Sąsiadka – istota zamieszkująca przeważnie domy z wielkiej płyty. Cechą charakterystyczną jest opanowana do perfekcji sztuka inwigilacji i kamuflażu.

Zbierałam się, aby napisać relację z późniejszych oględzin domów, ale miała miejsce kolejna firmowa impreza świąteczna, tym razem u mnie. Następnego dnia (lub może raczej – tego samego dnia…?) byłam jednak w takim zombie mode, że organizm podtrzymywał tylko najważniejsze funkcje życiowe. Update bloga nie należał wówczas do priorytetów. Następnie nastała przedświąteczna gorączka, a wraz z nią lepienie uszek, pieczenie ciasta, przygotowywanie różnych innych wigilijnych potraw oraz rozpaczliwe próby załatwienia WSZYSTKIEGO przed świętami. Ze szczególnym rozczuleniem wspominam kolejki przed myjką samochodową. W takich momentach, gdzieś tam w głębi mojego pokrętnego umysłu, pojawia się przekorna myśl, zdanie przeczytane na kwejkopodobnej stronie: „Umyj okna dla Jezusa!”

Umyj okna dla Jezusa. Umyj samochód dla Jezusa. Posprzątaj w domu dla Jezusa. Umyj klatkę schodową dla… sąsiadki. Która, zdaje się, w przedświąteczny weekend czatowała przy drzwiach, nasłuchując, i dopadła mnie, gdy wychodziłam z domu z bagażem i różnymi pakunkami. Straszna kobieta. Tym razem pilnując kolejności cotygodniowego sprzątania klatki schodowej próbowała wrobić mnie w nadprogramowe przedświąteczne sprzątanie. Cóż, nie wyszło. Zamiast czaru odpędzającego Zło zastosowałam jedną z technik asertywnej odmowy, tzw. metodę zdartej płyty, a następnie z uśmiechem życząc jej „Wesołych Świąt!” wyszłam.

Nie pamiętam, czy kiedykolwiek zaserwowałam Wam opowieść o sąsiadce. Chyba nie zdążyłam, ponieważ kobita obraziła się na mnie jakoś w okolicach lata, czyli mniej więcej wtedy, gdy zaczęłam pisać bloga, a – niestety – odobraziła w okolicach końca listopada / początku grudnia, gdy znowu potrzebowała od nas jakieś przysługi. Jakby nie mogły ruszyć tyłka do matki i pomóc jej własne dorosłe dzieci. Tym razem chodziło o pomoc w skręceniu mebli, wcześniej z kolei przez pół roku nękała mnie prośbami o pomoc w pewnej administracyjnej sprawie, na którą to pomoc składały się: Porady prawno-administracyjne, pisanie pism urzędowych, a przede wszystkim wysłuchiwanie żalów na cały wszechświat. Pomiędzy owymi lamentami znalazły się, i owszem, ciekawe kąski z życia jej i męża, dzieci oraz wszystkich sąsiadów z bloku. Czy tego chciałam czy nie, moja baza danych o najbliższym tu otoczeniu została zaktualizowana. Z początku pomagałam chętnie (bo owszem, jestem głupia, może nieco naiwna, i mam jeszcze jakieś resztki wiary w ludzi. Resztki, które w miarę kontaktów z otoczeniem stale topnieją.), jednak z czasem sytuacja zaczęła mnie coraz bardziej irytować – ale i również bawić. Bywało, że sąsiadka potrafiła stać w naszej kuchni i truć nam nad głową, gdy po późnym powrocie do domu jedliśmy obiad lub gdy wracałam po 22-ej (w końcu!!!) do domu, słaniając się ze zmęczenia, z oczami czerwonymi jak u królika, a ta *** wyskakiwała znienacka ze swojego mieszkania, machając mi przed nosem jakimś pismem, kazała sobie tłumaczyć, co tam jest napisane. Miałam już chyba wszystkie objawy stresu pola walki, gdy wchodząc do bloku starałam się jak myszka przemknąć po schodach, cichuteńko otworzyć kluczem drzwi i jak najszybciej znaleźć w mieszkaniu, ryglując drzwi za sobą. Jednakże najzabawniejsza sytuacja miała miejsce pewnego wieczora, gdy ja akurat stałam przy zlewie myjąc naczynia po wizycie znajomych, a drzwi sąsiadce otworzyła moja druga połowa (zwana dalej MDP). Nie potrafię tego opisać, ale sąsiadka jakimś cudem prześlizgnęła się pomiędzy futryną a moim chłopem i zmaterializowała pośrodku dużego pokoju… w koszuli nocnej. Wyobraźcie to sobie: Kobieta około 50-tki, o aparycji dalece odbiegającej od wysportowanej sylwetki Madonny czy elegancji Sophii Loren, bez szlafroka, w koszuli nocnej sięgającej nieco za kolana. spod której wystawały nieatrakcyjne, nieogolone nogi. Na ten widok MDP stanął jak słup soli i zaniemówił. Wiadomo, że gdyby na środku pokoju pojawiła się nagle seksowna 18-tka w baby doll, również by zaniemówił, tylko jakoś tak… inaczej 😉 No cóż, pewnych rzeczy się nie wybiera. Biedak miał pecha.

Ja też, ale na własne życzenie. Ot, taka nauczka na przyszłość: Z sąsiadami najlepiej jedynie wymieniać się grzecznościowym powitaniem i absolutnie nie wdawać w żadne głębsze relacje, poufałości itp.

W kaaażdym bąąądź raaazie… O czym to ja. A tak. O domach. No przecież! 😉

Wczoraj nie planowaliśmy nic prywatnie – Od rana czatowaliśmy przy telefonie i poczcie, ponieważ czekaliśmy na kontakt ze strony Pośrednika, który miał nas umówić do kilku nieruchomości. Niestety, nic z tego oglądania nie wyszło, ponieważ jeden WN nie mógł, drugi wyjechał za granicę, trzeci musiał nagle gdzieś pilnie wyjść, a czwarty miał sraczkę. No, nie dosłownie, ale rozumiecie. Jakiś dom w naprawdę fajnej lokalizacji odpadł, ponieważ nagle został sprzedany. Co dziwne, podobno wisiał na portalu już od jakiegoś czasu, ale jakoś nigdy wcześniej nie widziałam tej oferty. Damn.

Dziś pojechaliśmy oglądać, jak wynikało ze zdjęć, ładnie wyremontowany dom wolnostojący – taką typową PRLowską kostkę. W samochodzie od razu uruchomiłam mondrafona z nawi, która działa bardzo sprawnie i w ogóle, momentalnie znalazła naszą lokalizację, trasę pokazywała dokładnie, tylko, cholera jedna, ciągle piszczała, gdy przekraczałam prędkość! Bezczelna! Muszę znaleźć w opcjach, jak się wyłącza ten dźwięk, nie będzie mnie ustrojstwo denerwowało. Przecież jeśli będę jechać zgodnie z przepisami, to mnie inni użytkownicy zepchną z drogi. Tu ludzie bardzo nerwowe, wszędzie się śpieszą. A tolerancja dla innych kierowców jest pojęciem obcym.

Wstrząsani napadami dzikiego śmiechu (Czytaj: MDP śmiał się z mojego poirytowania z powodu zrzędzenia głupiej nawi. A niech sobie taką praworządną nawi instalują Niemcy czy Skandynawowie, ale Słowianom z ich wolną duszą i bujną fantazją niech producent lepiej nie funduje takich katuszy!) dojechaliśmy na miejsce. Ha. No nie mogę przecież podsumować, że to była strata czasu i kliknąć „Publish Post”. Niewątpliwie była to jednak strata czasu i pieniędzy na paliwo, ponieważ dom okazał się być usytuowany przy głównej drodze, w dodatku pośrodku blokowiska. (Dosłownie między blokami, których mieszkańcy wyglądając przez okno dokładnie widzą „nasz” ogród.) Idealne miejsce na działalność gospodarczą, której my prowadzić jednak nie zamierzamy. Obok była podobna kostka, na parterze której ktoś całkiem sprytnie i zapobiegliwie urządził aptekę. Właściwy dom został zakupiony na licytacji komorniczej, a następnie pośpiesznie i niedbale wyremontowany. Pod panelami albo nie było wylewek, albo ekipa remontowa była w stanie radosnego upojenia alkoholowego podczas remontu i montażu podłóg. Instalacja grzewcza ani piec nie zostały wymienione. Jedynie nowe łazienki prezentowały się całkiem nieźle. W porównaniu do wysokiej ceny oferty rzeczywistość nie prezentowała się aż tak zachęcająco. Zastanowił nas natomiast trzyżyłowy kabel zasilający, ciągnący się od domu do bloku obok. Ki diabeł…?

Obejrzelim, co było do obejrzenia, i ruszylim w dalszą trasę, już stricte wycieczkową. Chcieliśmy za dnia zobaczyć pewne domki, które zwiedzaliśmy przed świętami – ale o tym następnym razem. Będę Wam dawkować napięcie, a co!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s