Kupiliśmy zoo

…a właściwie nabyliśmy najdroższego kota świata wraz z domem. Lokator przyszedł nawet pokazać się rano, oto jestem, żyję, nowi naiwni, z pewnością będą mnie dobrze karmić.

Trzeba zakupić jakąś drabinkę do kociego wyjścia na świat w kotłowni, żeby stwór nie mazał mi ścian łapami. A skoro już przy zakupach jesteśmy…

Wczoraj spędziliśmy razem z WT bite 5 godzin (PIĘĆ GODZIN!) w rozmaitych Praktikerach, Castoramach i innych. Nigdy wcześniej nie spędziłam tyle czasu na zakupach… W kolejnym z rzędu sklepie nie widziałam już różnicy między szkarłatną różą a ognistym flamenco, muśnięciem poranka a naturalnym lnem, dębem husky a dębem skandynawskim czy beżowym klonem. Ach te wszystkie ziarna sezamu, słońca Hellady, lazurowe zatoki, czary Prowansji i grafitowe zmierzchy… Zaniepokoiłam się jedynie, gdy MDP, obojętny wcześniej na moje próbnikowe szaleństwa kolorystyczne, zaczął wyrażać opinię (!) Przecież on nie potrafi określić koloru pistacjowego…

Próbniki kolorów są cudne i podstępne zarazem. Człowiek pieje z zachwytu, by za chwilę zerkać z niedowierzaniem to na ekran monitora PC / laptopa, to na katalog. Podstępność ich polega na tym, że kolor inaczej prezentuje się w katalogu, inaczej w komputerze, a jeszcze inaczej na ścianie. W ogóle to mam nakaz nie oglądania pomalowanych ścian przez pierwszy dzień, zanim wszystko porządnie nie wyschnie, bom podobno narażona wpaść w panikę.

Ogólną koncepcję kolorystyczną już mam. Jutro lub pojutrze ponowna wycieczka do sklepów, tym razem po faktyczny zakup farb i podłóg.

Ale… Co ja tu chrzanię o farbach i kolorach, skoro powinnam napisać dobitnie, wielką literą:

*** KUPILIŚMY DOM! ***

W końcu. Szampana jeszcze nie otworzyliśmy, zjedliśmy jedynie coś na szybko w wietnamskiej knajpie, pędząc od jednego urzędu do drugiego.

Do ostatniej chwili denerwowaliśmy się i martwiliśmy, przekomarzając się, czy córuchna czasem tynków nie zdrapuje albo drzwi nie wyjmuje z zawiasów, bo a nóż-widelec przydać się gdzieś mogą. Nie rozczarowała nas, ale o tym za chwilę.

8:00 rano, otwierają Lidla. W gazetce zapowiedzi jakichś szafek na buty, więc my myk-myk do sklepu i tachamy szafkę do auta – dla domu, którego jeszcze nie kupiliśmy.

8:20 MDP zaczynają pochłaniać, przeżuwać i wypluwać nerwy, które dopadły go w sumie wcześniej w nocy.

9:00 notariusz, podpisanie dokumentów, pożegnanie z ogromną gotówką przeznaczoną na PCC, taksę notarialną i pozostałe opłaty.

10:00 Podjechaliśmy wszyscy do domu celem spisania liczników i zrobienia przelewu za dom. W domu czekała na nas oczywiście córuchna z partnerem (mężem?), która co prawda tynku nie zdrapała ani drzwi nie wymontowała, ale trzymała już w łapce routero-modem z Orange, „żeby podłączyć mamusi”. Mamusi nie bardzo modem się przyda, nam jednak bardzo, szczególnie, że przejmujemy od WN umowę na dostarczanie internetów. Mój tato, obecny na miejscu, pokiwał tylko głową, a MDP skomentował: „Nie ma internetów, nie ma przelewów” 😉 Mamusia z córuchną popatrzyły po sobie, ale właściciel (były już w sumie) nakazał zostawienie modemu na miejscu.

10:30 Spisanie liczników

11:00 Przepisanie umów dotyczących dostarczenia wody i wywozu śmieci

12:00 Przepisanie umowy dotyczącej dostarczenia gazu. Przy okazji wyszło na jaw parę ciekawych rzeczy… WN miał zawartą z dostawcą umowę, która nie była wprowadzona do systemu, więc konsultantka musiała na miejscu uzupełnić zapisy w systemie. Przy okazji znalazła jeszcze jedną nieopłaconą fakturę, na widok której właścicielowi nieco zatrzęsły się ręce i zrobiło się gorąco.

Faktura za niecały (!) miesiąc, na kwotę przeszło 600 zł. Mi też zrobiłoby się gorąco.

A było to tak… Było sobie małżeństwo, które z jakichś przyczyn rozpadło się kilka lat temu. Mieszkali w wygodnym domku, ale po rozwodzie została w nim Ona z synem. Dorosła córuchna wyprowadziła się, On również, ale – i tu trzymajcie się krzeseł – miał pod tym adresem zarejestrowaną działalność gospodarczą, więc opłacał rachunki byłej żonie. A żoneczka cóż, nie bardzo oszczędzała. Częste kąpiele w podwójnej wannie, w ciepłym kwietniu hulające radośnie ogrzewanie przy pootwieranych wszędzie oknach itp. Żyć – nie umierać. W związku z powyższym nie śpieszno jej było do przeprowadzki, szczególnie, gdy wyprowadzić się musiała do mieszkanka i, o mój Boże!, zacząć sama opłacać rachunki.

Snujemy sobie z MDP podejrzenia, że może te wszystkie akcje z wymontowaniem, czego się da, miały zniechęcić nas do kupna domu – Podejrzewam, że inna osoba na naszym miejscu miałaby mniejszą cierpliwość do tych dwóch wariatek. A my, co za niespodzianka, przekornie nie daliśmy się.

14:30 Ostatecznie polegliśmy w POK Tauronu, gdy dowiedzieliśmy się, że czas oczekiwania na obsługę wynosi 1,5-2h…

Reklamy

3 thoughts on “Kupiliśmy zoo

  1. Ważne, że chata jest 😀

    A fakturki…no cóż… Jak mówią modowe blogerki: Hajs się musi zgadzać 🙂

    Gratulacje dopięcia swego i zyskania nowego lokum !!!
    Żeby się Wam tam teraz dobrze żyło.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s