Tu-bez-pieczeni (bo każdy tytuł wpisu jest dobry)

Z okazji Dnia Bloga – krótka notka. Krótka, bom chora.

Ostatnie dni sierpnia były nieco chłodniejsze, ale zbagatelizowałam to, myśląc, przecież jeszcze za wcześnie na włożenie mojego „beretu francuskiego ruchu oporu”. Ha! Tu Cię mamy – powiedziały moje zatoki.

I tak w rezultacie przez ostatnie dni byłam zdolna jedynie do niezwykle krótkich i mało inteligentnych wypowiedzi, które składały się głównie z „Uhm”, „Yhy” i „Głowa mnie boli”, o czym zaświadczyć może A. na podstawie dość jednostronnych rozmów telefonicznych. Powoli dochodzę do siebie.

Innym razem opowiem o fascynującej wizycie w Magicznym Miejscu, które pokazała mi lektorka z francuskiego, a tymczasem nadmienię jedynie, że po długich namysłach zakupiłam 3 lampy do sypialni (jedną wiszącą i dwie nocne lampki) oraz, w przypływie nagłego kaprysu, owczą skórę. Coby mi było cieplutko w stopy.

Reklamy

Wicked

4 dni temu zamówiłam lampkę nocną. Postanowiłam dobrać ją pod kolor i wystrój pokoju gościnnego oraz (lub przede wszystkim) do wiszącej już w nim lampy w stylu Tiffany. Wcześniej rozesłałam zapytania do kilku producentów / sprzedawców tego typu lamp, ale albo nie otrzymałam wcale odpowiedzi zwrotnej, albo podane ceny były tak astronomiczne, że chwilowo zwątpiłam.

Wkrótce jednak odpowiedział mi pewien producent lamp witrażowych, o ten:

http://www.tiffanystyl-witraze.pl/

Po krótkiej wymianie maili dostałam informację, że zrobienie lampy odpowiadającej moim wyobrażeniom jest możliwe i… oto juź dzisiaj, przed chwilą otworzyłam starannie zapakowaną przesyłkę i właśnie cieszę oczy moją śliczną nową lampką 🙂

Ale zanim do tego doszło…

Po pracy wyruszyliśmy z parkingu w stronę autostrady, a docelowo w stronę restauracji, do której zaprosili nas znajomi na kolację (Knajpka swoją drogą fantastyczna, porcje nie do przejedzenia… nie licząc możliwości naszej radosnej grupki 😉 ) Ni stąd, ni zowąd MDP niewinnym głosem spytał, czy wieczorem zajedziemy do jego rodziców odebrać przesyłkę do mnie, dziś przyszła. Odparłam, czemu nie, i skupiłam się na prowadzeniu samochodu. Jednak gdzieś w podświadomości migała mi ostrzegawcza lampka, sygnalizująca, że coś jest tu bardzo nie tak. MDP, z troską pytający o moją lampę…? Czy on się dobrze czuje? Po jakichś 20 km krzyknęłam „Aha!” Tak żeś mnie podszedł, szczwany lisie… Kompletnie zapomniałam, że razem z przesyłką do mnie nadeszła przesyłka, na której MDP strasznie zależało! Podstępny…

Panie coś pan

Poprzedni właściciele ostatecznie pokonali nas swoją bezczelnością.

Historia z meblami jest rozwojowa. Albo raczej: była, ponieważ przed chwilą podjęłam decyzję nie odpowiadania na dalsze próby kontaktu ze strony rodzinki z fantazją.

Wczoraj wieczorem po wielkich kombinacjach i zmianie moich prywatnych planów na najbliższe dni, wysłałam byłemu WN SMSa z informacją o możliwości odbioru mebli we wskazanych godzinach. Nie uzyskałam odpowiedzi, najmniejszego chociażby potwierdzenia, że otrzymał moją wiadomość i czy zamierza się zjawić. Mimo to wróciliśmy dziś wcześniej do domu, i czekając na odbiór mebli dziubaliśmy sobie to tu, to tam, wiercąc i przykręcając tu półeczkę, tam wieszaczek i tego typu sprawy.

Szalałam akurat w ogrodzie, wyrywając pomidory, które w przeciągu tygodnia dorwała jakaś zaraza, gdy usłyszałam wołanie zza płotu. Jakiś nieznajomy młody człowiek przyjechał w imieniu byłego WN odebrać… sam stół. MDP skoczyło ciśnienie i stołu nie oddał mówiąc, że albo gość zabiera wszystko, albo nic. W odpowiedzi mężczyzna zabrał się i odjechał.

No tak. Poprzedni właściciele wezmą sobie ładny drewniany stół, a ja dalej zostanę ze starymi gratami w garażu…? Drogie dzieci, teraz możecie pocałować misia w… nos.

W najbliższym czasie pstryknę zdjęcia i wystawiam graty na sprzedaż. Może chociaż uzbieram na dobre wino 😉

Tylko dwie rzeczy są nieskończone: wszechświat oraz ludzka głupota

Przez chwilę odebrało mi mowę ze zdumienia.

Zanim przejdę do sedna rzeczy i opowiem Wam, co mi się przydarzyło, muszę przypomnieć kilka faktów. A zatem:

W kwietniu tego roku kupiłam dom. Check.

Dotychczasowi właściciele od marca wiedzieli, że dojdzie do transakcji. Check.

Za naszą, aczkolwiek niechętną, zgodą zostawili na przechowanie meble w garażu (Czyli de facto zagracili nam tylnią część garażu). Check.

Meble miały zostać odebrane pod koniec maja. Tego roku. Check.

Dni mijały sobie powoli i nieśpiesznie, a byłym właścicielom również nie śpieszyło się z odebraniem gratów, które niszczeją sobie powoli, stojąc w nieco nieszczelnej części garażu, dodatkowo będąc narażonymi na regularne oznaczanie ich przez pewnego kocura, który z uporem maniaka upodobał sobie nasz ogród (a konkretnie garaż, altanę i drzwi prowadzące do ogrodu, ku utrapieniu MDP).

W międzyczasie napływała do nas w ilościach hurtowych korespondencja do poprzednich właścicieli, którą skrzętnie zbierałam i co jakiś czas przekazywałam im bezpośrednio lub wywieszałam na płocie do późniejszego odbioru. Oczywiście zawsze po pełnych pretensji telefonach, dlaczego nie ma nas w domu o godzinie 10:00 lub 13:00 (Też tego nie rozumiem. Muszę spytać managera), po niespodziewanych wizytach około godziny 21:00 („Przejeżdżałem akurat w pobliżu i postanowiłem odebrać pocztę.”) albo próbach nakłonienia mnie, abym zanosiła pocztę do sąsiadów. Yhy. Primo, nie chce mi się i nie jestem niczyim posłańcem; Secundo, jeszcze na głowę nie upadłam, by angażować kolejne osoby w ten łańcuszek szczęścia.

Na przykład, wczoraj specjalnie czekaliśmy na Córuchnę, która miała odebrać pocztę, ale „spotkanie jej się przedłużyło” i w ogóle… A miałam taką ochotę iść na spacer.

Dziś z kolei zadzwonił jej tatuś, niby poinformować, że przecież już zgłaszał wszędzie zmianę adresu, nie rozumie, dlaczego listy ciągle przychodzą na nasz adres (Na przykład taki Urząd Skarbowy z pewnością ignoruje zawiadomienia o zmianie adresu zamieszkania – o ile rzeczywiście został o tym fakcie powiadomiony), że planuje założyć skrzynkę na poczcie… i że chciałby odebrać w końcu meble. Bo potrzebuje. Bo ma wesele na 120 osób. A w ogóle to zamówił na dziś samochód do transportu.

Na dziś wieczór. No tak. Przecież my codziennie jesteśmy w domu i tkwimy w oknie w oczekiwaniu na jego łaskawe pojawienie się. A wesele to z pewnością organizuje się w ciągu tygodnia.

Jestem pod wrażeniem tej mieszanki bezczelności z brakiem taktu i wyobraźni u ludzi, którzy nie potrafią poinformować kogoś z wyprzedzeniem chociażby kilkudniowym, przygotować go na taką ewentualność. Problemem nie jest sam fakt zwrócenia mebli (aczkolwiek stół i krzesła chętnie bym sobie przygarnęła na kolejne imprezy okolicznościowe… 😉 ), ale zastawiony naszymi sprzętami garaż, które to rzeczy musimy najpierw wynieść na zewnątrz / przenieść w inne miejsce, bądź też odblokować boczne wejście, by umożliwić właścicielom wyniesienie ich mebli drugą stroną (jeśli będą w stanie. Nie żeby mnie to obchodziło). A w tym celu musimy być w domu i mieć czas.

Poinformowałam byłego właściciela, że skontaktuję się później z MDP, ponieważ aktualnie jesteśmy W PRACY (czytaj: mamy swoje obowiązki) i że spróbuję znaleźć czas jutro (czytaj: spróbuję zmienić moje plany, bardzo niechętnie i dlaczego w ogóle miałabym rezygnować z kolacji w gronie znajomych), co postaram się jak najszybciej potwierdzić.

W odpowiedzi spotkałam się z tak nieuzasadnionymi pretensjami, że aż się we mnie zagotowało. TAK, jestem zdziwiona. Bezdenność głupoty i egoizm ludzi za każdym razem jeszcze mnie zaskakują.

Chyba muszę puścić wodze mojej złośliwości i wymyślić, jak rodzinkę w odpowiedzi potraktować… Any ideas?

Choke-choke-choke-chokecherry!

Hurray hurray! Zamówione przeze mnie dwie szafki nocne już dotarły. Na realizację zamówienia miałam czekać calutki miesiąc, dlatego dzisiejszy telefon ze sklepu był dla mnie miłym zaskoczeniem. I tak w przedpokoju stoją i wietrzą się ze świeżej bejcy dwie sosnowe szafki nocne w szaro-brązowym kolorze mojego łóżka i regału z IKEI.

Zatem do wykończenia sypialni pozostało dokupić lampę wiszącą i 2 lampki nocne, a także pomalować tę nieszczęsną komodę. Gdy już namyślę się co do zmiany gałek, znaczy się. Komoda owa jest, w mojej opinii, w stylu rustykalno-góralskim, z ozdobnymi wykończeniami i okrągłymi gałkami. Deskę-wykończenie można bez problemu zdemontować, nieco większy problem przedstawia zmiana gałek. Uparłam się na nowoczesne uchwyty, więc muszę pokombinować, jak zaszpachlować dziury po gałkach, jak już się ich pozbędę. MDP oczywiście nie widzi problemu, by je zostawić, ale aż takiego eklektyzmu stylów nie chcę mieć w sypialni 😉

Tyle w sprawie remontu.

Już prawie połowa sierpnia. Niektórzy wiedzą, jak znacząca to pora roku, ponieważ wtedy jest dużo, dużo… czego? No właśnie, aronii!

Tym razem moja E. zadbała, bym nie nudziła się w kuchni 😉 i tak oto dostałam dziś cały ogromniasty wór aronii. Ślicznych czarnych aronii, z których część powędrowała na razie do zamrażarki (wbrew pozorom jeszcze jest w niej miejsce, co prawda szybko kurczące się, ale jest), a druga część do słoja na nalewkę. Pokładam w niej większą nadzieję niż w kompletnie nieudanych nalewkach kawowej i kakaowej, które po desperackiej próbie uratowania przed ostateczną zagładą zostawiłam na chwilowe zapomnienie w piwnicy.

C’est la vie.

La fille damnée

Ledwo co wczoraj się rozpisałam, a tu dziś znowu ciekawostka.

Po pracy wybrałam się na siłownię. Po intensywnych ćwiczeniach udałam się do łazienki, zdjęłam okulary i byłam właśnie w trakcie mycia się, gdy obok podobne ablucje wykonywała jakaś przypadkowa dziewczyna. Zajęta sobą, nie zwracałam na nią zbytniej uwagi. Po jakimś czasie dotarły do mnie 2 fakty: Primo, dziewczę zniknęło, secundo, kran jest dalej odkręcony. Moment. Włożyłam okulary. O. Kran nie tyle był odkręcony, co urwany, a woda lała się dość wartkim strumieniem. Przekonana, że dziewczyna po spowodowaniu szkody poszła zgłosić awarię na recepcji, w spokoju zakończyłam mycie i zaczęłam się ubierać. Hm. Nikt nie przychodzi. Podeszłam do recepcjonistki i – ku mojemu zdumieniu – nikt nie zgłosił urwania kranu i lejącej się wody. Wygląda na to, że dziewczę po wszystkim najzwyczajniej oddaliło się, mniej lub bardziej śpiesznym krokiem, nie mając nawet tej odrobiny przyzwoitości, by zawiadomić obsługę, ani zdrowo-rozsądkowego (Nie posądzam jej o ekologiczne) myślenia, hej, leje się woda, może warto by coś z tym zrobić…?

Nawiasem mówiąc, w poprzedniej pracy zaobserwowałyśmy z K. ciekawe zjawisko wśród młodszych koleżanek, które nie reagowały na rozlanie przez siebie kawy/zupy/ketchupu/czegokolwiek w służbowej kuchni i równie bezstresowo oddalały się, pozostawiając efekt swojej beztroskiej egzystencji ku uciesze innych użytkowników pomieszczenia. Mamunia (lub inny naiwny człowiek) posprząta.

A tymczasem w świecie remontów… MDP oszlifował mi część mebli, ale jako że najwidoczniej nie doczekam się odpowiedniej pogody (Czytaj: temperatura poniżej 25 stopni i mile widziane popołudnie bez burzy), będę zmuszona malować meble w garażu przy sztucznym oświetleniu. Nie takie rzeczy się robiło…! W końcu kto malował meble kuchenne przy smartfonowej latarce? No kto? Moi!