Mówią, że niepełna wiedza jest rzeczą niebezpieczną, ale jednak nie tak złą, jak całkowita ignorancja.

Kompilując informacje przekazane mi przez Miejskiego Rzecznika Praw Konsumenta oraz Stowarzyszenie Konsumentów Polskich przy UOKiK, w odpowiedzi na moje wątpliwości, czy firma może zwlekać z dostarczeniem mi podpisanej kopii umowy, stwierdzam, że – otóż może. To znaczy mówiąc precyzyjniej: Taka praktyka nie jest nielegalna. If you know what I mean.

Po pierwsze, w Prawie telekomunikacyjnym nie ma szczegółowych przepisów dotyczących zawierania umów w lokalu przedsiębiorstwa,  przepisy (art. 56 ust. 6) tyczą się głównie zawierania umowy na odległość, np. przez telefon, co w moim przypadku nie miało miejsca.

Po drugie, zgodnie z treścią art. 384 kodeksu cywilnego ustalony przez jedną ze stron wzorzec umowy, w szczególności ogólne warunki umów, wzór umowy, regulamin, wiąże drugą stronę, jeżeli został jej doręczony przed zawarciem umowy (Nie został, ale zapoznałam się z treścią umowy na miejscu).

Wniosek: Jeśli jako konsument wyraziłam zgodę na taką formę (a nie wyraziłam sprzeciwu), to, cóż, zrobiłam to na własne ryzyko, gdyż jest to ryzykowne dla mnie jako dla strony, która ma otrzymać egzemplarz umowy z opóźnieniem. Trzymając kciuki, że w formie niezmienionej. Tak sobie myślę, że w tej sytuacji mogłam poprosić o skserowanie umowy, by następnie porównać kserokopię z oryginałem.

Alternatywnie mogłam zażądać przygotowania podpisanej przez uprawnioną osobę umowy i dopiero po zapoznaniu się z nią podpisać umowę. Ta opcja wydaje mi się jednak wyjątkowo mało realistyczna w naszej rzeczywistości…

A mając na uwadze, że ignorantia iuris nocet, uczę siebie i przy okazji Was, ha.

Szafkomania

Jako że ostatnio głównie użalałam się nad sobą i nad tym, jak bardzo wszystko mnie boli, poszukiwania mebli nie posunęły się za bardzo do przodu. Wymyśliłam sobie m.in. zwykłą kuchenną szafkę wolnostojącą, z 2 półkami, bez szuflad. Drewnianą lub z płyty, byle w miarę dobrej jakości. Żadna ekstrawagancja.

W sklepie z meblami sosnowymi taka szafeczka kosztowała ok. 1100-1200 zł plus dopłata za wybarwienie w wybranym kolorze, ale trochę szkoda mi było wydać tyle pieniędzy na jedną zwykłą kuchenną szafkę, szczególnie, że za kilka lat planujemy zmienić wystrój kuchni.

Rozejrzałam się po okolicy, i tak w pierwszym lokalnym sklepie z meblami kuchennymi podano mi możliwy termin realizacji zamówienia za ok. 1,5 miesiąca. Zastanawiam się, jak długo trzeba w takim razie czekać na całą kuchnię…

Z pracownikiem kolejnego sklepu ciężko było mi się dogadać. Najpierw on przebywał na urlopie, potem ja na delegacji, godziny otwarcia sklepu niby stałe, ale zastać w nim gościa rzecz prawie niemożliwa, gdyż ciągle jeździ do klientów na pomiary. Światełko alarmowe powinno było zapalić się jednak znacznie wcześniej: Gdy sklep ma w nazwie „studio”, „design”, a w dodatku szpanersko-wypaśną stronę internetową, oznacza w większości przypadków, że będzie drogo. Chociaż „drogo” to piękny understatement. Wycena szafki drewnianej w tym przybytku luksusu opiewała na kwotę 3800 zł (słownie: trzy tysiące osiemset złotych 00/100), a wersja z płyty – 900 zł.

Pozbierałam szczękę z podłogi, otworzyłam Aledrogo i po 5 minutach wyszukiwań znalazłam 2 szafki w rozsądnej cenie, w odpowiadających mi wymiarach, i w rezultacie przesyłeczka już czeka w korytarzu na parterze na złożenie.

Dlaczego nie kupiłam szafki w IKEA: Ponieważ na dziale Kuchnia są 2 stanowiska konsultantów. I jeśli ma się wyjątkowego pecha, to trzeba odstać swoje w kolejce na obsługę i wysłuchać bzdurnego marudzenia lafiryndy, która nie wie, czego chce, tudzież chce, ale nie wie, czego. Ponadto IKEA nie przycina blatów na żądaną szerokość szafki, co w moim przypadku oznacza, że musiałabym zapłacić za duuuuży blat tylko po to, by następnie samej przyciąć go do szerokości 80 cm.

Ale za to IKEA ma w ofercie ciekawe biurka do gabinetu. Których kolory co prawda całkowicie burzą moją Koncepcję, ale to standard. Przy urządzaniu domu trzeba być elastycznym. Ewentualnie mieć dużo piniążków.

Żyję w kraju, w którym wszyscy chcą mnie zrobić w ch**

Przyznam, że całkiem już zgłupiałam. Od kilku dni myślę intensywnie, czemu wszystkie urzędowo-konsumenckie przygody przytrafiają się właśnie mi, czy może żyję w kraju absurdu i pań Halinek, i powinnam pokornie pokłonić głowę, zamiast burzyć się wobec rozmaitych bezsensów i prób zrobienia mnie w jajo.

Sprawa tyczy się internetów. Niekończąca się historia.

Opowieść mą zacznę tym razem od środka, a gdybyście chcieli poznać jej początek, polecam zapoznanie się z postem „Nerwostrada” i „Powrót internetów”, w takiej właśnie kolejności.

Najpierw jednak dokończę historię z firmą Orange, z którą rozstałam się nie bez emocji. Odstąpienie od zawartej przez telefon umowy nastąpiło dość szybko i bezboleśnie, w salonie nie przyjęto jednak nabytego wraz z umową routera, każąc mi czekać na kontakt ze strony Infolinii. Zniecierpliwiona zadzwoniłam tam sama (koszty, koszty!), by dowiedzieć się, że odstąpienie od umowy złożyłam w salonie partnerskim Orange, który nie ma możliwości przyjęcia routera i dokonania zwrotu pieniędzy. Wskazano mi kilka adresów salonów Orange, m.in. salon w pewnym centrum handlowym, do którego niezwłocznie się udaliśmy.

Centra handlowe o tej porze roku pokonują mnie wysokimi temperaturami w pomieszczeniach. Dodając do tego kolejki w punktach obsługi klienta i brak dystrybutorów z wodą uzyskuje się mieszankę wybuchową. A już prawdziwy dynamit, gdy po ponad pół godziny czekania w kolejce okazuje się, że robiący wrażenie salon jest kolejnym salonem partnerskim, podczas gdy salon właściwy to mała klitka, mieszcząca się dokładnie po drugiej stronie centrum handlowego. W którym, nawiasem mówiąc, również odstałam swoje, by odejść z kwitkiem, ponieważ… MDP zapomniał zapakować do pudełka mikrofiltra. Który oczywiście mogę zakupić na miejscu, ale nie pojedynczo, lecz w pakiecie z innym urządzeniem, za jedyne 39 zł. Doliczając do tego koszty paliwa, koszty połączeń telefonicznych z Infolinią vs. koszt zakupionego routera w wysokości 49 zł – wychodzi na to, żem jeleń.

Cóż zrobić, wina nasza, wróciliśmy do domu. Natomiast router oddaliśmy przy następnej okazji, podczas zakupów w innym centrum handlowym.

W międzyczasie lokalny provider podłączył nam internety. Kilka dni przed zawarciem umowy zwróciłam się do niego z zapytaniem, czy jest możliwość zmiany warunków podłączenia sieci kablowej, tj. zmiany prędkości 20/4 Mbit/s na bardziej nas satysfakcjonującą 16/8 Mbit/s. W związku z brakiem odpowiedzi ponowiłam zapytanie dokładnie 2 tygodnie później, a następnie po raz trzeci, równiutko miesiąc od podpisania umowy w siedzibie firmy, dodając jeszcze prośbę o przekazanie mi kopii umowy oraz… poinformowanie o wysokości miesięcznych płatności oraz sposobie rozliczenia z firmą. Wydawało mi się dość dziwnym, że korzystamy z dobrodziejstw internetów, podczas gdy firma o nas kompletnie zapomniała.

Po kilku dniach odebrałam telefon – Dzwoniła konsultantka tejże firmy, z wyjaśnieniem, że to, że musiałam czekać ponad 3 tygodnie na umowę oznacza, że umowa musiała zostać podpisana przez szefową, ale jest już do odbioru w siedzibie firmy. Okej…

Dodatkowo kobitka błysnęła intelektem, i tak najpierw wyparła się, że żadne zapytanie z mojej strony do nich nie wpłynęło. Po moim uprzejmym przypomnieniu, że dzwoniąc do mnie powołała się przecież na konkretnego e-maila, w którym jest cała historia korespondencji, obruszyła się, że w zapytaniu nie wyraziłam się jasno, i że ona kompletnie nie ma pojęcia, jaki chcemy mieć upload, a jaki download. Rozbawiła mnie tym stwierdzeniem totalnie, więc odparłam, że przecież poprosiłam o 16/8 Mbit/s i ten zapis rozumie każdy informatyk. Komentarza niestety nie było.

Cały czas zastanawiałam się jednak, czy zachowanie firmy, polegające na przetrzymaniu podpisanej przez klienta kopii umowy, jest zgodne z prawem, dlatego też wystąpiłam z prośbą o poradę do UOKiK oraz Miejskiego Rzecznika Praw Konsumenta. Ten drugi oddzwonił do mnie, mówiąc, że zasięgnął informacji na temat procedury praktykowanej w firmie, polegającej na podpisywaniu umów przez właściciela raz na 3 tygodnie. Podobno zgodnie z prawem telekomunikacyjnym takie postępowanie jest legalne. Niestety rozmówca nie wskazał mi żadnego konkretnego artykułu ww. przepisów prawa i do chwili obecnej nie udzielił odpowiedzi drogą elektroniczną, o co poprosiłam po rozmowie telefonicznej.

Coraz mniej z tego wszystkiego rozumiem.

Może zamiast ciągle walczyć z systemem powinnam, jak większość Polaków, machnąć ręką i liczyć na to, że nic złego się nie wydarzy. A nawet jeśli nagle miałoby – zrobić wtedy zdziwioną minę, popłakać przed kamerą TVN tudzież w innych mediach, robiąc z siebie ofiarę bezdusznej biurokracji urzędniczej. To też jakiś pomysł.

Garden havoc

Wbrew pozorom żyję.

MDP pukał się w czoło, dlaczego zdecydowałam się ostatnio na zabieg chirurgiczny (Nie, nie powiększałam sobie piersi ani nie usuwałam zmarszczek, złośliwe gady), z moją „tolerancją” takich ingerencji. Natomiast po samym już zabiegu zabronił mi wychodzić na miasto, żeby ludzie nie myśleli, że mnie bije 😉 Na szczęście opuchlizna już powoli schodzi, cieszy mnie to ogromnie, ponieważ naprawdę nie chciałam przypominać tajskiego lady-boy’a 😉

Ale opuchlizna czy nie, robić trzeba, póki pogoda ładna.

Dziś z pomocą przyjechała ekipa w postaci mojego taty i jego znajomego, którzy, gdy akurat nie patrzyłam, dokonali prawdziwego spustoszenia w moim ogrodzie, wycinając co się da. I tak won poszły wszystkie krzewy na tylniej ścianie posesji, pozostawiono mi łaskawie dziką różę, lilie i mały niskopienny krzew. Aha. Dokładnie tyle. W okolicy lilii i krzaczka posadziłam poziomki, które otrzymałam od Niani Ogg i Babci Weatherwax, a tato w swej łaskawości przywiózł i zasadził kilka cisów kolumnowych. (Dziewczyny, nie drżyjcie ze zgrozy!)

W efekcie ogrodu jest tak jakby zdecydowanie więcej. Ekipa wykonała dziś tytanową wręcz pracę, wykopała stare, pozostawione przez poprzednie leniwce korzenie, wytargała cały ten cholerny winobluszcz (Nie sadzić! Ostrzegam! Paskudztwo nie do wytępienia, rozrasta się to-to niczym liany w dżungli, oplatając inne rośliny), przekopała i wyrównała całą tylnią część ogródka. Jestem pod wrażeniem. Kochany tato ^^ (Droga kuzynko M., Twój komentarz jestem w stanie sobie wyobrazić ;))

Teraz pozostaje tylko wybrać się do marketu po folię do ogrodu.

Podczas gdy my szaleliśmy w ogrodzie, MDP dzielnie szkrobał i malował płot. Nie skończył niestety, ponieważ kupiliśmy bardzo badziewną farbę do metalu – i tu nastąpi przerwa na antyreklamę – marki „Śnieżka”. Nie polecam. Bynajmniej nie do ogrodzenia.

Z kolei na taras zakupiliśmy wczoraj znany i lubiany „Hammerite”. Z balustradą będzie trochę zabawy, ponieważ trzeba wcześniej jakoś wymontować ozdobne szybki. Ale co to dla nas.

A, z innych nowinek: WT poszalał z elektryką w piwnicy, dzięki czemu nie muszę już po omacku schodzić ze schodów i mam włączniki światła zarówno na górze, jak i na dole schodów! 😉