Pozwoli pan, że się przedstawię: jestem profesorem.

Przeglądałam ostatnio kilka ofert z dzielnicy, w której mieszkają nasi znajomi. Do dzielnicy owej podchodzę od początku z pewną rezerwą, ponieważ inwestując pieniążki wolałabym, aby mój dom jednak parę lat jeszcze postał 😉 Taki mam kaprys.

Tak odnośnie inwestowania… Po lekturze artykułów w internecie i Muratorze dowiedziałam się, że niedługo będę mogła nazwać się INWESTORKĄ. Cudowne! To brzmi tak pompatycznie, że możecie być pewni, że będę tego używać w odniesieniu do siebie!

Anyway, podesłałam znajomemu linka do oferty domu znajdującego się w okolicy, gdzie zwyczajowo chadzamy na PPP (Piwo, Pizza, Ploty). Znajomy przeczytał treść oferty i bardzo się zachwycił, bo, jak stwierdził, nie wiedział, że w tej dzielnicy jest tyle atrakcji! 😀

Atrakcje za to na co dzień mamy my. Jako że nie posiadamy bardzo ściśle sprecyzowanej koncepcji domu, której się trzymamy (w sensie: konkretna dzielnica, forma i typ budynku, wielkość itp.) i jesteśmy otwarci na wiele pomysłów (byle efekt końcowy był zadowalający, pod względem technicznym, finansowym i w ogóle), oglądamy bardzo wiele rozmaitych rzeczy. I przy okazji natrafiamy na różne interesujące, wyjątkowe, nietuzinkowe indywidua. Pfe, jakież to eufemistyczne, poprawne i grzeczne sformułowanie z mojej strony! Ale nie mogę napisać tak po prostu, wulgarnie: „buce”, „kretyni”, „dziwolągi”, „chyba ich…” Muszę trzymać poziom. Dlaczego – wyjaśnię za chwilę.

Wróciliśmy znowu do pewnej sympatycznej, aczkolwiek drogiej dzielnicy słynącej z szeregówek. Z odmiennym podejściem: Wybrać dom za dużo wyższą od założonej cenę, ale w stanie rzeczywiście do wprowadzenia się (ew. z niewielkimi modyfikacjami). Na bardzo dobry stan nieruchomości wskazywały zarówno zdjęcia, jak i opis. Rzeczywistość, jak zwykle, okazała się bardzo złośliwa. Po wstępnych formalnościach WN zaczął od przedstawienia okolicy, w jego mniemaniu, w jak najlepszym świetle, chwaląc się, że w sąsiedztwie mieszka pani aptekarzowa, pan lekarz, profesor habilitowany bla bla bla, lecz przerwałam jego samozachwyt prosząc go, żeby mnie już nie straszył. Przez garaż weszliśmy do środka. I… ha. Od czego zacząć. Od starych łazienek, w których wymontowano umywalki? Od kuchni, z której wyszarpano zabudowę kuchenną? Od podłóg drewnianych w bardzo złym stanie? Od podniszczonych drewnianych obudowań budynku, które wypadałoby zerwać i dać nowe balustrady do tarasów i balkonów? Określenie stanu tej nieruchomości jako „do zamieszkania” uważam za dobry żart. Bynajmniej nie ze strony WN, który zdaje się żyć złudzeniami i jest silnie przeświadczony, że oferuje mi luksusowy dom Z KO-MIN-KIEM (!!!), za co powinnam być wdzięczna, że dostąpię zaszczytu zamieszkania w tak prestiżowej okolicy – takie przynajmniej odniosłam wrażenie. Na wzmiankę MDP o cenie w porównaniu do stanu technicznego budynku i przede wszystkim konieczności wyremontowania kuchni i łazienek, WN oburzył się, że jak to, dlaczego chcemy remontować łazienki, przecież on 15 lat tak mieszkał i było dobrze! Będąc już na zewnątrz zwrócił się do Pośrednika („zwrócił się” brzmi tu dość zwyczajnie, WN miał natomiast dość afektowany sposób mówienia), by następnym razem uprzedził klientów odnośnie ceny! A to dobre! Prawie popłakani ze śmiechu wsiedliśmy do auta. Z całej wyprawy wynieśliśmy jednak jedną naukę – Podczas prezentacji domu WN wygłosił bowiem wiekopomne zdanie, mianowicie że „Inteligencja potrzebuje osobnego pomieszczenia na książki!”

…nie chciałam już na głos komentować, że w moim odczuciu inteligencja w Polsce zginęła podczas II WŚ.

(Możecie się ze mną nie zgadzać, ale rozejrzyjcie się krytycznie dokoła i z dystansem przyjrzyjcie temu, co (i kogo) pokazują media. Posiadanie dyplomu już dawno przestało być wyznacznikiem poziomu. Lub czegokolwiek.)

Po kolejnym „spotkaniu z kamerą wśród zwierząt”, jak to określa kolega z pracy, wyruszyliśmy w odwiedziny do znajomych, jednak dość okrężną drogą, by jeszcze pozwiedzać okolicę. Zahaczyliśmy o ten śliczny drewniany dom, który wcześniej tak mnie zauroczył. Poprzednim razem dotarliśmy tam wieczorem, było już ciemno, jechało się dosyć równo po drodze zasypanej śniegiem. Tym razem jednakże kolebotaliśmy się po betonowych płytach, a następnie po utwardzonej, aktualnie dość błotnistej drodze. Odnaleźliśmy właściwy domek. Dalej piękny. Postawiony na lekkim podwyższeniu, ale na skutek wybranej ziemi w części ogrodu powstała niecka, po roztopach wypełniona wodą. Podejrzewam, że firma budowlana nie miała raczej w planach przydomowego stawu, a stan obecny wyszedł im niejako przez przypadek, gdyż nie wyrównano terenu i nie przekopano się do rowu melioracyjnego po drugiej stronie drogi. MDP dostrzegł ścieżkę biegnącą wzdłuż ogrodzenia, przez chaszcze, do skarpy za domem. Przedarliśmy się przez błoto i kłujące krzaczory, wspięliśmy na skarpę, by ujrzeć – polder, dalej kolejny wał, a za nim rzekę i nieco dalej zbiornik wodny. Milutko. Tak sobie myślę, że przy zakupie Sprzedający powinien gratis dorzucić łódkę z wiosłem lub chociażby ponton…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s