Coins in a fountain

Na kolacyjkę ugotowałam sobie woreczek bobu i skubiąc go, rozmyślałam, jak to brakuje A., towarzyszki do jedzenia 🙂 Wspominałam Ciebie nad tą miską bobu.

Moi wierni czytelnicy narzekają na brak update’ów, więc siadłam i spróbuję coś napisać, mimo że oczy się kleją, a kot skutecznie stara się uniemożliwić mi pisanie. Ostatnio gad czatuje, aż siedząc na krześle przysunę się nieco bliżej monitora i powstanie szpara pomiędzy mną a oparciem, w którą będzie można szybko i zwinnie się wcisnąć. Ba, żeby to wystarczyło, lecz nie! Sierściuch następnie wierci się strategicznie, spychając tyłkiem biedną właścicielkę z krzesła. Co za bezczelność, doprawdy! 😉

A wracając do tematu przewodniego bloga:

Po powrocie z wakacji udało mi się zrealizować tylko jedną rzecz, a mianowicie zakupiłam lakier i inne materiały do renowacji mebli. Pogoda podstępnie płata nam figle, w ciągu dnia świeci ładne słoneczko, które, gdy wychodzimy z pracy, ustępuje miejsca burzy. A ja niestety muszę wynieść się z meblami na dwór i przejechać po nich szlifierką. Zatem czekam. Na Godota.

Czasem nie mogę już patrzeć na te kartony, ale cóż można zrobić. Macham na to ręką i dalej żyję w prowizorce, z nadzieją, że kiedyś w końcu będę miała ładne meble i się rozpakuję.

Może coś się ruszy dzięki koleżance, która najprawdopodobniej użyła Zastraszania lub Uroku osobistego na panu stolarzu z poprzedniego postu, gdyż stawił się dziś u nas w asyście wspomnianej wyżej koleżanki i jej rodzica (Brzmi to bardziej, jakby został przemocą doprowadzony na miejsce ;P), i po moim natrętnym marudzeniu zgodził się zabrać do pracy za miesiąc.

Ja tymczasem, niczym Yoda, cierpliwość ćwiczyć będę.

Odpoczywać będę po śmierci

Podczas gdy ja pracowałam i zwiedzałam intensywnie, w domu prace remontowe posuwały się sprawnie naprzód, z których to prac codziennie wieczorem otrzymywałam zdalny raport.

I tak: W piwnicy chłopcy postawili ściankę karton-gips, zakrywając brzydkie rury, pomalowali część piwnicy, naprawili toaletę w salonie kąpielowym, poskręcali meble, ponaprawiali szafki w kuchni. Natomiast ja po powrocie nie zabłysłam, jedynie wypolerowałam meblościankę w tempie iście błyskawicznym, ponieważ weekend upłynął nam pod znakiem rozmaitych wizyt towarzyskich, u nas bądź wyjazdowych. Najbardziej cieszę się z przyjazdu… mojej mamy i babci, które po upływie ponad dwóch miesięcy w końcu zobaczyły, gdzie i jak mieszkam 😀

…Rozsądnie postanowiłam zaprosić je do nas, gdy jako-tako już się ogarniemy. Co prawda dalej wszędzie walają się kartony, ale chyba nie wygląda to już tak dramatycznie, prawda?

Kartonów podczas zeszłego weekendu rozpakowałam sztuki 2, słownie: dwie. Mało, wiem. Sęk w tym, że większość z nich zawiera książki i płyty CD/DVD, a na chwilę obecną nie mam ich gdzie wypakować. Wymyśliłam sobie biblioteczkę w gabinecie, zajmującą całą ścianę pokoju. Obliczyłam, że kupno kilku regałów (w dodatku wątpliwej jakości – Wiele współczesnych gotowych mebli wzbudza u mnie wątpliwości, czy są w stanie utrzymać ciężar tylu tomiszczy) może być mało opłacalne, a stan ścian nie pozwala na przybicie do nich półek – Potrzebuję solidnej konstrukcji w postaci ramy ze wzmocnieniami, jako że ściana jest jednak dość szeroka. W odpowiedzi na moje ryki duszy koleżanka podesłała mi namiary na swojego stolarza, który jednakże dał mi do zrozumienia, że nie chce mu się jechać tych 20-25 km i zasugerował znalezienie sobie innego stolarza na miejscu. Ha! To już kolejna osoba, która nie potrzebuje zarobku. Ciekawe czasy, ciekawe.

Ale nie poddaję się, bo na horyzoncie zamigotał inny pomysł na wspomnianą wyżej biblioteczkę, który spróbuję domowym sposobem wcielić w życie po wizycie w sklepie z artykułami budowlanymi i hurtowni drewna. Muszę tylko dogrzebać się do odpowiednich zdjęć i dopracować Plan. Przez duże „pe”.

Tymczasem dwie komody dalej czekają na odnowienie, tak jak i mój przedwojenny stolik nabyty na targu staroci. Jego przeznaczeniem była początkowo kuchnia, ale chyba znajdę mu inne miejsce. Do kuchni planuję zamówić dodatkowe szafki / komody, nie mogę pomieścić się z moimi gratami.

A skoro jesteśmy w temacie kuchni i mnie chaotycznie starającej się nadrobić zaległości w pisaniu postów na bloga:

A., dziękuję za pyszne wisienki! I za pożyczoną drylownicę. Już miałam poddać się i zostawić te cholerne pestki, ale coś we mnie wstąpiło, wzięłam tę zabawkę i w dzikim szale tworzenia za jednym zamachem wydrylowałam całą michę wiśni. Część poszła od razu do zamrażarki (Będą pysznym dodatkiem do naleśników albo lodów w zimie), z części zrobiłam kompot (Jestem ciekawa reakcji MDP – ale przyrzekł, że wypije, o ile kompot będzie wystarczająco słodki), a pozostałe wisienki wrzuciłam do słoja, zasypałam cukrem i zalałam alkoholem. Nalewka nastawiona. Coś mnie jednak korci, aby ją nieco zmodyfikować. Tak w ogóle to osobiście nie przepadam za nalewką wiśniową, ale goście lubią i na wyjazdy też będzie jak znalazł. Na razie w przypływie inwencji (to się może źle skończyć…) dorzuciłam tajemniczy składnik nr 2, myślę również nad dolaniem alternatywnego alkoholu (Brandy? Rum?) lub przyprawy. Nalewkę malinową, nastawioną dzień wcześniej, już zpimpowałam. Dość odważnie, przyznam się.  Dam sobie i jej trochę czasu na przemyślenie. Ale cóż, kto nie ryzykuje, ten nie ma 😉

Przy okazji ostatnio znowu (bynajmniej nie z własnej chęci) wzięłam udział w słownej przepychance, z dążącą u mnie do zera cierpliwością, tłumacząc pewnej osobie, że nie, nie skończyłam jeszcze renowacji mebli, owszem, sprawia mi to dużą frajdę, zgadza się, padam czasem ze zmęczenia, ale nie szkodzi, nieprawda, na co dzień i w każdej chwili cieszę się tym, co stworzyłam, i zupełnie nie potrzebuję zatrzymywać się, by móc nacieszyć się tym, co mam. Bah.

Nie jestem przeciętnym Polakiem. Irytuje mnie i niecierpliwi bezcelowe spędzanie czasu na kanapie przed telewizorem. Nie lubię też za dużo siedzieć przy komputerze. Jednocześnie szanuję fakt, że komuś innemu taki sposób spędzania wolnego czasu daje satysfakcję. MI NIE. Więc jestem wdzięczna za nienarzucanie mi swojego stylu życia. A odpoczywać będę po śmierci.

Jak widać, poziom irytacji osiąga ostatnio u mnie stany wysoce krytyczne.