Szybcy i wściekli

Jesteśmy dość energiczni i ogarnięci w oglądaniu nieruchomości, ale ostatnio pobiliśmy nawet nasze własne rekordy. 4 domy w 1 godzinę – To imponujący wynik, nieprawdaż? 😉

Wszystko przebiegało szybko, bo każdy z tych domów podsumowany został krótkim: „Em… NO”. Mój komentarz tutaj będzie nieco dłuższy, bo lubię przynudzać. W tym celu założyłam przecież bloga.

Pierwsze trzy domy były bliźniakami bądź szeregówkami w stanie surowym zamkniętym tudzież developerskim, których cenę warunkuje atrakcyjna lokalizacja (= przynajmniej +100k do ceny). Atrakcyjność tej okolicy wypłynęła w ciągu kilku ostatnich lat, gdy pewnego dnia ktoś zdał sobie sprawę, że istnieje więcej niż jeden kierunek świata pod zabudowę i zwyczajna wioska ze wszystkimi jej atrybutami nagle stała się bardzo pożądaną destination.

Pośrednik na prezentację wybrał dla nas 3 z 4 poniższych domów. Ostatni był naszym strzałem.

Dom 1: Funkcjonalnie zaprojektowany bliźniak, co w moim odczuciu rzadko się teraz zdarza. Projektant pomyślał nie tylko o garderobie (która w obecnych czasach jest już standardem), ale i przeznaczył jedno dodatkowe pomieszczenie na pralnio-suszarnię. Wow. Pewną rysą na tym rajskim obrazie była prywatna droga dojazdowa do kilku znajdujących się przy niej posesji, przy czym (!) ja byłabym pierwszą inwestorką w tym miejscu, czyli na mnie spadłyby koszt wstępnego przygotowania, czyli przynajmniej utwardzenia drogi, by dało się jakoś przemieszczać. Alternatywą byłoby kupno kaloszy i terenówki, którym nie straszne byłoby to błoto. Nie chcę nawet wyobrażać sobie odśnieżania tego kawałka w zimie.

Dom 2: Również „wow”, ale w odniesieniu do ceny. Wow, bo przekracza nasze możliwości finansowe. Wow, bo za tę cenę można mieć dom wolnostojący, a nie bliźniaka z nano-mikro-ogrodem.

Dom 3: Debatuję, jak określić wielkość tej działki w porównaniu do działki poprzedzającej. Pikometrowa? Brzmi ładnie, może być. Mimo to domki mają branie jak ciepłe buły. Fascynującym jest, że tak pozwolę sobie na dygresję, że ludzie podobno bardziej preferują domy w stanie developerskim niż w stanie surowym zamkniętym. Że wolą mieć narzucone pewne rozwiązania, bo nie mają własnej wizji, odwagi, zaplecza (w postaci np. zaufanych fachowców). Podobno.

Dom 4: Yyy… Wyobraźcie sobie rozciągniętą przestrzennie wioskę i stojący gdzieś na obrzeżach, kawałek od głównej drogi, dom. Najprawdopodobniej nietknięty ręką fachowca od chwili jego wybudowania. Dom, gdzie wrzuca się granat i pozostają ściany, bo wszystko, ale to dosłownie wszystko, trzeba wymienić i zmodernizować. Oj, no cudnie. Odpowiedź na Wasze niezadane pytanie zawiera się w jednym słowie na 4 litery (nie, nie d***), C-E-N-A.
Jedyną rzeczą, która urzekła mnie w tym domu, była działka. Co przypomina mi pewną dyskusję z koleżanką:
– Czy mogę zacząć nowe zmiany od kupna psa? Bo mnie tu kuszą w mailu… Potem dopasuję do tego dom.
– … czy naprawdę muszę odpowiadać?

Reklamy

Bliskie spotkania trzeciego stopnia

Ten cykl wycieczkowy mogłabym zamknąć hasłem „3xŻ”. Jak: 3 razy Żul. Trzy tego typu bezpośrednie encounters jednego wieczoru uważam za znak. Jaki? Jeszcze nie wiem.

Ale po kolei. Zmierzaliśmy najpierw do Domu 1, spokojnie, bez pośpiechu, w blasku zachodzącego słońca, patataj patataj i w ogóle. Zaparkowaliśmy przed furtką i weszliśmy na teren posesji, by rozejrzeć się najpierw na szybko po ogrodzie. Wielkość działki w porządku, garaż wolnostojący, może być. Skierowaliśmy się w stronę domu, gdzie przywitały nas dwie dość osobliwe osoby. Szczególność ich zachowania objawiała się w niezrozumiałej rezerwie, z jaką przedstawiały nam dom, który mimo wszystko planowały sprzedać. W środku panował już lekki półmrok, ale właściciele tylko stali i obserwowali nas, więc każdym pokoju musieliśmy sami odszukać i zapalić sobie światło. Dom niby przeszedł jakiś remont, jednak w naszym odczuciu prace były wykonane dość nieprofesjonalnie, widać było niedociągnięcia. W domu czuć było trochę wilgoć, w paru miejscach przy oknach dostrzegłam tego efekty. Chcieliśmy jeszcze zejść do piwnicy, by obejrzeć, czy i tam nie ma śladów wilgoci i zacieków, ale WN początkowo nie chcieli nas tam wpuścić, tłumacząc się nieporządkiem. Nie wiem, czy to celowe zachowanie WN (Przecież zanim kupię ten dom, i tak muszę wszystko dokładnie obejrzeć, więc uniemożliwianie mi zejścia do piwnicy jest co najmniej dziwne), czy może mieli wcześniej do czynienia z jakimiś dziwnymi oglądającymi, którzy wygłaszali uwagi odnośnie bałaganu. Zresztą, jaki znowu bałagan! Jeśli ktoś się wyprowadza, normalnym jest, że tu i tam stoją pudła, a w domu nie jest najczyściej. Nic to. Udało nam się ostatecznie obejrzeć tę piwnicę, ale poza tym uzyskaliśmy tyle informacji, ile sami byliśmy w stanie dojrzeć i ocenić. Odpowiedzi na nasze pytania były udzielane dość zdawkowo i niechętnie, kwitowane komentarzami w stylu „Po co Państwo chcą to wiedzieć” albo „Wszystko jest w porządku” (Co jak co, ale w sprawach formalnych nikomu na słowo nie uwierzę i naprawdę chcę zajrzeć sobie w dokumentację).

Otrząsnąwszy się z tego dziwnego doświadczenia ruszyliśmy w stronę Domu 2, będącego, jak się okazało, typowo dwurodzinnym domem wolnostojącym, z oddzielnymi mieszkaniami połączonymi klatką schodową. Na chwilę obecną takie rozwiązanie nie jest optymalne dla nas, choć rozdzielność poziomów jest zaletą: Na chwilę obecną można korzystać z jednego poziomu, ograniczając korzystanie i utrzymanie drugiego piętra. Tylko z drugiej strony – po co. Jak czytałam ostatnio, dużo ludzi popełnia ten błąd, że buduje / kupuje domy niedopasowane do swoich potrzeb. Owszem, należy planować i nieco wybiegać myślą w przyszłość, ale nikt nie przewidzi, jak będzie wyglądała jego/ jej sytuacja rodzinno-zawodowa za 10, 20, 30 lat. Duży dom może okazać się nagle kulą u nogi.

Do domu per se nie mam zbytnich zastrzeżeń. Są pewne prace remontowe do przeprowadzenia, szczególnie drugie piętro wymaga remontu, jednak w porównaniu z tym, co zastaliśmy na miejscu, cena jest w porządku, niewygórowana. Ale cóż z tego, skoro dom nie dla nas.

Było już całkiem ciemno, gdy jadąc główną drogą w kierunku Domu 3 nagle zauważyłam, jak auto przede mną przyhamowało i skręciło w prawo, na parking wzdłuż ulicy. A ja zobaczyłam przed sobą na środku drogi półleżącego człowieka. Hamulce, światła awaryjne, MDP wyskoczył z auta sprawdzić, co się stało. Byłam przekonana, że kierowca samochodu jadącego przede mną potrącił pieszego, ale już po chwili okazało się, że jedynie ominął… z trudem czołgającego się przez ulicę Żula. Sądząc po zdartych do krwi przedramionach i dłoniach, pokonanie połowy jezdni zajęło Żulowi trochę czasu, jednak – co zdziwiło mnie najbardziej! – mimo iż stanowił on wyjątkowe zagrożenie na drodze, przede wszystkim dla samego siebie, nikt, podkreślam NIKT, nie zatrzymał się, aby usunąć go z drogi. Mężczyzna w tym stanie upojenia alkoholowego był bezwładny i bardzo ciężki, dlatego MDP pobiegł po pomoc do mężczyzny stojącego spokojnie na pobliskim przystanku autobusowym, i po dość natarczywym wezwaniu do pomocy zatachali go wspólnie na chodnik.

Chciałabym to wszystko skomentować jednym słowem. Jednym jedynym.

Rozumiem współczesne zobojętnienie ludzi, ale do cholery – Ludzie są bezdennie głupi i krótkowzroczni. Jeśli któremuś z kierowców nie udałoby się jednak skutecznie ominąć pełzacza, miałby na sumieniu człowieka, nieważne, żula czy nie żula, i spore problemy! Nie rozumiem tego wszystkiego, nie rozumiem.

Dość wstrząśnięci tym zdarzeniem dotarliśmy w końcu do ostatniego tego wieczora domu, który okazał się swoistym balsamem na przynajmniej moją duszę. Spodobał mi się. Bardzo. Muszę jak najszybciej zabrać tam WT, by sprowadził mnie na ziemię. Dom duży, ale wewnątrz nie ma zbyt wielu pokoi. Są one raczej takie, jakie lubię – przestronne. Wnętrze urządzone gustownie, elegancko, nieprzeładowane meblami czy ozdobami. Wymaga odświeżenia, przemalowania ścian (Będę szukać tamtego koloru, będę) i ewentualnej wymiany frontów w zabudowie kuchennej, bo nie lubię w sobotę skakać ze ścierką i męczyć się z doczyszczaniem ornamencików. A, trzeba coś zrobić również z chybotliwymi poręczami schodów. W domu mieszka nastolatek, co wiele tłumaczy… 🙂 Z kolei piwnicy jest kilka pomieszczeń gospodarczych, w tym jedno ewidentnie dla kota 😉 ponieważ w ścianie zrobiono wyjście dla sierściucha na ogród. Znakomicie. Ogród ładny, częściowo zadrzewiony, przyjemnych rozmiarów.

WN również sympatyczny, czas upłynął nam na miłej rozmowie, w trakcie której dowiedziałam się wielu rzeczy. Również takich, których wiedzieć nie chciałam, ale to akurat miało miejsce już na zewnątrz. Gdy żegnaliśmy się z WN, nagle zmaterializowała się obok nas dziwna kobieta, która spytała, czy dom jest na sprzedaż. WN odpowiedział jej w dość opryskliwy i chłodny sposób, co mnie początkowo zaskoczyło. Po chwili okazało się, że kobieta jest… najzwyczajniej w świecie dziwna, żeby nie powiedzieć: psychiczna. Podobno pomyliła sobie WN z kimś i czasem go nachodzi. Aha… Super…

Akurat ten aspekt musimy sprawdzić w kontekście pewnej afery, która wydarzyła się kilka lat temu. Jeśli nasze obawy się potwierdzą, możecie liczyć na ciekawą historię 😉

Na Żula numer 3 natrafiliśmy gdy… Chociaż powinnam raczej powiedzieć: Żul 3 prawie wytoczył mi się w ciemności zza krzaków na maskę samochodu, gdy już wjeżdżaliśmy na nasze osiedle. Zdążyłam go jednak ominąć, a jadący za mną samochód zatrzymał się, by go przepuścić. Co za wieczór…

Dlaczego oni znowu niszczą moje marzenia…!

Na wstępie chciałabym gorąco pozdrowić kolegów z pracy MDP 🙂 W związku z enigmatycznymi skrótami odsyłam Was do zakładki „Wyjaśnienia” – Moje lenistwo zdecydowanie popiera skróty (tudzież skrótowce literowe, dla poprawności językowej).

Moja grupa wsparcia (na to niedługo również będzie skrót) podesłała mi ostatnio kilka ciekawych linków do szeregówek, co prawda z rynku wtórnego, ale prawie nowiutkich, użytkowanych zaledwie przez kilka lat. Do tego położonych w elitarnych dzielnicach, na zamkniętych osiedlach, co wywołało u mnie pewien niepokój (o urokach mieszkania na zamkniętych osiedlach pisałam już wcześniej), ale postanowiłam dać szansę tym nieruchomościom i przekonać się, jak wygląda to bajkowe życie.

Dom 1: Obejrzany później, więc w porównaniu z Domem 2 (o którym poniżej) wypadł dość blado. Osiedle zadbane, maciupeńki ogródek w standardzie, niestety od strony ulicy, na chwilę obecną niezbyt ruchliwej, ale jeśli rozbudowa okolicy będzie postępowała zgodnie z planem zagospodarowania przestrzennego, to niedługo może być tam całkiem głośno. W środku układ i ilość pomieszczeń typowe dla tego typu budownictwa, wnętrze odświeżone, elegancko zabudowana kuchnia i 2 łazienki. Niestety, między domami brak jest przestrzeni dylatacyjnej, więc mieliśmy już teraz okazję zauważyć efekt zalania domu przez sąsiada.

Dom 2: Jak to skomentował WT, w środku nie bardzo było się do czego przyczepić. Szeregówka została wykonana z naprawdę dobrych jakościowo materiałów, gustownie urządzona (Wspaniale harmonizujące z meblami piękne kolory ścian będą moją późniejszą inspiracją), również i w tym przypadku spodobał mi się wystrój kuchni i łazienek, a także sypialni z garderobą (Ciemne belki na suficie w stylu rustykalnym mają swój urok). Z pewną dozą nieufności podeszłam do dość oryginalnie rozwiązanego ogrzewania elektrycznego, ale drugą opcją grzewczą jest kominek, a poza tym jesteśmy zimnolubni jak opiewany przez Nietzschego lud z krainy Hyperborea i nie lubimy wysokich tempertur w domu. Miód, sam miód płynie z mojej recenzji, a gdzież te wady, na które wszyscy czekają? Są. Dwie. Poważne. Po pierwsze, w nowoczesnym budownictwie developerzy nie przewidują żadnych storage room, powierzchni do przechowywania gratów, których w przeciągu życia zbiera się jednak trochę. Kolejną wadą i niemiłym zaskoczeniem był fakt (co zdążyłam już w międzyczasie rozrysować na tablicy w pracy kilku osobom 🙂 ), iż mimo skrajnego położenia domu, ogród stanowi wąski pasek trawy za domem. Z boku kawalątek pomiędzy biegnącą przez osiedle drogą a „moim” garażem i ogródkiem jest już terenem wspólnym, na którym mieszkańcy osiedla urządzili sobie spontanicznie dwa dodatkowe miejsca parkingowe, dokładnie przed furtką prowadzącą do „mojego” ogródka. Nie podoba mi się to, jestem terytorialna, widzę, że takie sprawy mogą generować problemy w przyszłości. Mentor poradził postawienie w tym miejscu ciężkiej donicy z kwiatami, ale to rozwiązanie może być zbyt subtelne dla innych ludzi. Czuć tu ewidentnie klimat blokowy z wszystkimi tymi problemami dotyczącymi parkowania… Nie chcę nawet wiedzieć, jak zatarasowane jest to mini-osiedle podczas weekendu czy w święta, gdy zjadą się goście.

Po oględzinach ww. domków mieliśmy w planach najazd na mieszkającego niedaleko Mentora, ale pośrednik zaproponował obejrzenie jeszcze jednego domku wolnostojącego. Aaaa… Gdyby można było wstawić tu zdjęcie mojej zachwyconej buzi…! Nie potrafię namalować tych uczuć słowami.

Ten stan zauroczenia trwał w moim przypadku nie zwyczajowe 3 miesiące, lecz tylko jeden dzień, czyli do czasu, gdy spojrzałam na wszystko trzeźwiej i uświadomiono mi wady domu, których ja w swej budowlanej ignorancji wcześniej nie dostrzegłam.

Jakby to wszystko zgrabnie podsumować… Może tak: Właściciele mieli mały stary domeczek na sympatycznej działce. Pewnego dnia postanowili go rozbudować i wyremontować, i tak też uczynili. Niestety, wykonali te prace w dużym pośpiechu i bez głowy, w efekcie czego dom na chwilę obecną przedstawia się tak: Nierówne, niewygładzone ściany, pomalowane tylko. Całkowicie zabudowana wanna w łazience, bez możliwości swobodnego dostępu w celu przeczyszczenia. Pęknięcia w ścianach w salonie, powstałe prawdopodobnie na skutek nieprawidłowej rozbudowy i położenia drewnianego stropu i kartongipsu. Założone drzwi z odzysku, nieprzymocowane futryny trzymające się „na słowo honoru”. Drewniane drzwi prowadzące z salonu do garażu (spaliny!). Wyliczać mogłabym dalej…

Gdy jakiś czas później razem z MDP wysiedliśmy z samochodu i skierowaliśmy się w stronę naszego mieszkania, z mojej strony padło wiekopomne już zdanie: „Dlaczego oni znowu niszczą moje marzenia…!” 😉 Że niby WT, tym razem w liczbie mnogiej. W kupie zawsze raźniej.

Mentor skomentował całą sytuację w następujący sposób:
– To jak z chłopem: Albo dom cię urzeknie i nikogo nie pytasz, albo kombinujesz. Jak urzeknie – przerąbane.
– Wtedy jadę tam drugi raz – odpowiedziałam – Biorę ze sobą WT, a on sprawia, że się odkochuję 😀

„Nie idzie żyć”

Gdy tak codziennie stoję w pewnym komunikacyjnie newralgicznym miejscu, zastanawiam się nad planami miasta na przyszłość. W końcu samochodów z każdym rokiem przybywa coraz więcej. Chochlik w głowie podpowiada mi, że typowo polskim podejściem jest jednak „Jakoś to będzie”.

Przebicie się w godzinach szczytu przez powyższe wąskie gardło zajmuje dużo czasu i nerwów. Tamtego dnia byłam umówiona na konkretną godzinę na oglądanie domu, czas uciekał, a ja stałam w miejscu, ewentualnie sunęłam do przodu z zawrotną prędkością 5km/h, postanowiliśmy zatem objechać korek. Już widzę uśmiech na Waszych twarzach. Z jednego korka trafiliśmy w drugi i, zdenerwowani na całego, po godzinie w końcu dojechaliśmy na miejsce. Niewątpliwie wrażenia z oglądanego domu są różne w zależności od rodzaju i ładunku energii, z jaką się przychodzi. Tu było jej zdecydowanie zbyt dużo. Pierwsze wrażenie? Stan nieruchomości do całkowitego remontu, ale cena już po drobnej redukcji. Nie uprzedzono nas o niedziałającej elektryce, na szczęście ściągnęłam apkę-latarkę, która daje mocne światło, dzięki czemu mogliśmy pobuszować sobie po piwnicy. Oszczędziłam sobie włażenia na strych, wdrapał się tam za to MDP i z radością obwieścił, że mógł włożyć palec w belki na dachu. Co oznacza również dach do całkowitej wymiany i zaczyna się robić ciut drogo.

Po błyskawicznych oględzinach zwinęliśmy się do następnego domu, położonego nieopodal. Co mi przypomina, że muszę sprawdzić ustawienia nawi, gdyż poprowadziła mnie wtedy po takich wertepach, że serce biło mi głośno z obawy o moje auto, które nagle stało się terenówką. Poprzednie pewnego dnia zostało amfibią, więc taki to już zdaje się los moich samochodów. Może dostanę jakąś premię od producentów za reklamę ich pojazdów jako sprawdzających się w każdych warunkach? Hm? 😉

Kolejny dom byłby cudowny. „Byłby” – Poprawnie użyty tryb przypuszczający. Byłoby bajkowo, gdyby działka (o wątpliwych granicach zresztą, do sprawdzenia i ustalenia) nie składała się z podjazdu powyżej domu, z którego schodzi się po skarpie wprost przed drzwi wejściowe. A to oznacza kompletny brak ogródka, nie, źle się wyraziłam – brak funkcjonalnego ogródka. Na skarpie mogę co najwyżej posadzić krzaki i tyle mieć z tego radości. Co prawda właściciel zapewniał, że kiedyś będzie szansa na dokupienie kawałka parceli obok, ale… Mhm, kiedyś. Kiedyś to ja będę bogata. Prawdopodobnie. Tylko muszę w końcu lotka puścić.

Dom sam w sobie ciekawy, spodobałby się mojemu tacie. Większość ścian w drewnie. Na dole ładny przestronny salon z kominkiem. Na pierwszym, niestety, piętrze kuchnia (Moim zdaniem, idealnym miejscem dla kuchni jest zawsze parter – Wygoda, wygoda przede wszystkim!) z… i tu zaczyna się zabawa. Podłoga w kuchni wykazuje spory przechył, który częściowo występuje, co prawda w mniejszym stopniu, również w pokoju obok. Zgubiłam się, próbując dociec przyczyny problemu. Być może nieumiejętnie przeprowadzono prace dotyczące rozbudowy i remontu budynku. Na ostatnim piętrze znajduje się, jak to określił MDP, sala balowa, ogromny pokój z ciekawymi trójkątnymi uchylnymi oknami. Uchylnymi jedynie, a nie otwieranymi do środka, dlatego pierwszym moim pytaniem było: Kto i jak będzie je mył. Są rozwiązania, które może i wyglądają ładnie, uroczo, modnie (niepotrzebne skreślić), ale wiadomym chyba jest już, żem nudna osoba i na pierwszym miejscu stawiam praktyczność. Wracając do punktu wyjścia: Dom? Nie. Nie w tym stanie. Po przeprowadzeniu wstępnego rekonesansu mam spore wątpliwości co do możliwości dokupienia dodatkowego kawałka terenu, a na chwilę obecną kupno domu posadowionego na tak małej i niefunkcjonalnej działce mija się z celem. Równie dobrze mogę nabyć mieszkanie w bloku i kisić się tam.

Ninja!

Już dawno przestałam udowadniać wszystkim, że jestem dobrym kierowcą. Bez sensu. Ludzie i tak swoje wiedzą. Obalanie stereotypów przypomina walkę z wiatrakami. Dlatego czasem (naprawdę – czasem) bezczelnie wykorzystuję fakt posiadania obcych blach oraz bycia kobietą (tym puchem marnym, który, jak wiadomo przecież, kierować samochodem nie potrafi!), szczególnie, gdy np. potrzebuję zmienić pas z prawego na lewy przejeżdżając przez środkowy przy okazji 😉 Uśmiecham się wtedy bezradnie, przekazując innym kierowcom dramatyczny sygnał „Ojej, zgubiłam się!” Działa. Zauważyłam, że inni kierowcy również chętniej przepuszczają mnie, gdy chcę włączyć się do ruchu. Jakie to miłe z ich strony.

Dziś zmierzając w stronę kolejnych domów, które skomentuję na blogu w najbliższej przyszłości, dobiłam do niewielkiego korka. Korek w tym miejscu? W sobotę rano? Dziwne. Chwilę później minął mnie policyjny pojazd na sygnale. Wypadek? Powoli sunęliśmy do przodu, metr po metrze. Kawałek przed skrzyżowaniem dostrzegłam dwóch stojących na szosie policjantów, po jednym na każdym pasie, podtykających kierowcom alkomaty. Nie widziałam wcześniej takiej zorganizowanej akcji. Jako że nie miałam bynajmniej powodu do obaw (zero alkoholu, dokumenty w porządku), podjechałam spokojnie i uchyliłam okno, czekając na moją kolej. Policjant podszedł, zerknął na obce blachy, na MDP trzymającego w rękach nawi i uśmiechnął się stwierdzając, że raczej nie dojechałabym tu z miasta X nietrzeźwa 🙂 No raczej nie 🙂 Kolejny dowód (poza tańszym ubezpieczeniem – wysokość składki zależy od miejsca zameldowania właściciela auta) na to, że fajnie jeździć na obcych blachach! 🙂

Tak w ogóle – Nazbierało mi się 5 domów do opisania. Dużo, prawda? Jako że pora już późna, a jutro znowu ruszamy w trasę, zamieszczę tylko krótki komentarz odnośnie szeregówki, położonej w centrum miasta, w tak sympatycznej odległości od mojego aktualnego miejsca pracy, że mogłabym przestawić się na dojeżdżanie do pracy rowerem. I… tak właściwie jest to jedyna zaleta tej nieruchomości w chwili obecnej. Jako że wcześniej mieszkała tam jakaś starsza osoba, w domu przeprowadzono jedynie drobne prace remontowe, plus częściowo wymieniono okna. Od jakiegoś czasu budynek stoi pusty i zaniedbany, aktualnie wymaga bardzo rozległego remontu, na co nie wskazywały zdjęcia i enigmatyczny opis oferty. A cena wysoka. Czyli standard.

Narodzie pomóż przyrodzie

Najprawdopodobniej wskutek ataków DDoS na witrynę WordPress mam drobne opóźnienia w publikowaniu postów. Ostatniego posta udało mi się wrzucić na bloga dopiero po dłuższej walce, w międzyczasie nie spisałam „na gorąco” wrażeń z kolejnych obejrzanych domów, a ich wciąż przybywa, przybywa…!

Koncepcje zmieniają się jak w kalejdoskopie, mianownik pozostaje wspólny: Dogodna lokalizacja, na skutek czego odrzucamy dość sporo ładnych domów, często o niższych cenach, ale o uciążliwym dojeździe do pracy i cywilizacji.

Pozostając w temacie komunikacji, pozwolę sobie na małe szyderstwo. Za siedmioma górami, za siedmioma rzekami były sobie dwie elitarne dzielnice, w których postanowiła zamieszkać Elyta. Tereny powoli zaczęły porastać a to ekskluzywnymi domkami wolnostojącymi, apartamentowcami, a to ukochanymi szeregówkami na zamkniętych osiedlach. Droga do owego polskiego Dubaju była długa, kręta i wiecznie zatarasowana stojącymi w korkach samochodami maści wszelakiej. Elyta jednak kochała swoje oazy spokoju i bogactwa, położone na wzgórzu / nieopodal lasu / nad strumyczkiem (niepotrzebne skreślić). Pewnego dnia, nagle a podstępnie, okazało się, że przez Ziemię Obiecaną ma zostać wytyczona droga. Droga! Bezczelność! Któż ośmielił się zmącić spokój mieszkańców! Toż oni byli zainwestowali dużo piniążków, aby wygodnie mieszkać w tej okolicy! Developerzy zachwalali uroki okolicy, o drodze mowy nie było! Mieszkańcy zatrwożyli się wielce i oburzyli, krzycząc, że nikt ich o planach niecnych nie poinformował. Jedna mieszkanka posunęła się nawet do tego, by na pewnym forum spróbować podburzyć ekologów do podziałania w sprawie, żaląc się, jak to uwielbia obcować z naturą i w tym celu przeniosła się wraz z rodziną do tego regionu (paradoks), jak to pozwala żyć sarnom, dzikom, jeleniom, lisom, zającom i bażantom, które często biegają po ogródkach jej i sąsiadów (Wyobraźnia podsunęła mi złośliwie dosyć abstrakcyjno-komiczne obrazki stad zwierzyny przemierzającej susami te mikro-ogródki 3m x 3m) i jak to zaledwie KILKA DNI TEMU (!) dowiedziała się o inicjatywie budowy drogi wprost POD ICH DOMAMI (!) (Skoro „pod domami”, to nie ma problemu, nieprawdaż? 😉 Hałasu nie będzie słychać i samochodów widać również nie będzie). Doprawdy, jakież to wszystko tragiczne i dramatyczne zarazem.

Przez ten mój sarkazm wypalę zaraz dziurę w podłodze do sąsiadów. Pozwalam sobie na ten upust ironii, ponieważ istnieje coś takiego jak m.in.:

a) prospekt informacyjny (część indywidualna), który powinien stanowić integralny załącznik umowy developerskiej,

b) plan zagospodarowania przestrzennego,

c) równie ogólnodostępne ogłoszenia na portalu BIP,

których to dokumentów paniusia przy zawieraniu umowy kupna-sprzedaży najprawdopodobniej nie sprawdziła, a teraz próbuje zwerbować sprzymierzeńców, by walczyli o jej prywatny interes. Doprawdy przewrotne i dowcipne zarazem.

Ale jak mawia blogowa znajoma, nie należy nigdy drwić z bliźnich. Zanadto.

My compass works fine

Na wstępie zaznaczę (jakby ktoś miał później jakieś wątpliwości) że nieruchomość, o której mowa poniżej, oglądaliśmy PRZED wizytą u znajomych. U których, nawiasem mówiąc, nie wzięłam do ust nawet łyka alkoholu.

Dom przedstawiony w ofercie, poza specyficzną lokalizacją, nie wzbudzał większych zastrzeżeń. Zwyczajnie kolejny dom do remontu. A ja lubię domy do remontu. Irytują mnie pseudo-wyremontowane domy, na szybko, z gorszej jakości materiałów, by wirtualnie podnieść wartość sprzedawanej nieruchomości. Z położonymi na odwal panelami lub niby odremontowaną kuchnią czy łazienkami, do których najchętniej i tak wrzuciłabym granat i zrobiłabym wszystko od nowa. Szczęśliwym trafem, WN nie poddał tego domu jakiemuś przypadkowemu i tandetnemu makeover, jednak po przekroczeniu progu od razu poczułam, że coś jest nie tak. Było mi tak jakoś dziwnie. Poczułam się, jakbym znalazła się nagle na statku, jakby coś było nie tak z moimi zmysłami. Quick check. A nie, są, wszystkie na miejscu, w znakomitym stanie. Albo… ujmę to raczej: W stanie niezmiennym. To z domem było coś nie tak. Pośrednik tak jakby zapomniał uwzględnić w ofercie pewien nader istotny szczegół, mianowicie informację o sporym przechyle domu, skutkującym nierównością podłóg w każdym pomieszczeniu. Takie drobiazgi… „Ale, niech pani tylko spojrzy, brama do garażu otwierana na pilota!” Yhy…