Raspberry swirl

Wczoraj w końcu miałam wieczór dla siebie. Nadrobiłam zaległości towarzyskie (po kilku długich rozmowach telefonicznych nie mogłam już mówić 😀 ale to szczegół), filmowe i kuchenne. Z rozkosznie wypełnionymi nadziewanymi bakłażanami brzuszkami zasiedliśmy przed ekranem monitora, ponieważ telewizora nie posiadamy i nie wiem, czy zdecydujemy się na jego zakup w najbliższej przyszłości. Myśli o domach odgonić całkowicie nie potrafiłam, ale przynajmniej nie wracałam do tematu jak teraz, pisząc bloga. Dużo tego do myślenia, za dużo. Tyle wrażeń, tyle domów obejrzanych, tyle rzeczy, które trzeba rozważyć i zwrócić na nie uwagę. A to przecież dopiero etap 1. Kolejnym krokiem będzie finalizacja przyszłej transakcji i związane z tym niebezpieczeństwa / pułapki, a następnym – remont / wykończenie nieruchomości. Będzie się działo.

A tymczasem – obiecane podsumowanie ostatnich wycieczek:

Dom 1: Domek fiński parterowy, położony jednak w okolicy, co do przyszłości której MDP ma pewne wątpliwości (starzejący się mieszkańcy, lekka konstrukcja domów, w ich miejsce możliwe powstanie innych typów zabudowy). Sam dom trzeba by najpierw przystosować do naszych potrzeb, ponieważ poprzedni WN dobudowali pokój, pomysłowo wprawdzie, bo z osobnym wejściem w celu przeznaczenia go na pokój dla gości. Ja wolałabym połączyć tę dobudówkę z resztą domu ogrodem zimowym. Z pozostałych niezbędnych remontów: W piwnicy konstrukcja do wzmocnienia, można pomyśleć o podciągnięciu gazu i założeniu ogrzewania gazowego (jako uzupełnienie ogrzewania kominkowego). Mało powierzchni do przechowywania. Dom kompaktowy, uroczy, ale trzeba się zastanowić, czy funkcjonalny. Z drugiej strony – Dom ma być skrojony na miarę naszych potrzeb, jakie one właściwie są…? Na pewno naszym celem nie jest posiadanie wielopokoleniowego domu, nasze (zapożyczone) motto brzmi: Optymalnie. Może taka powierzchnia okazałaby się wystarczająca?

Dom 2: Na zdjęciach bajka, rzeczywistość okazała się mniej magiczna. O ile poprzednio obejrzana szeregówka zaadoptowana została z myślą o szeroko pojętej, codziennej wygodzie i bezpieczeństwie WN, to wizję właściciela tej nieruchomości zakwalifikowałabym gdzieś pomiędzy PRLem a kapitalizmem. MDP określił ją jednym jedynym słowem: Polandia. Pokaż się. Pokaż, że mieszkasz z rozmachem. Pokaż, że posiadasz okazały, wielokondygnacyjny dom, w którym… codzienne wielokrotne korzystanie z klatki schodowej jako głównego ciągu komunikacyjnego nagle okazuje się nastręczać pewne trudności. Gdyż pokonywanie 4 kondygnacji w tę i we w tę nie brzmi komfortowo, szczególnie dla mieszkańca będącego osobą w podeszłym wieku czy rodzica dzieci, które po 50 razy w/zbiegają z tupotem po schodach, bo rano zapomniały jeszcze czegoś do szkoły – podobno standard i można zwariować 😉 że tak zacytuję pewną mamę. Pozostanę na razie w temacie klatki schodowej, w kilku miejscach niepotrzebnie ozdobionej (co znacząco utrudnia jej zabudowanie w celu zminimalizowania „ucieczki” ciepła). Ściany zostały pociągnięte tynkiem strukturalnym imitującym chyba piaskowiec (aczkolwiek wygląda to na materiał używany na zewnątrz budynków), co, w mojej opinii – podkreślam, nie wygląda za dobrze. Może z powodu techniki dekoracji, może z powodu braku spójności z resztą. W części dziennej pomieszczeń część ścian wyłożono kamieniem gipsowym, który najprawdopodobniej zostanie później pomalowany w odcieniach brązu. W części sypialnej dominują jaskrawe, wręcz neonowe kolory. W łazience, hm, interesujące połączenie odcieni pastelowych z jaskrawymi. Kuchnia mogłaby zostać zaprojektowana nieco bardziej funkcjonalnie (słabe doświetlenie powierzchni roboczej – wolę światło dzienne od sztucznego oświetlenia). Wąziutkie schody prowadzące do apartamentu na poddaszu, przeznaczonego raczej dla nastolatka, gdzie za luksferami mieści się otwarta na część sypialną ubikacja. Gdy o tym myślę, przypomina mi się jeden z programów Wojciecha Cejrowskiego, który krytykował takie rozwiązanie w jednym z hoteli bodajże na Karaibach. Szejkiem nie jestem, cenię sobie wygodę i prostotę, wręcz minimalizm. Jako że cena cuda wysoka, a w tym stanie nie jest on dla mnie „do wprowadzenia się” bez konieczności dokonania pewnych zmian – odrzucam pomysł.

Dom 3: Kolejna szeregówka, położona nieco dalej od centrum wszechświata. Obawiałam się maciupeńkiego ogródka, zostałam jednak bardzo pozytywnie zaskoczona. Szeregówka parterowa – nowość dla nas! Posiada ciekawy rozkład pomieszczeń, z wyraźnym podziałem na część dzienną i sypialną. Trochę mało powierzchni do przechowywania, za to jest pralnio-suszarnia (Ważna rzecz, nie śmiać się! :D) Najważniejszą rzeczą, która mnie martwi, są szpary w drewnianej podłodze. WT wysnuło teorię powstania tychże nieszczelności pod wpływem wilgoci w domu / braku włączonego ogrzewania. Poza tym w szczelinach będzie gromadził się brud…

Dom 4: Z pośrednikiem umówiliśmy się w kolejnym przypadkowym miejscu. Żałuję, że nie zaproponowałam innego miejsca spotkania, bo w rezultacie śledziłam go przez całe miasto, próbując utrzymać tempo jazdy. Zimą przeistaczam się w mniej dynamicznego kierowcę. Bynajmniej nie ślimaka, ale nie lubię pędzić wieczorem po nieznanej mi okolicy, gdy droga w dodatku śliska, wąska i bez słupków prowadzących. Nic to. Jechaliśmy tak dosyć długo, aż zaczęłam się śmiać, gdzież nas ten pośrednik wywozi. W końcu dojechaliśmy na miejsce i… Śliczności! Wszyscy byliśmy zachwyceni tym uroczym domem drewnianym. Zupełnie inny klimat, ba, inny zapach niż w domu murowanym. Niedaleko lasy, jezioro, działka jest duża, niestety bez garażu, który trzeba dopiero postawić. Dom w stanie surowym zamkniętym, więc pozostało jeszcze trochę prac do przeprowadzenia, ale cenowo, o dziwo, ta opcja prezentuje się najkorzystniej. Dużo, dużo korzystniej niż kupno któregoś z wcześniej obejrzanych domów z rynku wtórnego do remontu. I wszystko zostałoby urządzone po naszej myśli! Największym minusem jest jednak odległość. Samochodem do przebycia, podejrzewam, że popołudniowe powroty do domu zajęłyby nam najwięcej czasu. Niestety, okolica ta jest bardzo źle skomunikowana pod względem autobusów – Trasę obsługuje jedna jedyna linia, przy czym przystanek końcowy nie znajduje się bynajmniej w centrum, dlatego 1 czy 2 przesiadki są przykrym standardem. To mnie trochę przeraża, ponieważ wcześniej mieszkałam na wsi, musiałam przebyć ok. kilometr brnąc czasem w błocie czy śniegu (ze względu na brak chodnika i bardzo wąskie pobocze, to niebezpieczna trasa dla pieszych / rowerzystów) na przystanek autobusowy. Jako że nie było to centrum wszechświata (eufemistycznie rzecz ujmując), komunikacja autobusowa zamierała w okolicach godz. 20/21-ej, a podczas weekendów i w święta połączeń z miastem było jak na lekarstwo. Na szczęście wieś znajduje się na ważnej trasie komunikacyjnej, dlatego parę lat temu powstały prywatne firmy przewozowe i uruchomiono dodatkowe połączenia. Nasze urocze za… zakątek nie cechuje się jednak takim dogodnym położeniem, dlatego zdani bylibyśmy wyłącznie na samochód. Ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Jako podsumowanie można by stwierdzić rzecz niejako oczywistą: Każdy dom ma swoje wady i zalety. Chcę jednak zminimalizować ryzyko i wybrać dom z najmniejszą ilością wad / niedogodności, ponieważ ich eliminowanie może być nierealne, lub wiązać się z kosztami, a codzienne męczenie się z czymś też nie ma większego sensu.

Reklamy

Aaargh!

W ciągu ostatnich kilku dni bardzo przemarzłam. Po pracy standardowo wsiadaliśmy do auta i wyruszaliśmy na kolejne wycieczki krajoznawcze, by wrócić do domu dopiero wieczorem. Po kolacji i gorącym prysznicu czuję się już nieco lepiej, ale dzisiaj zostawię tylko krótką notkę, nie mam siły na konkretniejszy update bloga.

W tym tygodniu obejrzeliśmy 4 domy, każdy zupełnie innego rodzaju. Jutro postaram się zebrać w jedną całość nasze wrażenia z ostatnich doświadczeń – Przez noc różne wnioski, spostrzeżenia, emocje poukładają się w głowie.

Zastanawiam się, czy nie obejrzeć jeszcze 2 domów w pewnej okolicy i nie zakończyć na tym etapie oglądania nieruchomości. Na portalach brak zwalających z nóg ofert, czas leci, a wraz z nim – comiesięczny czynsz za wynajem mieszkania, który moglibyśmy przeznaczyć na naszą inwestycję 🙂

Morning song

Wiem, że obiecałam Wam update bloga w niedzielę. Ale w trakcie weekendu sporo się działo i z wielu niezwiązanych ze sobą powodów nie udało mi się zrealizować obietnicy. Nadrabiam zatem dzisiaj, większą, mam nadzieję, dawką informacji.

Jakoś ciągniemy. Czasem ledwo zipiemy ze zmęczenia, szczególnie, że w międzyczasie przyszła w końcu zima, a wraz z nią całe to odśnieżanie, odmrażanie auta, jak również włóczenie się i wyczekiwanie na mrozie. Mimo wspomnianych wyżej niedogodności, jest to doprawdy wspaniały czas na oglądanie domów. Można dostrzec, czy gdzieś coś nie przecieka, czy nie wieje od źle zamontowanych okien (jak w naszym aktualnym mieszkaniu… Teraz wiem, że zrobiłam błąd, kupując ładne, delikatnie wyglądające łóżko z wąskimi metalowymi prętami u wezgłowia zamiast solidnie, aczkolwiek nieco topornie wyglądającej, drewnianej ściany czołowej, jakkolwiek to się nie nazywa…?), jak sprawuje się ogrzewanie i czy droga dojazdowa do posesji jest odśnieżana przez służby porządkowe, regularnie, czy w ogóle (Często niestety niespecjalnie, szczególnie, jeśli jest to ślepa uliczka, przy której położonych jest kilka domków. Zagadałam ostatnio kobietę, która akurat odśnieżała plac przed sąsiednią posesją. Bez wahania przyznała, że niestety odśnieżaniem drogi najczęściej zajmują się WN – jeśli chcą wyjechać autem z garażu.)

W sobotę rano zwlekliśmy się z łózka, po naprawdę sympatycznie spędzonym wieczorze w gronie znajomych. Ubrałam ciepłe skarpety i krótkie buty, w których zazwyczaj chadzam po górkach i pagórkach, co okazało się bardzo złym wyborem, ale do tego wrócę później. Wyruszyliśmy w drogę. Kolejność oglądania przedstawionych domów jest przypadkowa – Zebrałam wszystkie nasze doświadczenia w taki weekendowy kolaż.

Dom 1: Niska szeregówka, położona w dzielnicy niedaleko centrum. O, niestety, niewielkiej powierzchni, obejmującej na parterze kuchnię z małą łazienką i salonem oraz dwa pokoje na piętrze. Budynek jest podpiwniczony – Na dole mieści się jedno wielofunkcyjne pomieszczenie gospodarcze. Jest to pierwszy dom, o którym spokojnie mogę powiedzieć, że faktyczny stan techniczny odpowiada opisowi oraz zdjęciom, a także, że po usunięciu rzeczy należących do aktualnych WN i wysprzątaniu pomieszczeń można od razu wprowadzić się z własnymi rzeczami, bez konieczności przeprowadzenia jakiegokolwiek remontu. To było dość niesamowite odczucie, potęgowane jeszcze przez różne udogodnienia, zainstalowane w domu przez WN, takie jak: porządne drzwi antywłamaniowe, ciekawa instalacja elektryczna, multiroom i alarmowa czy automatyczne nawodnienie w ogrodzie. Drobne rzeczy, a cieszą. Ogródek przeciętnej, może ciut większej od standardowo-szeregówkowej, wielkości. Nie rzuciłam się na tę nieruchomość, ponieważ brakuje mi przynajmniej jednego dodatkowego pokoju. Ciuteńkę za malutkie to cudo. A szkoda.

Dom 2: Znajdował się w dzielnicy, do której dotąd jeszcze się nie zapuściliśmy w poszukiwaniu domów. Przyznam, że nie wiem nawet, dlaczego. Dzielnica w porządku, dobry dojazd do pracy. Może nieco zbyt wysokie ceny w porównaniu do stanu technicznego budynków, jak w przypadku opisywanego domu i kolejnego, o którym opowiem za chwilę. Dom wolnostojący, z zewnątrz co prawda ocieplony, ale wewnątrz… tragedia. Śmiało mogę się założyć, że mieszkało tam jakieś starsze małżeństwo, które w latach świetności domu wyłożyło wszystkie możliwe powierzchnie boazerią, parkietami (to jedyny plus) lub linoleum. Weg, weg, weg, wszystko weg. Zostawiłabym jedynie parkiet. I może schody, jeśli dobrze je sobie zapamiętałam. (Po tylu obejrzanych domach  w głowie naprawdę mam zamęt…) Ogromną zaletą domu jest duża, aczkolwiek rozsądna wielkościowo działka.

Dom 3: Nie spodziewałam się za wiele, a jednak od pierwszej chwili zgodnie stwierdziliśmy, że to „to”. Gdyby nie… Ale powoli. Wielkość działki odpowiednia. Z odśnieżaniem w zimie nie powinno być większego problemu – w razie czego (czytaj: Gdyby służby porządkowe zawiodły, a jest to całkiem prawdopodobny scenariusz) zostanie nam krótki kawałek do przekopania. Dom nie jest z zewnątrz ocieplony, co oznacza dla nas również konieczność wymiany parapetów, być może przy okazji również okien oraz zajęcie się dachem. A, i kanalizacją deszczową (Obecnie co jakiś czas trzeba wypompowywać wodę.) W środku, po zerwaniu tapet w pokojach trzeba doprowadzić do porządku ściany, zerwać boazerię na korytarzach i klatce schodowej, doprowadzić do porządku instalację elektryczną,  położyć parkiet w jednym pokoju, zrobić kuchnię oraz przebudować dwa interesujące pomieszczenia na parterze. Na chwilę obecną nie za bardzo wiem, co z nimi zrobić. Obecna aranżacja jest, mówiąc eufemistycznie, oryginalna. Obok wypchanych ptaszorów, kominków, boazerii, imitacji chińskich lamp – bar-klęcznik. Tylko tak umiem to określić. Wrażenie jest niesamowite. Ciekawią mnie kryteria doboru tych wszystkich komponentów. Może wtedy eklektyzm był w modzie…? Z kolei na piętrze mieszczą się: kuchnia, łazienka, 2 pokoje oraz salon. To mało, na razie nieruchomość mogłabym przyrównać do M3 z ogrodem i garażem, dlatego w przyszłości trzeba by pomyśleć o sensownym zagospodarowaniu i porządnym remoncie tych dwóch dziwnych pomieszczeń na dole. Co znowu wiąże się z kosztami. A jak na razie, wyjściowa cena domu jest bardzo, bardzo wysoka. Dlatego aktualnie zastanawiamy się, czy w ogóle podejść do negocjacji.

Zziębnięci i przemarznięci wróciliśmy do domu. Nasze nogi przypominały bryły lodu, dlatego drżąc z zimna zakopaliśmy się pod kołdrą. Chętnie zawiesiłabym, jak wcześniej planowałam, poszukiwania domu, oczekując nadejścia wiosny, ale telefony i e-maile od Pośredników zmuszają nas do popołudniowej i weekendowej aktywności…

Spokojnie, to tylko awaria

Zorientowałam się właśnie, że minął już tydzień, a ja nic tu nie piszę. Bezczelna-m!

Nie piszę, ponieważ siedzę z nosem w ofertach. Ba, z całą głową, ramionami, korpusem i wszystkim, co przynależy do mnie. Natrafiłam na nowy portal, który jakoś wcześniej umknął mojej uwadze, i w ciągu ostatnich dni przeglądałam znajdujące się tam oferty. Mailowałam. Dzwoniłam. Dzwoniono do mnie lub próbowano. Jeden wielki chaos. Jestem już na tym etapie, że wieczorem wysyłam e-maila z zapytaniem o ofertę do pośrednika, a następnego dnia podczas rozmowy telefonicznej KOMPLETNIE nie mogę sobie przypomnieć, o jaki dom chodziło. Szeregówkę? Nie? O, wolnostojący? A… który? Aaa TEN! Ok… – Tak mniej więcej przebiegają teraz rozmowy.

Poza tym, wczoraj otrzymałam SMS, który totalnie mnie rozczulił. Był od Pośrednika, bardzo sympatycznego, z którym ostatnio nie miałam kontaktu. Wiadomość brzmiała: „Witam! Czy Pani jeszcze szuka domu?” …Nie, nie szukam. Bardzo śmieszne.

Pozostając w temacie pośredników: Aktualnie współpracujemy ściślej z 3, a mniej ściśle z 2 kolejnymi. W międzyczasie wypracowałam taką procedurę, że po znalezieniu oferty przetrząsam portale w poszukiwaniu ofert dotyczących tej samej nieruchomości od agencji, które lubię. A co. Szkoda mi czasu na użeranie / dogadywanie się z dziwnymi ludźmi, skoro mam już fajne, sprawdzone kontakty. A że jedna nieruchomość jest prezentowana na portalach przeciętnie przynajmniej w 5 różnych odsłonach, istnieje spora szansa, że trafię na któregoś z „moich” pośredników. Przy okazji porównam zdjęcia oraz opisy, otrzymując pełniejszy obraz całości przed obejrzeniem domu „na gruncie”.

Tak w ogóle, jutro rano planujemy oblecieć kilka nieruchomości. Jednak z uwagi na fakt, iż trwa karnawał 🙂 relacji z wycieczek krajoznawczych możecie spodziewać się dopiero w okolicy niedzielnego popołudnia.

Don’t get your hopes up

Ze wspomnianą wcześniej szeregówką nie pykło. Szukamy zatem dalej.

Pociesza mnie trochę myśl, że na tym osiedlu jest jeszcze kilka domów na sprzedaż, w zróżnicowanym stanie i cenach, może jeszcze coś się trafi. Ostatnio też coraz częściej wracam myślami do jednego z domów, który oglądaliśmy bodajże we wrześniu. Też wymaga porządnego remontu, ale ma ładną, dużą działkę. Może dać mu kolejną szansę…?

Proces czekania wydłuża samo czekanie

Ja wiem, że czekacie na kolejnego posta. Ja również czekam – ale na odpowiedź od pewnego WN odnośnie zaproponowanej mu ceny nieruchomości 😉 Albowiem przybyliśmy, zobaczyliśmy i zatrwożyliśmy się wielce.

A skąd, żarty sobie stroję.

Jest sobie taki pewien dom, który (nie)stety wymaga kapitalnego remontu. Nie pytajcie po próżnicy, jak niektórzy mają w zwyczaju, czy muszę wymienić A, B czy C, ponieważ do zrobienia jest tam naprawdę WSZYSTKO. Nie przeraża mnie to jednak, bo mam WT. A co najważniejsze, dostrzegam potencjał tego miejsca. I nie obawiam się domów do remontu, o ile będę mogła kupić mój za rozsądną cenę.

Wycieczek krajoznawczych ciąg dalszy…

Po powrocie do domu padliśmy na kanapę jak zabawki, którym nagle wyjęto baterie. Fakt, że spory w tym udział miała ogromna pizza, którą pochłonęliśmy chwilę wcześniej, ale również i ogólne zmęczenie materiału.

Byliśmy dzisiaj na kolejnej wycieczce z cyklu „Poznaj swój kraj”, lub raczej: Poznaj osiedle X. Razem z WT toczyliśmy się radośnie po wertepach, kolejnym sprytnym skrótem, byle ominąć centrum, a ja manewrowałam pomiędzy robotami drogowymi i wyciętymi paskami asfaltu, zastanawiając się, ile jeszcze wytrzymają amortyzatory. Po dojechaniu na miejsce stwierdziłam, że, owszem, okolica sympatyczna, ale dojazd do pracy dość średni. Alternatywą dla wspomnianych wcześniej wertepów (ciekawe, czy odśnieżonych zimą) byłaby jazda głównymi ulicami w korku, z pulsującą żyłką na czole. Pociągająca myśl? Niet.

W ogóle, niesamowite, jak bardzo wszędzie się śpieszymy. I jak bardzo irytuje nawet mały przestój na drodze. Kierowcy samochodów dojeżdżają do poprzedzającego nawet te kilkanaście centymetrów, co stanowi wprawdzie iluzję ruchu, ale zawsze coś. Byle do przodu.

Dom, dla którego pokonaliśmy te wszystkie wyboje, był kolejną PRLowską szeregówką… Tak, zdaję sobie sprawę, zaczynam przynudzać 😉 Usytuowany dość pechowo na środku działki, pechowo, ponieważ przed domem mieści się wolnostojący, niestety, garaż, oraz jakaś mała namiastka przestrzeni, z którą nie bardzo wiadomo, co począć. (Przed domem również, a właściwie dokładnie naprzeciwko, mieszka agent Mossadu. Nasze przybycie zostało sumiennie odnotowane.) Za domem natomiast jest mały, całkowicie zagospodarowany ogródek. Budynek częściowo po remoncie, okna wymienione jedynie na parterze, który został dostosowany do aktualnych potrzeb WN i sytuacji rodzinnej. Ładna drewniana wewnętrzna klatka schodowa. Poza tym, cóż, wszystko do remontu: kuchnia, łazienka, ubikacja, wszystkie pokoje, wymiana okien, instalacji, doprowadzenie do porządku instalacji gazowej, przebudowa salonu na parterze, częściowe docieplenie budynku łącznie z adaptacją poddasza, na które składają się aż 3 pomieszczenia – Szkoda zmarnować aż tyle miejsca na graciarnię. Jako że WN żądają dość wysokiej ceny jak na stan nieruchomości oraz biorąc pod uwagę lokalizację – gorszy dojazd do pracy, że tak powiem, szału nie ma. Ekscytować się nie ma czym.

W drodze powrotnej pojechaliśmy obejrzeć nieruchomość, którą bezczelnie sprzątnięto nam sprzed nosa. Chodzi o pół starego, przedwojennego bliźniaka, położonego niedaleko centrum miasta, przy jednej z bocznych uliczek, dzięki czemu jest tam spokojniej, ciszej, a jednak pod względem komunikacyjnym super. Nic niepożądanego raczej się w pobliżu nie wybuduje, a niedaleko znajduje się wszystko, co do szczęścia potrzebne, czyli szkoła, kościół, sklepy bla bla bla. No szkoda.

Nie pojechaliśmy jednak później prosto do domu, bo dla kaprysu zamarzyłam sobie obejrzeć jeszcze jedną lokalizację – ot, takie zadupie pod miastem, które odradza mi zarówno tato, jak i mentor. Chciałam na własne oczy przekonać się, dlaczego nie warto tracić czasu i energii na poszukiwania nieruchomości w tym rejonie. Na pewno jednym z powodów jest przekroczenie Złej Rzeki. Ciągle mam w pamięci tamto spotkanie ze smokami… Brrr. Nawiasem mówiąc, po Drugiej Stronie przejeżdżaliśmy przez Pustkowie Smauga. Urocza nazwa miejscowości. Ktoś musiał mieć poczucie humoru. Drugim powodem jest odległość do pracy. Od cywilizacji w ogóle. Fatalny dojazd plus nikłe szanse na skorzystanie z komunikacji miejskiej w razie awarii/braku auta/posiadania pociech (Nie będę mamą-szoferem, o nie). Coś tam niby dociera, ale… Pokręciliśmy się po miejscowości, pojechaliśmy nawet przespacerować się nad jeziorem, by… wracając do domu, przypadkowo dostrzec pewien dom oferowany przez Pośrednika!

Na zdjęciach bajka. Super okazja. Szał ciał-fajerwerki. Jak zawsze. Mieliśmy w planach obejrzeć go z Pośrednikiem, który jednak do tej pory nie nawiązał kontaktu z WN. Nic to. Poradzimy sobie.

Nie mieliśmy adresu, dokładniejszego opisu, jedynie jedno marne zdjęcie budynku z zewnątrz. Kula-szpiegula jednak wypatrzyła właściwy budynek, gdy już mieliśmy się poddać. Skomentuję to tak: Gdyby dom był usytuowany w jakimś innym miejscu niż przy głównej drodze, zainteresowałabym się nim. A tak, mimo iż zrobił na nas naprawdę fajne wrażenie, odpada. Baj baj.