Przejaśnia się

W międzyczasie trochę pozmieniały się nam koncepcje. Ale spokojnie, spokojnie, już wyjaśniam.

Stawiliśmy się dziś stadnie u notariusza, którego ojciec, również notariusz (co dziwnym nie jest), zadzwonił do mnie w poniedziałek po przeczytaniu mojej wiadomości. W trakcie rozmowy telefonicznej zaproponował pewne odmienne ustalenia, a dziś jego syn wszystko nam wyjaśnił ze szczegółami, i tak:

WN w międzyczasie zdołali zdobyć jeszcze kilka dokumentów, które nie budzą zastrzeżeń. Posiadają całą dokumentację dotyczącą domu, która zostanie nam przekazana. Brakuje jeszcze tylko zaświadczenia z planu zagospodarowania przestrzennego oraz potwierdzenia o wymeldowaniu. To ostatnie wywołało chwilową dyskusję, ale jest to mój warunek w związku z kupnem nieruchomości. Przed podpisaniem aktu notarialnego oraz przekazaniem domu WN muszą się wymeldować, ponieważ, jak zasięgnęłam informacji, nie byłoby mi później łatwo, jako następnemu właścicielowi, wymeldować kogoś z mojego domu. Z kolei w internecie w rozmaitych artykułach i na forach można znaleźć różne informacje i rady w tym temacie, aczkolwiek nie są to informacje sprawdzone, nie wiadomo często, kto jest ich autorem, więc zdecydowanie wolę wybrać mniej skomplikowaną drogę.

Po wysłuchaniu argumentów notariusza (dotyczących głównie finansowego aspektu tej czynności) zrezygnowaliśmy z depozytu notarialnego, ustalając przyszły zapis w akcie notarialnym określający termin przekazania pieniędzy w formie przelewu bankowego na rachunki WN.

Najważniejsze ustalenia dotyczą podpisania aktu notarialnego, co nastąpi za niecałe 2 tygodnie (tak!) i przekazania nam nieruchomości, na którą poczekamy jeszcze miesiąc, ponieważ taki okres wspólnie oszacowaliśmy jako potrzebny WN na przeprowadzkę. Nam zostanie również miesiąc na dokonanie prac remontowych, nad zakresem których ciągle jeszcze debatujemy, oraz przeprowadzenie się.

Wczoraj wieczorem przejrzałam kilka magazynów dotyczących urządzania wnętrz… i pojawiły się pierwsze koncepcje dotyczące wystroju salonu… pierwsze emocje, jakie kolory wybrać, jakie dobrać do nich oświetlenie, czy zdecydować się na jakąś oryginalną koncepcję czy może pozostać przy klasyce… Aaa…!

Don’t you worry child

Od paru dni tylko wiszę na telefonie, cieszę się zatem niezmiernie z wyboru korzystnej oferty u operatora telefonii komórkowej. Niektórzy już wiedzą, że ostatnie kilka dni zaowocowały dość dynamicznym rozwojem sytuacji. Po kolei:

We wtorek umówiliśmy się na jeszcze jedno spotkanie z WN, tym razem w pełnym składzie – Dom sprzedają 2 osoby, każda z nich musiała wyrazić zgodę na sprzedaż nieruchomości i wysokość oferowanej przez nas kwoty. Dodatkowo na spotkaniu zmaterializowała się dorosła Pociecha, która nieproszona wtrąciła się do rozmowy, oznajmiając, co zamierza zabrać z domu dla siebie. Było to kompletnie nie na miejscu, ponieważ osoba ta nie jest stroną w sprawie ani dla mnie żadnym partnerem do rozmowy. Nie chciałam jednak wszczynać awantury, więc przemilczałam ten wyskok, a następnego dnia MDP zadzwonił do WN i sprawa została wyjaśniona. Przy okazji Mentor uświadomił mnie, że negocjując cenę powinnam była spisać protokół / zrobić zdjęcia rzeczy, które zostaną w domu. To jednak mogę jeszcze „nadrobić” podczas sporządzania umowy przedwstępnej.

Wczoraj otrzymaliśmy odpis KW. Pracownik SR tak mnie nastraszył, że spodziewałam się otrzymać przesyłkę najwcześniej w piątek, a tu proszę, jaka pozytywna niespodzianka! Dodam tylko, że KW bez zastrzeżeń. Jeden punkt do odhaczenia.

Dziś z kolei walczyłam z panią Halinką z kancelarii notarialnej. Na podstawowe pytania uzyskałam satysfakcjonującą odpowiedź, pracownik na poczekaniu wyliczył mi wysokość wszystkich opłat, aczkolwiek mam wątpliwości odnośnie wysokości opłaty za sporządzenie umowy przedwstępnej. Podobno zapłacimy jedną taksę notarialną w 2 ratach, pierwszą część przy podpisaniu umowy przedwstępnej, a drugą – przy sporządzeniu aktu notarialnego. Niestety kancelaria jest nieczynna w sobotę, więc na spotkanie umówiliśmy się w przyszłą środę. W trakcie bezpośredniej rozmowy z notariuszem mam nadzieję dowiedzieć się czegoś na temat procedury i wysokości opłaty związanej z depozytem notarialnym. Co do tego pani Halinka nie umiała udzielić nam informacji, gdyż to nie jest standardowa czynność i podobno nieczęsto się zdarza. Aż się chce odpowiedzieć: A co mnie to obchodzi.

Przed chwilą poczytałam sobie trochę w internecie i obawiam się, że możemy mieć problem. Poprzez depozyt notarialny chcemy zabezpieczyć interesy obydwóch stron, jednak notariusz nie ma obowiązku przyjęcia depozytu. Na chwilę obecną jedynie może „przechować” kwotę transakcji, ale też nie każda kancelaria notarialna posiada odpowiedni rachunek depozytowy ze względu na wysokie opłaty prowadzenia i sporadyczność wpłat klientów. Obecnie taksa notarialna za tę czynność wynosi połowę stawki maksymalnej, liczonej od wartości depozytu. Jednakże projekt nowelizacji ustawy Prawo o notariacie i Prawo bankowe przewiduje nałożenie na notariuszy obowiązku bezpłatnego (!) przyjęcia do depozytu pieniędzy w walucie polskiej bądź obcej jak również papierów wartościowych, celem ich wydania osobie wskazanej przy złożeniu albo jej następcy prawnemu.  Kwota przypadająca do zapłaty miałaby być składana na prowadzony przez notariusza rachunek powierniczy. Brzmi bajkowo, nieprawdaż? Mnie niestety te zmiany nie obejmą.

Czym się jeszcze aktualnie zajmuję… Spisuję dane potrzebne do sporządzenia umowy przedwstępnej i formułuję warunki, jakie mają być w niej zawarte. Razem ze skanem KW wyślę wszystko drogą elektroniczną do kancelarii i, cóż, czekamy do środy 🙂

Paint the sky

Myślałam, że zimową porą branża nieruchomości pogrąża się w pewnym letargu, by wraz z nadejściem wiosny zbudzić się do aktywności. Cóż za mylne przekonanie. W ciągu ostatnich dwóch tygodni na portalach nie pojawiły się żadne nowe ciekawe ogłoszenia, a na stare nie mogę już patrzeć.

W międzyczasie mieliliśmy w głowach dwie cenowo zbliżone do siebie oferty, rozważając następujące aspekty każdej z nieruchomości:

– Niewielka odległość od centrum wszechświata i aktualnych miejsc pracy vs. średnia (ale wciąż akceptowalna odległość) od ww. punktów,

– maciupeńki ogródecek vs. ładny, konkretny ogród,

– hałas skupiska ludzi vs. spokojniejsza okolica,

– bliskość ludzi przekładająca się na większe poczucie bezpieczeństwa vs. konieczność zamontowania krat i instalacji alarmowej.

Póki co, skłaniamy się ku opcji numer 2. Dziś odbyliśmy jazdę próbną w godzinach wczesnego szczytu (godzinę później mogło być znacznie weselej), której wynik nas ucieszył: Ruch raczej płynny, drobne przestoje, nawet moim przepisowym żółwim tempem szybko pokonałam trasę. A w przyszłości dłużący się czas drogi do domu mogę zawsze spędzać słuchając audiobooków albo ucząc się języka obcego.

Spod potencjalnego przyszłego domu wyruszyliśmy do siedziby Sądu Rejonowego, aby dokonać wglądu w KW – Pech chce, że nasza KW nie jest jeszcze wciągnięta do systemu elektronicznego, z czym wiążą się pewne niedogodności, poczynając od godzin pracy SR (na szczęście dziś był dyżur do godz. 18:00), a kończąc na pewnym stresie związanym z faktem, że nie mogę w każdej chwili podejrzeć ewentualnych zmian w KW, jeśli takowe zostałyby w międzyczasie dokonane.

Tymczasem podzielę się z Wami informacjami uzyskanymi od sympatycznego pracownika SR. Dla mnie niektóre z nich były pewnym zaskoczeniem, w swej naiwności zakładałam, że sprawy przebiegają nieco inaczej. Tak więc. Sprawa wygląda tak, że nasza KW nie została zmigrowana do nowego systemu informatycznego i istnieje, póki co, jedynie w formie papierowej, z której na miejscu mogliśmy obejrzeć krótki odpis. MDP pobiegł prędko do kasy uiścić opłatę za wydanie odpisu do naszych łapek, ponieważ urzędnik poradził nam, że czynność ta przyśpieszy migrację KW do wersji elektronicznej. Napomknę, że w celu uzyskania odpisu trzeba wypełnić krótki wniosek i uiścić opłatę w wysokości 6 zł w znaczkach. Jeśli wniosek składało się w godzinach późniejszych i nie dostało go od ręki, nie trzeba udawać się po raz kolejny do Sądu po odbiór odpisu, jest możliwość otrzymania go listownie (przesyłka listem poleconym, za potwierdzeniem odbioru). Teraz część najlepsza. Jeśli zdecydujemy się na zakup tej nieruchomości, będziemy musieli dwukrotnie udać się do notariusza, celem sporządzenia umowy przedwstępnej oraz właściwej. Notariusz ma podobno 3 dni na przekazanie dokumentów do SR, który z kolei potrzebuje nawet do 1-1,5 miesiąca czasu na dokonanie wpisów w KW. Długo. Bardzo długo.

Moja wyobraźnia podsuwa mi pesymistyczne wizje związane z tak długim czasem „niebytu”, w szczególności po przeczytanym artykule, jak to właściciel w krótkim odstępie czasu sprzedał jedną nieruchomość dwukrotnie, dwóm różnym nabywcom. W Polsce cwaniactwo jest na porządku dziennym, nie chcę tu bynajmniej obrazić WN, ale zaufanie w sprawach zasadniczych mam tylko do samej siebie. Może warto będzie rozważyć kwestię depozytu notarialnego, żeby zabezpieczyć swój interes.

W międzyczasie w stanie hiperwentylacyjnego podniecenia sprawdziłam plan zagospodarowania przestrzennego dla okolicy (bez zastrzeżeń) oraz zaczęłam sporządzać listę dokumentów potrzebnych do zawarcia aktu notarialnego. Jeśli sprawy zajdą dalej, to dokończę temat. Na razie jednak temperuję moją ekscytację, żeby nie było powtórki z kilku ostatnich domów, które też już prawie, prawie zakupiliśmy 😉

I am part of a lost generation

Ostatnio ktoś skomentował, że jeśli ja, WT 1 i WT 2 będziemy wybierać dom, to nigdy nic nie kupimy 🙂 Noo, mam nadzieję, że ta czarna wizja się nie spełni.

Tymczasem, przyznam szczerze, miałam serdecznie dość domów i w ogóle. Szczególnie to w ogóle. Popadłam już w tak depresyjny nastrój, że chciałam rzucić to wszystko i zacząć wprowadzać w życie Plan B. W przezwyciężeniu tych negatywnych myśli nieco pomogła weekendowa wycieczka, tym razem już w rozumieniu dosłownym. Przy okazji chcę podważyć tezę, że niby kryzys i Polacy biedni. Otóż w niedzielne popołudnie na odcinku drogi, który przemierzaliśmy, wszystkie restauracje były dosłownie okupowane przez rodziny. Nie było gdzie szpilki wetknąć. Już prawie ryczałam ze złości, bo po długiej wędrówce byłam głodna, a wiadomo, że z głodną kobietą jest jak z terrorystą – dyskutować nie wolno. W końcu, ach w końcu (!) znaleźliśmy jakiś zajazd, gdzie na pocieszenie dostałam pyszną i bardzo bogatą zupę grzybową i spaghetti carbonara (bo większości dań z karty już nie było – patrz teza powyżej).

Oprócz wycieczki zaprzątają mnie wiadomości ze świata oraz głupoty wypisywane na portalach społecznościowych przez moje pokemony… yyy, znajomych, znaczy się. Ich marne i żałosne komentarze skutecznie odciągają mnie od rzeczy ważnych. Nagminne wyzywanie walczących sąsiadów od terrorystów czy UPA (a jednocześnie finansowe wspieranie kolejnych poprzez świadomy wybór miejsca urlopu, mimo ostrzeżeń MSZ) świadczy jedynie o braku podstawowej wiedzy z zakresu historii Europy. Żyjemy w kraju prawicowych wykształciuchów, którzy mimo skończonych studiów, magistrów, doktoratów, Bóg wie czego, mogliby rączkę podać tym przerażającym mnie strasznie, ekstremalnie nastawionym Amerykanom (Bynajmniej nie narodowi w całości, mówię tu o pewnych konkretnych grupach) – Jestem właśnie po lekturze kolejnego opowiadania, którego akcja nie rozgrywa się, jak poprzednio, w 17. wieku, ale w 19., i podając te daty liczę, że pokojarzycie sytuację społeczno-polityczno-gospodarczą w Stanach Zjednoczonych w tym okresie. W obu przypadkach na tragiczny bieg wydarzeń bezpośrednio wpłynęły niebezpieczne religijne odłamy chrześcijaństwa, a ja boję się wszelkich skrajności. Ta krótka dygresja jest tylko wstępem do kolejnej myśli, mianowicie krytyki rozpoczętego absurdalnym przykładem wywodu na temat zła wcielonego w postaci kart kredytowych, podsumowanego linkiem do artykułu na portalu chrześcijańskim, który uczy, że pobożni powinni trzymać się z dala od tego wynalazku. Serio.

Niestety nie oceniam tej rzeczy tak jednostronnie negatywnie, ba, uważam, że wszystko jest dla ludzi i dlatego Bóg dał nam rozum, abyśmy go aktywnie używali, więc pewnie już kilka głów pochyliło się nade mną w potępieniu.

Hah. Nie mogę czytać głupot, nie mogę. Wracam zatem szybciutko na właściwe tory, czyli do domu, z opisem którego zwlekałam. Jest to stosunkowo nowa szeregówka, wykonana z solidnych materiałów, w dobrym stanie technicznym. Nie wymaga dużego remontu, co mnie ucieszyło – Zaczynałam już wątpić w prawdziwość, rzetelność opisów ofert, a tu proszę, jaka niespodzianka! Z ciekawostek: Okna w pokojach są położone ciut wyżej niż normalnie, ale chyba nie będzie to stanowić problemu. Salon ogromny, o wysokim suficie, na szczęście zainstalowano w nim kominek, więc zimą nie powinniśmy przymarzać. Dom smutnie mieści się na środku działki, co skutkuje skwerkiem przed domem oraz mikro-ogrodem z tyłu, który pomieściłby co najwyżej grilla, stolik i kilka krzeseł. Niewątpliwym plusem jest bardzo korzystna lokalizacja domu niedaleko centrum, stosunkowo szybki dojazd autem, autobusem już niekoniecznie. Do minusów, oprócz tego wybiegu dla szczura, zaliczyć mogę również pewien hałas, który może uniemożliwiać wypoczynek w ogrodzie. Mimo wszystko rozważamy tę nieruchomość, ponieważ nie będzie droga i czasochłonna w utrzymaniu.