Some sort of creature

No to oficjalnie wylądowałam na L4. Podczas gdy wydawało mi się, że mój stan zdrowia się poprawia, moja ulubiona pani laryngolog tylko pokiwała głową, przepisała dalsze leki i wysłała do domu. Uwielbiam tę kobietę. Nie za wypisywanie zwolnień lekarskich, bynajmniej, lecz za podejście do Człowieka (a nie Pacjenta. Dla niektórych pracowników służby zdrowia istnieje znacząca różnica między tymi dwoma pojęciami, w sensie pierwsze jest słowem co najmniej obcym). I za podobny światopogląd, bo zawsze znajdziemy chwilę, by uciąć sobie pogawędkę na tematy wszelakie.

W mojej poprzedniej przychodni również miałam takiego swojego, ulubionego lekarza laryngologa. Był jednocześnie lekarzem wojskowym, z dużą dozą dystansu i swoistego poczucia humoru, a także wyrozumiałości dla pacjentek chichoczących na stole operacyjnym. Czytaj: dla mnie. Bo jakże się tu nie śmiać nieco histerycznie, gdy człowiek leży na chłodnym stole, nad nim pali się szereg oślepiających lamp, a w głowie pojawiają się wspomnienia wszystkich obejrzanych / przeczytanych horrorów z medycznym wątkiem w tle.

Śmieję się również na fotelu dentystycznym, na widok strzykawki ze znieczuleniem. Jednak pan Muminek (Zdarza mi się nazywać go inaczej, ze względu na fioletowy uniform i hodowlę kotów w mieszkaniu) zapewne sporo widział i przeżył pracując w gabinecie dentystycznym, dlatego pacjentka szczerząca paszczę powinna być dla niego miłym urozmaiceniem.

A o czym ja to… Aha. Jestem w domu. Niczym duch mogę snuć się po korytarzach i słuchać głośno muzyki na YouTube. Albo ćwiczyć gimnastyki wszelakie, tudzież przypatrywać się, jak gimnastykuje się pan od odczytów licznika – wodomierza. Bo widzicie, w piwnicy były dawniej brzydkie rury biegnące w poprzek przez całą ścianę. WT postanowił zabudować je ścianką karton-gips i zamontował drzwiczki rewizyjne, które… nie posiadają żadnego kluczyka, wgłębienia na palce, czegokolwiek. Otwiera się je tzw. sposobem. Po kilku minutach, wspólnymi siłami, udało się nam otworzyć to ustrojstwo. A potem – Żegnajcie, pieniążki.

I to podwójnie. Wczoraj podjechałam do Urzędu Miasta, by ponownie wypełnić deklarację w sprawie podatku gruntowego. Bardzo sympatyczna pani urzędnik wylewnie przepraszała mnie za kłopot i, zapewne w celu wynagrodzenia trudów mojej podróży do urzędu w stanie silnego rozkładu, wydała decyzję od ręki. Z wyznaczonym terminem zapłaty 2 rat podatku w ciągu 14 dni.

Mam, co chciałam 😉

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s