You don’t know what I suffer

Wczoraj zdaliśmy mieszkanie, przyznam, że czułam się trochę sentymentalnie i melancholijnie, smętnie siąpiący deszcz nie poprawił mi nastroju. Mimo wszystko sympatycznie mieszkało nam się na osiedlu X.

Było, minęło. Pomachaliśmy mieszkanku na pożegnanie i ruszyliśmy w dalszą drogę.

PS. Garderoba w końcu złożona. Jej rozmiary (jako całość) skutecznie motywują mnie do nie-chodzenia po sklepach oraz uporządkowania i segregacji aktualnie posiadanej tony ubrań. Caritasie, nadchodzę!

Ależ ja jestem genialny, ha

Wyprowadziliśmy się w końcu z wynajmowanego mieszkania, wysprzątaliśmy je, a jutro oddajemy klucze właścicielom. Przy okazji: Jestem ciekawa, czy WN oddadzą nam kaucję w całości czy będą szukać dziury w całym. Biorąc pod uwagę ich dotychczasowe zachowanie, możemy spodziewać się wszystkiego. Hrabiostwo kazało doręczać sobie pocztę i obruszyło się bardzo, gdy MDP przestał marnować swoje przerwy lunchowe na bycie darmowym chłopcem na posyłki. Ponadto do dnia dzisiejszego nie rozliczyli się z nami z nadpłaty za ogrzewanie, a i przy rozliczeniu wody też coś chachmęcili, polactwo jedne. Jesteśmy doprawdy fascynującym narodem ludków z lubością kopiących dołki pod innymi, krętaczy i oszustów, co to „ukradną wszystko, co nie jest przybite na amen. A jeśli jest przybite tylko młotkiem, to i tak, jak amen w pacierzu, ukradną to na pewno.” (Swoją drogą, ciekawe, skąd Pratchett czerpał inspirację, hę?)

W smętne rozważania o narodzie wdawać się dalej nie będę, bom zaczytana w rozmaitych poradach, mniej lub bardziej konstruktywnych (i mniej lub bardziej zwariowanych również) na temat renowacji mebli. Czego to ludzie nie wymyślą… W kilku miejscach czytałam o owej wychwalanej metodzie potraktowania mebla (a konkretniej dębu) ciepłym piwem, wg niektórych dodatkowo zmieszanym z cukrem pudrem i pszczelim woskiem. Gdzieś po drodze zaczęłam się zastanawiać, jaki jest cel i efekt zastosowania ciepłego piwa na meblach. Piwa, które pozostawi charakterystyczny zapach. I jeszcze ten cukier, czy on czasem nie spowoduje, że mebel będzie się lepić? Nie umiem sobie tego wyobrazić…

Z kolei zdecydowanie jestem przeciwna oklejeniu mebli, co kojarzy mi się od razu z tandetnie odnowioną szafką na buty, którą pozostawili nam w spadku WN (o łaskawcy!)

Nie wiem również, czy chcę bawić się w chalk paints, czytałam o nich na polskich i zagranicznych stronach/blogach, opinie zróżnicowane, a ceny podobno wysokie, wyższe niż w UK (co mnie bynajmniej nie dziwi). Później przypadkiem natrafiłam na szwedzkich producentów wosków do mebli na bazie oleju lnianego, i to w dodatku wosków w różnych kolorach. Hm. Kupić to-to również nie jest łatwo, ale pomysł bardziej przypadł mi do gustu i spróbuję podjąć to wyzwanie.

A skoro już przy tym jesteśmy…

Uwaga, uwaga!

Założyłam się z MDP o obiad w pewnej wykwintnej restauracji (nagroda dla mnie) tudzież dofinansowanie hobby (nagroda dla niego) odnośnie kwestii powodzenia w odrestaurowaniu mebelków. Trzymajcie proszę za mnie kciuki 😀 Najeść to ja się w tej restauracji nie najem, ale zawsze chciałam wybrać się w to wyjątkowe miejsce. I w dodatku może będę miała okazję wygłosić z dziką satysfakcją to słynne zdanie: „Ha! Czyż nie mówiłam?!” 😉

The clever huntress always looks her best, you never know when big game might cross your path

Jak przyjemnie móc w końcu usiąść… Takie mnie przy okazji nachodzą refleksje, że mam jednak grupę fantastycznych przyjaciół i znajomych. W środę przybyła grupa wsparcia, która w pocie czoła dzielnie tachała ciężkie meble bądź pomagała mi pozbywać się podstępnie schowanych pająków 😉 a dziś kolejna grupa wsparcia wyciągnęła mnie z chwilowej przeprowadzkowej depresji i skutecznie objęła dowodzenie operacją pakowania gratów.

Tak, ciągle się przeprowadzamy i końca na razie nie widać. Jutro planujemy opróżnić z resztek rzeczy mieszkanie. W starym domu pozostawiliśmy jeszcze sporo rzeczy do przejrzenia, posortowania, wyrzucenia, oddania bądź przewiezienia.

Z kolei w nowym domu wszystko w kartonach lub w kawałkach. Rozczłonkowana meblościanka czeka na odnowienie i złożenie. W ciągu ostatnich kilku lat wypłowiała mi nieco od słońca (ustawienie jej od strony południowej i nie zaciąganie rolet zrobiły swoje), muszę ją poddać regeneracji. Mama wyczytała jakieś rewelacje o myciu mebli ciepłym piwem. Hm, spróbujemy. Ten treatment meblom zaszkodzić przecież bardziej nie może (choć piwa trochę szkoda). Dokupię ewentualnie jakąś lakierobejcę albo chalk paints, gałki dam stolarzowi do przemodelowania i będą super mebelki. Szaf zakupionych w IKEI ostatecznie jeszcze nie złożyliśmy, ponieważ czas dostawy „pomiędzy 16:00 a 20:00” dla podwykonawcy IKEI oznacza dostarczenie mebli po godzinie 21:00…

Dodatkowo wczoraj upolowałam piękny drewniany stół z 6 krzesłami do jadalni, dokładnie taki, o jakim myślałam, w ciemnobrązowym kolorze, z krzesłami obitymi bordową sztuczną skórą i tak oto rozpływam się nad nim w zachwytach. Tym bardziej, że była to niesamowita okazja: stół używany, w idealnym stanie, a cena śmiesznie niska. Lucky me!

Łowczyni upolowała jednak coś jeszcze.

Przy drodze, którą dawniej regularnie przemierzałam, zauważyła niepozorny, niezbyt rzucający się w oczy sklep meblowy. Co mi tam, stwierdziłam, zatrzymam się. Co prawda burza idzie, sobota, godzina 13:30, sprzedawca pewnie mnie zje, bo marzy o pójściu do domu, ale zajrzę na chwilę. Weszłam i… oczka mi rozbłysły na widok ładnego sosnowego kufra na odzież/pościel. Kufra, który, nawiasem mówiąc, stoi już w przedpokoju i czeka na zawartość 🙂

Gdyby szafa miała sznurek, to by była windą

Do sklepu meblowego ostatecznie nie zajrzałam, gdyż zbrakło czasu. Podczas weekendu położyliśmy panele w salonie, a potem daliśmy sobie trochę odpoczynku. Wczoraj znowu pomieszkiwałam w Praktikerze, a dziś razem z MDP sapaliśmy z irytacji w IKEI.

Coś nas ta IKEA prześladuje… W piątek nie zamówiłam szaf, ponieważ chciałam przemyśleć kolor mebli i możliwość ich ustawienia w garderobie. W sklepie dostałam listę poszczególnych elementów szaf, bom wygodna i planowałam złożyć zamówienie w sklepie internetowym. W domu weszłam na stronę, w moduł wyszukiwania, a tu niespodzianka. Podstępne brzydoki mają inne numery artykułów w sklepie internetowym niż na mojej sklepowej liście. Wysłałam zaraz e-maila do sklepu z prośbą o pomoc, ale oczywiście (bo jakżeby inaczej) nie doczekałam się odpowiedzi, więc dziś musieliśmy udać się tam osobiście. Witajcie w erze technologii!

Przejście na skróty do konkretnego działu nie bardzo nam szło (gubię się w tym wewnątrz-sklepowym slalomie), więc natruchtaliśmy się nieco po sklepie, by w końcu trafić na miejsce. Po długich namysłach i oszacowaniu ilości (głównie moich) ubrań zdecydowaliśmy się na 5 segmentów, zamiast 4 (znaczy się 3 dla mnie, 2 dla MDP – Sprawiedliwy podział :D). Każdy z nich ma wymiary: 50x60x236, więc powinny ładnie zagospodarować całą ścianę. A jako żeśmy leniwi i ilość kartonów podanych w zamówieniu nieco nas zaskoczyła (48! Skąd tyle?!) wybraliśmy opcję „na bogato”, czyli zrzucenie kompletowania elementów szaf i ich transport na IKEĘ i jej podwykonawców. A co.

Skoro wszystko tak ładnie i sprawnie poszło, skąd to posapywanie? Ano stąd, że gdy już odstaliśmy swoje w kolejce do kasy, kolejne 40 minut spędziliśmy przysypiając na kanapie w kolejce do obsługi klienta, w celu ustalenia szczegółów transportu.

I tak: Pojutrze dostawa, yay!

Skręcanie szaf będzie jedną wielką przyjemnością, yay! …

W poszukiwaniu straconego czasu

Na pewno wylewałam na ten temat żale na Facebooku, czy tu również, nie pamiętam.

Swego czasu zgłosiłam reklamację dotyczącą naszego łóżka, zakupionego przed 1,5 roku w IKEI, a konkretniej ramy, której poprzeczna belka zwyczajnie złamała się, i to w dodatku po dość krótkim okresie użytkowania. Dziś już wiem, że wybrałam za tanią, zbyt niestabilną i delikatną ramę łóżka, ale cóż, zaćmienie umysłu podczas wizyty w sklepie zrobiło swoje. Tak to jest, gdy podczas wyboru dominujące znaczenie ma estetyka mebla, a nie praktyczność.  W międzyczasie „nasza” seria zniknęła już z oferty (ciekawe, dlaczego…), a z pracownikami sklepu nie mogłam dogadać się ani mailowo (Kretyńskie odpowiedzi „na odczepnego” wykraczały poza mój poziom tolerancji i poczucia humoru), ani telefonicznie (Czy ktoś z Was próbował dodzwonić się na Infolinię? I czy się udało? No właśnie), dlatego moja reklamacja wpadła w przysłowiową czarną dziurę i do dnia dzisiejszego nie jest rozpatrzona.

Przyjmuję to z wyjątkowym spokojem, ponieważ GW uwolnił mnie od konieczności trzymania w ryzach mojej złośliwości podczas odpowiadania na głupie maile. Moje łóżeczko dostało bowiem dodatkowe wzmocnienia i nie ukrywam, że z przyjemnością zamienię spanie na podłodze na materacu na wygodne łóżko.

À propos łóżka, bo jakoś tak się przy nim zatrzymałam… Spędziłyśmy dziś z mamą MDP 4h, oglądając stoły i garderoby w sklepach meblowych, a później w IKEI właśnie. W tej ostatniej wpadła mi w oko szafa z 4 przedziałami, 2 na wieszaki, 2 z półkami i koszami, wysoka (prawie do sufitu, więc przestrzeń wykorzystana maksymalnie), z dodatkowymi półkami na górze i dole, w dość korzystnej cenie. Dokładnie taka, jaką chciałam. Planuję umieścić to-to w garderobie – jestem szczęśliwym posiadaczem dodatkowego mikro-pokoiku i nie muszę zagracać sypialni czy pozostałych pokoi szafami tudzież ogromnymi meblościankami. Zagracę tylko trochę, regałami na książki.

Jutro z rana planuję pojechać jeszcze do pewnego sklepu meblowego, który dostrzegłam ostatnio w drodze powrotnej do domu, ale nie miałam sposobności odwiedzić. Do sklepu z meblami sosnowymi, niach niach. Plan mam taki, aby powolutku, po kawałeczku meblować sobie domek meblami drewnianymi, a nie czymś drewno-podobnym. Tak, wiem, ile to kosztuje. Ale…

Dawno nie doświadczyłam tak niesamowitego wrażenia, jak dzisiaj, w kilku sklepach z designerskimi meblami drewnianymi, które tak znacząco różniły się od tego ogólnie dostępnego meblowego standardu ze sklejki. Powzdychałam sobie, nacieszyłam oczy i, cóż, z ciężkim sercem ruszyłam w dalszą drogę.

Ulepimy dziś bałwana

…ale chyba z błota.

Za oknem deszczowy i zimny maj, jak śpiewała Kora, za to w domu cieplutko przy włączonym ogrzewaniu (Jak dostanę faktury, nie będzie mi już tak wesoło ;)). No i też jak się człowiek nabiega po piętrach i namacha przy zamiataniu, odkurzaniu i myciu, to również na chłód nie narzeka.

Dziś „po lekku”, czyli tylko odkurzyłam i umyłam panele w pokoju, kilkoro drzwi też już błyszczy. Potrzebowałam trochę oddechu po wczorajszej łazienkowej zgrozie. O ile łazienka na górze (z której najwidoczniej rzadziej korzystano) poszła mi kilka dni temu dość sprawnie, o tyle ta mała klitka na dole zapewniła nam rozrywkę na całe wczorajsze popołudnie i wieczór. Nam, czyli mi i mamie MDP, która przybyła, gdy balansując na drabinie (chyba mam lęk wysokości) zmagałam się z syfem na kafelkach na jednej ze ścian. Brud walczył długo, opierał się moim wymyślnym technikom, ale w końcu, wspólnymi siłami, sprawiłyśmy, że łazienka lśni. Pozbyłam się sieci pajęczyn oplatających szafko-umywalkę i lustro, zmyłam ten wstrętny osad tytoniowo-tłuszczowo-nie-chcę-wiedzieć-jakiego-pochodzenia ze wszystkiego, a tymczasem mój dzielny pomocnik niczym w reklamie detergentów wyszorował ubikację z całego nagromadzonego latami brudu. Nie mamy złudzeń, rączki Pani Flejtuch z pewnością od dawna nie sięgnęły po szczotkę.

Podczas gdy wszelkiej maści szmatki i płyny kończą mi się w zastraszającym tempie, cieszę się, że z każdym dniem powoli posuwamy się do przodu i przygnębiające myśli zostają wyparte.

I tak zastanawiam się czasem, która z opcji byłaby najlepsza: Stosunkowo niewielki remont domu, remont całkowity maszkary czy budowa / kupno nowiutkiej nieruchomości.

Opcję nr 2 wybrali sąsiedzi. Za dość przystępną cenę zakupili dom w stanie do kompletnego remontu, po czym babrali się z nim przez… 4 lata, a rachunek całkowity sięgnął naszych wydatków na dom.

Z kolei w opcji nr 3 przeraża mnie użeranie się z fachowcami przez 1,5-2 lata (Owszem, można postawić dom szybciej i nie zostawiać go w spokoju przez zimę, by osiadł, tylko później nie należy dziwić się na widok np. pękających ścian).

Jadąc wczoraj rano do pracy słuchałam mojego ulubionego radia, Trójki, w której akurat trwała audycja na temat mantr, jakie sobie codziennie powtarzamy. W tym kontekście czyż nie uroczo brzmi wypowiadana zwykle przez budowlańców mantra „Oj, to się tak nie da”? Albo „Oj, to będzie drogo kosztowało”?

Walki z brudem ciąg dalszy

Żółwie leżą już w pokoju gościnnym i wyglądają całkiem sympatycznie. Udało mi się trafić w ładny brązowy odcień brązowego (ha!) dębu, nie wpadający w żółć, czerwień ani szarość. Jestem usatysfakcjonowana.

Ostatnie kilka dni spędziłam, dziś już z pomocą mamy MDP, na pozbywaniu się tłuszczu, brudu, osadu tytoniowego, pleśni i innych rzeczy, o których chcę jak najszybciej zapomnieć, z kuchni i łazienek (w domu są dwie: mała łazienka z prysznicem i tzw. salon kąpielowy czy salle de bain, jak kto woli).

Gdy dokładniej przyjrzałam się dolnym szafkom kuchennym, okazało się, że również i one są w środku pochlapane tłuszczem i brudne jak kocmołuchy (Cały czas zastanawia mnie, w jaki sposób do tego doszło), w związku z czym także zostały odmalowane. Akrobacji było przy tym co niemiara, bo szafka narożna podstępna jest w swej głębokości, dodatkowo zapomniałam przywieźć z mieszkania lampę, na szczęście latarka w smartfonie zdała egzamin.

Lodówka przy pierwszym podejściu została umyta i zdezynfekowana (Niech żyje mój ukochany środek do dezynfekcji przeciwko grzybom i pleśniom!), a dziś przemyta dodatkowo kwaskiem cytrynowym, w celu pozbycia się specyficznego „zapaszku”.

Przy piekarniku prawie ryczałam z frustracji. Początkowo rozbawił nas fakt, że w małej szufladce pod piecem znaleźliśmy na samym, samiutkim jej końcu pięć zapomnianych przez Boga i ludzi noży. Zabawne było również pozbycie się napuchniętych od wilgoci dolnych listew zabudowy kuchennej, a wraz z nimi tumanów kurzu i brudu. Przy czyszczeniu piekarnika jednak poległam. Brązowa od tłuszczu szyba uniemożliwiała dostrzeżenie, co jest w środku, zaś kępki pleśni wywoływały u mnie odruchy wymiotne, razem z całym tym tłuszczem na ściankach piekarnika. Szczęśliwie z pomocą przyszedł Mentor, pożyczając mi środek do czyszczenia kominków, i brud jakoś ruszył. Szybę doczyścił już MDP, z przekąsem zwracając mi uwagę, że nie umiem poradzić sobie sama z tą czynnością. Ha. Dowcipny. Aktualnie piekarnik wygląda już jako-tako, przepalę go trochę przed pierwszym prawdziwym pieczeniem, ale przynajmniej nie będę obawiała się o moje jedzenie, czy aby nie porwie go jakaś nowa bytująca w piekarniku cywilizacja, która z pewnością wynalazła już koło.

Do przyczyny usterki zmywarki jeszcze nie dotarliśmy.

Przy okazji mogę potwierdzić historię usłyszaną od Mentora, że najlepiej jest wprowadzić się do domu, pomieszkać w nim trochę, a dopiero wtedy rozpocząć prace remontowe. Na tej podstawie stwierdzam, co następuje:

Kuchnia jest kompletnie niefunkcjonalna, szafki projektował jakiś kretyn, jest wybitnie mało przestrzeni do przechowywania, irytują mnie bardzo głębokie szafki narożne i… w najbliższym czasie zmieniam meble kuchenne razem z nieszczęsnym piekarnikiem i lodówką, która a) nie domyka się (Aktualnie stosuję patent „na gumkę”, wzorem Pani Flejtuch); b) w której brakuje 2 szuflad, a 4 są nadłamane (Fascynujące. Ta rodzinka to była jedna wielka chodząca destrukcja).

O łazienkach następnym razem.