nad aktualizacją bloga, lecz, ku mojej (i zapewne Waszej) rozpaczy natchnienie nie przychodzi. Rzecz straszna. Osiągnęłam jakieś pisarskie dno. Dno den. Włączyłam sobie odpowiednią muzykę, pochłonęłam smaczną kolację (Nie mogę chodzić do Lidla, bo jak mawia MDP – wydaję kasę na pierdoły.) i właśnie zauważyłam, że nagminnie używam nawiasów okrągłych. Aż żałość bierze.

W takim razie na podsumowanie kolejnych dwóch obejrzanych domków będziecie musieli poczekać aż do 2014 roku.

Reklamy

Sąsiadka – istota zamieszkująca przeważnie domy z wielkiej płyty. Cechą charakterystyczną jest opanowana do perfekcji sztuka inwigilacji i kamuflażu.

Zbierałam się, aby napisać relację z późniejszych oględzin domów, ale miała miejsce kolejna firmowa impreza świąteczna, tym razem u mnie. Następnego dnia (lub może raczej – tego samego dnia…?) byłam jednak w takim zombie mode, że organizm podtrzymywał tylko najważniejsze funkcje życiowe. Update bloga nie należał wówczas do priorytetów. Następnie nastała przedświąteczna gorączka, a wraz z nią lepienie uszek, pieczenie ciasta, przygotowywanie różnych innych wigilijnych potraw oraz rozpaczliwe próby załatwienia WSZYSTKIEGO przed świętami. Ze szczególnym rozczuleniem wspominam kolejki przed myjką samochodową. W takich momentach, gdzieś tam w głębi mojego pokrętnego umysłu, pojawia się przekorna myśl, zdanie przeczytane na kwejkopodobnej stronie: „Umyj okna dla Jezusa!”

Umyj okna dla Jezusa. Umyj samochód dla Jezusa. Posprzątaj w domu dla Jezusa. Umyj klatkę schodową dla… sąsiadki. Która, zdaje się, w przedświąteczny weekend czatowała przy drzwiach, nasłuchując, i dopadła mnie, gdy wychodziłam z domu z bagażem i różnymi pakunkami. Straszna kobieta. Tym razem pilnując kolejności cotygodniowego sprzątania klatki schodowej próbowała wrobić mnie w nadprogramowe przedświąteczne sprzątanie. Cóż, nie wyszło. Zamiast czaru odpędzającego Zło zastosowałam jedną z technik asertywnej odmowy, tzw. metodę zdartej płyty, a następnie z uśmiechem życząc jej „Wesołych Świąt!” wyszłam.

Nie pamiętam, czy kiedykolwiek zaserwowałam Wam opowieść o sąsiadce. Chyba nie zdążyłam, ponieważ kobita obraziła się na mnie jakoś w okolicach lata, czyli mniej więcej wtedy, gdy zaczęłam pisać bloga, a – niestety – odobraziła w okolicach końca listopada / początku grudnia, gdy znowu potrzebowała od nas jakieś przysługi. Jakby nie mogły ruszyć tyłka do matki i pomóc jej własne dorosłe dzieci. Tym razem chodziło o pomoc w skręceniu mebli, wcześniej z kolei przez pół roku nękała mnie prośbami o pomoc w pewnej administracyjnej sprawie, na którą to pomoc składały się: Porady prawno-administracyjne, pisanie pism urzędowych, a przede wszystkim wysłuchiwanie żalów na cały wszechświat. Pomiędzy owymi lamentami znalazły się, i owszem, ciekawe kąski z życia jej i męża, dzieci oraz wszystkich sąsiadów z bloku. Czy tego chciałam czy nie, moja baza danych o najbliższym tu otoczeniu została zaktualizowana. Z początku pomagałam chętnie (bo owszem, jestem głupia, może nieco naiwna, i mam jeszcze jakieś resztki wiary w ludzi. Resztki, które w miarę kontaktów z otoczeniem stale topnieją.), jednak z czasem sytuacja zaczęła mnie coraz bardziej irytować – ale i również bawić. Bywało, że sąsiadka potrafiła stać w naszej kuchni i truć nam nad głową, gdy po późnym powrocie do domu jedliśmy obiad lub gdy wracałam po 22-ej (w końcu!!!) do domu, słaniając się ze zmęczenia, z oczami czerwonymi jak u królika, a ta *** wyskakiwała znienacka ze swojego mieszkania, machając mi przed nosem jakimś pismem, kazała sobie tłumaczyć, co tam jest napisane. Miałam już chyba wszystkie objawy stresu pola walki, gdy wchodząc do bloku starałam się jak myszka przemknąć po schodach, cichuteńko otworzyć kluczem drzwi i jak najszybciej znaleźć w mieszkaniu, ryglując drzwi za sobą. Jednakże najzabawniejsza sytuacja miała miejsce pewnego wieczora, gdy ja akurat stałam przy zlewie myjąc naczynia po wizycie znajomych, a drzwi sąsiadce otworzyła moja druga połowa (zwana dalej MDP). Nie potrafię tego opisać, ale sąsiadka jakimś cudem prześlizgnęła się pomiędzy futryną a moim chłopem i zmaterializowała pośrodku dużego pokoju… w koszuli nocnej. Wyobraźcie to sobie: Kobieta około 50-tki, o aparycji dalece odbiegającej od wysportowanej sylwetki Madonny czy elegancji Sophii Loren, bez szlafroka, w koszuli nocnej sięgającej nieco za kolana. spod której wystawały nieatrakcyjne, nieogolone nogi. Na ten widok MDP stanął jak słup soli i zaniemówił. Wiadomo, że gdyby na środku pokoju pojawiła się nagle seksowna 18-tka w baby doll, również by zaniemówił, tylko jakoś tak… inaczej 😉 No cóż, pewnych rzeczy się nie wybiera. Biedak miał pecha.

Ja też, ale na własne życzenie. Ot, taka nauczka na przyszłość: Z sąsiadami najlepiej jedynie wymieniać się grzecznościowym powitaniem i absolutnie nie wdawać w żadne głębsze relacje, poufałości itp.

W kaaażdym bąąądź raaazie… O czym to ja. A tak. O domach. No przecież! 😉

Wczoraj nie planowaliśmy nic prywatnie – Od rana czatowaliśmy przy telefonie i poczcie, ponieważ czekaliśmy na kontakt ze strony Pośrednika, który miał nas umówić do kilku nieruchomości. Niestety, nic z tego oglądania nie wyszło, ponieważ jeden WN nie mógł, drugi wyjechał za granicę, trzeci musiał nagle gdzieś pilnie wyjść, a czwarty miał sraczkę. No, nie dosłownie, ale rozumiecie. Jakiś dom w naprawdę fajnej lokalizacji odpadł, ponieważ nagle został sprzedany. Co dziwne, podobno wisiał na portalu już od jakiegoś czasu, ale jakoś nigdy wcześniej nie widziałam tej oferty. Damn.

Dziś pojechaliśmy oglądać, jak wynikało ze zdjęć, ładnie wyremontowany dom wolnostojący – taką typową PRLowską kostkę. W samochodzie od razu uruchomiłam mondrafona z nawi, która działa bardzo sprawnie i w ogóle, momentalnie znalazła naszą lokalizację, trasę pokazywała dokładnie, tylko, cholera jedna, ciągle piszczała, gdy przekraczałam prędkość! Bezczelna! Muszę znaleźć w opcjach, jak się wyłącza ten dźwięk, nie będzie mnie ustrojstwo denerwowało. Przecież jeśli będę jechać zgodnie z przepisami, to mnie inni użytkownicy zepchną z drogi. Tu ludzie bardzo nerwowe, wszędzie się śpieszą. A tolerancja dla innych kierowców jest pojęciem obcym.

Wstrząsani napadami dzikiego śmiechu (Czytaj: MDP śmiał się z mojego poirytowania z powodu zrzędzenia głupiej nawi. A niech sobie taką praworządną nawi instalują Niemcy czy Skandynawowie, ale Słowianom z ich wolną duszą i bujną fantazją niech producent lepiej nie funduje takich katuszy!) dojechaliśmy na miejsce. Ha. No nie mogę przecież podsumować, że to była strata czasu i kliknąć „Publish Post”. Niewątpliwie była to jednak strata czasu i pieniędzy na paliwo, ponieważ dom okazał się być usytuowany przy głównej drodze, w dodatku pośrodku blokowiska. (Dosłownie między blokami, których mieszkańcy wyglądając przez okno dokładnie widzą „nasz” ogród.) Idealne miejsce na działalność gospodarczą, której my prowadzić jednak nie zamierzamy. Obok była podobna kostka, na parterze której ktoś całkiem sprytnie i zapobiegliwie urządził aptekę. Właściwy dom został zakupiony na licytacji komorniczej, a następnie pośpiesznie i niedbale wyremontowany. Pod panelami albo nie było wylewek, albo ekipa remontowa była w stanie radosnego upojenia alkoholowego podczas remontu i montażu podłóg. Instalacja grzewcza ani piec nie zostały wymienione. Jedynie nowe łazienki prezentowały się całkiem nieźle. W porównaniu do wysokiej ceny oferty rzeczywistość nie prezentowała się aż tak zachęcająco. Zastanowił nas natomiast trzyżyłowy kabel zasilający, ciągnący się od domu do bloku obok. Ki diabeł…?

Obejrzelim, co było do obejrzenia, i ruszylim w dalszą trasę, już stricte wycieczkową. Chcieliśmy za dnia zobaczyć pewne domki, które zwiedzaliśmy przed świętami – ale o tym następnym razem. Będę Wam dawkować napięcie, a co!

Wczoraj jechałem tędy, tych domów jeszcze nie było.

Nauczkę mam: Zdecydowanie NIE NALEŻY umawiać się na oględziny domów po imprezie świątecznej w pracy. Ale od początku…

Przed weekendem obejrzeliśmy pół bliźniaka w bardzo dobrej okolicy = Szybki dojazd do pracy. Przy okazji pozwolę sobie na krótkie rozważania w tym temacie. Na chwilę obecną, korzystną lokalizację nieruchomości wyznacza dla nas odległość od miejsca pracy i stosunkowa łatwość/płynność przejazdu. Pośrednicy jednakże zdają się kierować zmodyfikowaną zasadą: „It is a truth universally acknowledged that a girl of a certain age and in a certain situation in life, must be in want of a husband.”*, z tym że słowo „husband” zastępują słowem „potomstwo”, zakładając, że robię house hunting na podstawie school districts.

W przypadku zakupu domu należy sprawę rozpatrywać przyszłościowo, jestem tego świadoma, noo. Tylko bawią mnie czyjeś założenia na podstawie pierwszego wrażenia i kontaktu.

Ale znowu zboczyłam gdzieś w myślowe chaszcze. Tak więc… Pół domu wyremontowane naprawdę cudnie, kuchnia ładna i funkcjonalna, nano-mikro-łazienka (minus!), jeden pokój do remontu, ogrzewanie wyłącznie kominkowe (wszyscy odradzają mi tę opcję), garaż usytuowany na samym końcu działki (dojazd przez ogródek – duży minus!), wysoka cena (minus… Niestety właściciele nie są negocjowalni.) Wrażenia? W pierwszej chwili byłam zachwycona, potem entuzjazm trochę opadł.

Natomiast w piątek… W piątek miała miejsce wspomniana wyżej impreza. Bardzo udana. Do domu wróciliśmy późno, w bardzo dobrych humorach, na skutek czego następnego dnia (a właściwie już tego samego) wstawało nam się… bardzo, bardzo… ciężko. Szczególnie, że pierwsze ranne godziny oględzin pozostawały jeszcze niepotwierdzone, prawie do ostatniej chwili czekałam na telefon od pośrednika, w końcu zadzwoniłam sama. Przez telefon otrzymałam namiar na domek i… surprise, surprise! Lokalizacja okazała się inna od podanej w ogłoszeniu. Kilka km w tę czy w tę najwidoczniej nikomu nie robi różnicy. Pojechaliśmy, ja-kierowca, tego dnia wybitnie nieudolna blondynka, obok mnie równie nieudolny pilot. Z mapą. Bez nawigacji. Przy okazji: Kupiłam sobie w końcu chytrego mobila z cudną nawi, ale dziecko nie zauważyło, że telefon wymaga karty microSIM. A pozyskanie owej karty wymaga aktualnego, ważnego dowodu osobistego, którego na chwilę obecną również nie posiadam. Tak więc czekam na dowód. I kartę. W rezultacie na razie jestem w posiadaniu dość drogiego tabletu z wi-fi, co mnie także cieszy 😀

Nasza zdolność szybkiego reagowania dążyła tego ranka do zera, także zamiast skręcić to tu, to tam, pojechaliśmy prosto, zrobiliśmy mały objazd, zgubiliśmy się gdzieś po drodze, a na koniec dałam popis mistrzowskiego parkowania. Dom sam w sobie całkiem sympatyczny, mimo iż jest przedwojenną kostką, składa się z 5 pokoi + kuchnia (meble w cenie domu) + łazienka (ładna), w dobrym stanie po remoncie, domek ocieplony, nowe instalacje, duża działka, garażu brak, ale pomieszczenie gospodarcze aż się prosi o zaadaptowanie na garaż. Minusem jest dość uciążliwy dojazd do pracy (korki!), ACZKOLWIEK dla znającego okolicę i wszelakie boczne dróżki czas przejazdu znacznie się skraca.

Drugi obejrzany tego dnia dom znajduje się w okolicy tych PRLowskich szeregówek, którymi zachwycałam się jakiś czas temu. Generalnie w miejsce komentarza mogłabym wstawić MEMa z grumpy cat’em i podpisem „UM… NO”**, ale nie chcę Wam odbierać rozrywki. Dlaczego jestem na NIE? Bo spółdzielcze własnościowe prawo do lokalu. Bo zaburzona konstrukcja budynku. Bo konieczność przeprowadzenia kapitalnego remontu. W tym wymiany dachu. Pilnie. Bo aktualnie dość dziwne rozwiązania architektoniczne (Kuchnia w piwnicy JEST dziwnym rozwiązaniem.). Bo wysoka, jak na ww. uroki nieruchomości, cena. To wszystko Pośrednik określił jako „Stan budynku: do odświeżenia”. Ma poczucie humoru, muszę przyznać.

Na koniec wkleję linka do ciekawego artykułu:

http://www.realdirect.com/media_coverage/detail/3/how-to-avoid-an-endless-house-hunt/

***

* Film „Pride and Prejudice” (2003)

** Tego MEMa miałam na myśli:

http://cdn.memegenerator.net/instances/400x/36116045.jpg

Coup de grâce?

Zima zdecydowanie sezonem ogórkowym w nieruchomościach. Codziennie przeglądam oferty na portalach i… nic. Wszystko zamarło, jakby skostniałe na skutek tego leciutkiego porannego mrozu. Przy okazji, podobno nadciąga orkan – Media szaleją. Ja natomiast planuję szybki zakup małej łopaty, żeby sprawnie móc odśnieżać sobie miejsca parkingowe. Ha.

(Powyższe świadczy o tym, że urodziłam i wychowałam się w Polsce, kraju survivalu. Irlandczycy czy Anglicy na widok centymetrowej warstwy śniegu krzyczą „Heavy weather conditions!”, zawieszają część połączeń autobusowych, barykadują się w domach i z przerażeniem patrzą na np. dwie zdeterminowane dziewczyny, które przy tej pogodzie chcą zwiedzać miasto ;))

Na szczęście poziom ofert mnie nie rozczarował. Zresztą, zobaczcie sami:

„Doskonała oferta dla niewielkiej 2-3 osobowej rodziny szukającej namiastki domu w przystępnej cenie” Hahaha. Cudowne! Autor opisu has made my day! Namiatka domu… Piękne. Ale faktycznie, nieruchomość o powierzchni 54 m, raptem 2 pokoje, domem nazwać nie sposób.

„Oferujemy Państwu wyjątkową ofertę zakupu połowy domku typu Fińskiego zlokalizowanego w X w bardzo dobrej lokalizacji-blisko centrum. Powierzchnia domu ok 80 m2.” Wyjątkowo podziękuję. Kolejna namiastka domu. Co ja zmieszczę na przysługującej mi połówce, czyli 40 m…? A swoją drogą, lokalizacja faktycznie przednia – Zgodnie z Google Maps wokół menelownia. Cenne nowe znajomości gwarantowane, jupi.

„POLECAM! Klimatyczny dom po remoncie w zabudowie szeregowej. Położony jest w bardzo zadbanej i spokojnej części Centrum. Budynek na ładnej działce o powierzchni ok. XXX m2 (ogrodzenie kute metalowe i siatka)” …Pierdu pierdu zupa rybna. Opis-cudo, Pośrednik wygodnie nigdzie nie wspomniał nawet słóweczkiem, że brak jest bezpośredniego dojazdu samochodem do posesji – taka uroda tej lokalizacji.

Tym optymistycznym akcentem odmeldowuję się na czas bliżej nieokreślony.

Me, out.