Żyję w kraju, w którym wszyscy chcą mnie zrobić w ch**

Przyznam, że całkiem już zgłupiałam. Od kilku dni myślę intensywnie, czemu wszystkie urzędowo-konsumenckie przygody przytrafiają się właśnie mi, czy może żyję w kraju absurdu i pań Halinek, i powinnam pokornie pokłonić głowę, zamiast burzyć się wobec rozmaitych bezsensów i prób zrobienia mnie w jajo.

Sprawa tyczy się internetów. Niekończąca się historia.

Opowieść mą zacznę tym razem od środka, a gdybyście chcieli poznać jej początek, polecam zapoznanie się z postem „Nerwostrada” i „Powrót internetów”, w takiej właśnie kolejności.

Najpierw jednak dokończę historię z firmą Orange, z którą rozstałam się nie bez emocji. Odstąpienie od zawartej przez telefon umowy nastąpiło dość szybko i bezboleśnie, w salonie nie przyjęto jednak nabytego wraz z umową routera, każąc mi czekać na kontakt ze strony Infolinii. Zniecierpliwiona zadzwoniłam tam sama (koszty, koszty!), by dowiedzieć się, że odstąpienie od umowy złożyłam w salonie partnerskim Orange, który nie ma możliwości przyjęcia routera i dokonania zwrotu pieniędzy. Wskazano mi kilka adresów salonów Orange, m.in. salon w pewnym centrum handlowym, do którego niezwłocznie się udaliśmy.

Centra handlowe o tej porze roku pokonują mnie wysokimi temperaturami w pomieszczeniach. Dodając do tego kolejki w punktach obsługi klienta i brak dystrybutorów z wodą uzyskuje się mieszankę wybuchową. A już prawdziwy dynamit, gdy po ponad pół godziny czekania w kolejce okazuje się, że robiący wrażenie salon jest kolejnym salonem partnerskim, podczas gdy salon właściwy to mała klitka, mieszcząca się dokładnie po drugiej stronie centrum handlowego. W którym, nawiasem mówiąc, również odstałam swoje, by odejść z kwitkiem, ponieważ… MDP zapomniał zapakować do pudełka mikrofiltra. Który oczywiście mogę zakupić na miejscu, ale nie pojedynczo, lecz w pakiecie z innym urządzeniem, za jedyne 39 zł. Doliczając do tego koszty paliwa, koszty połączeń telefonicznych z Infolinią vs. koszt zakupionego routera w wysokości 49 zł – wychodzi na to, żem jeleń.

Cóż zrobić, wina nasza, wróciliśmy do domu. Natomiast router oddaliśmy przy następnej okazji, podczas zakupów w innym centrum handlowym.

W międzyczasie lokalny provider podłączył nam internety. Kilka dni przed zawarciem umowy zwróciłam się do niego z zapytaniem, czy jest możliwość zmiany warunków podłączenia sieci kablowej, tj. zmiany prędkości 20/4 Mbit/s na bardziej nas satysfakcjonującą 16/8 Mbit/s. W związku z brakiem odpowiedzi ponowiłam zapytanie dokładnie 2 tygodnie później, a następnie po raz trzeci, równiutko miesiąc od podpisania umowy w siedzibie firmy, dodając jeszcze prośbę o przekazanie mi kopii umowy oraz… poinformowanie o wysokości miesięcznych płatności oraz sposobie rozliczenia z firmą. Wydawało mi się dość dziwnym, że korzystamy z dobrodziejstw internetów, podczas gdy firma o nas kompletnie zapomniała.

Po kilku dniach odebrałam telefon – Dzwoniła konsultantka tejże firmy, z wyjaśnieniem, że to, że musiałam czekać ponad 3 tygodnie na umowę oznacza, że umowa musiała zostać podpisana przez szefową, ale jest już do odbioru w siedzibie firmy. Okej…

Dodatkowo kobitka błysnęła intelektem, i tak najpierw wyparła się, że żadne zapytanie z mojej strony do nich nie wpłynęło. Po moim uprzejmym przypomnieniu, że dzwoniąc do mnie powołała się przecież na konkretnego e-maila, w którym jest cała historia korespondencji, obruszyła się, że w zapytaniu nie wyraziłam się jasno, i że ona kompletnie nie ma pojęcia, jaki chcemy mieć upload, a jaki download. Rozbawiła mnie tym stwierdzeniem totalnie, więc odparłam, że przecież poprosiłam o 16/8 Mbit/s i ten zapis rozumie każdy informatyk. Komentarza niestety nie było.

Cały czas zastanawiałam się jednak, czy zachowanie firmy, polegające na przetrzymaniu podpisanej przez klienta kopii umowy, jest zgodne z prawem, dlatego też wystąpiłam z prośbą o poradę do UOKiK oraz Miejskiego Rzecznika Praw Konsumenta. Ten drugi oddzwonił do mnie, mówiąc, że zasięgnął informacji na temat procedury praktykowanej w firmie, polegającej na podpisywaniu umów przez właściciela raz na 3 tygodnie. Podobno zgodnie z prawem telekomunikacyjnym takie postępowanie jest legalne. Niestety rozmówca nie wskazał mi żadnego konkretnego artykułu ww. przepisów prawa i do chwili obecnej nie udzielił odpowiedzi drogą elektroniczną, o co poprosiłam po rozmowie telefonicznej.

Coraz mniej z tego wszystkiego rozumiem.

Może zamiast ciągle walczyć z systemem powinnam, jak większość Polaków, machnąć ręką i liczyć na to, że nic złego się nie wydarzy. A nawet jeśli nagle miałoby – zrobić wtedy zdziwioną minę, popłakać przed kamerą TVN tudzież w innych mediach, robiąc z siebie ofiarę bezdusznej biurokracji urzędniczej. To też jakiś pomysł.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s