Ulepimy dziś bałwana?

„Jedziesz, Joanna” powiedziałam, furając kota na kolana MDP. Koteła, który bezczelnie rozwalił się na moich kolanach, tak że musiałam wygiąć się w pałąk nad zwierzakiem, by dosięgnąć klawiatury.

Zmęczeni jesteśmy. Czterogodzinne zakupy zaowocowały wysłaniem stosu kartek świątecznych i przesyłek (Nie dziwić się, nie dziwić, w tym roku muszę wszystko wysłać z końcem listopada, żebyście dostali karty przed Świętami), zakupieniem kilku prezentów oraz choinki, lampek i bombek.

Wybraliśmy już choinkę, gdy ja przechadzałam się po markecie wśród stołów z ozdobami świątecznymi, widząc wszędzie chiński plastikowy chłam. Byłam już bliska załamania. Wszędzie tani plastik, czy nikt już nie produkuje pięknych szklanych bombek? Zauważywszy panią ekspedientkę rozpakowującą towar podeszłam do niej i spytałam o bombki lepszej jakości. Ona popatrzyła na mnie i pokazała ścianę za sobą. Hym, no tak 🙂

Jaaaakie piękne. Śliczne polskie szklane bombki, ręcznie zdobione, posegregowane kolorami… Wybrałam na szybko 2 pudełka, bo MDP co jakiś czas znacząco wzdychał. Po 4h godzinach na zakupach niespecjalnie się mu dziwiłam.

W domu z rozmachu rozpakowałam choinę, rozłożyłam ją i przystroiłam światełkami. Jutro zawieszę bombki, pomarańcze, jabłka i candy canes.

Byłabym zapomniała: W zeszłym tygodniu przyszły lampy 🙂

Reklamy

Jellyfish ballet

Droga A.

Bardzo Cię lubię, ale Twojego stolarza wysłałam ostatecznie na bambus.

Od lipca nie szło się z gościem dogadać: Najpierw mętne wykręty, jakoby nie słyszał mnie akustycznie przez telefon, potem długotrwałe zwodzenie co do terminu wykonania biblioteczki. Może będzie gotowe jesienią, może zimą, może w grudniu po południu.

Mając na głowie inne sprawy, naiwnie pozwoliłam czasowi płynąć, a moim książkom spoczywać w spokoju w kartonach walających się po całym domu. Jednak w zeszły czwartek zebrałam się w sobie i zadzwoniłam do pana-na-wszystko-mam-czas, który poinformował mnie, że dodzwoniłam się do UK. Bo on teraz siedzi u syna. I nie wie, kiedy wróci do Polski, za dwa, może trzy tygodnie. Oceniłam, że szanse pozbycia się kartonów w tym roku zmalały nagle do zera.

Ale nic to, Google mój przyjaciel, wpisana fraza „stolarz miasto X” dostarczyła kilka wyników wyszukiwania, wybrałam więc z listy pierwsze lepsze nazwisko, które wpadło mi w oczy, i w piątkowe popołudnie zadzwoniłam do firmy stolarskiej. Biblioteczka na wymiar? Oczywiście, że zrobimy. Kiedy możemy podjechać na pomiar, jutro rano? Nie? To może w poniedziałek po południu?

Z wrażenia zbierałam szczękę z podłogi. It’s too good to be true.

Wczoraj przyjechało dwóch panów, zaprowadziliśmy ich do gabinetu, gdzie na podłodze w dalszym ciągu radośnie wala się sprzęt dotyczący naszego hobby. Jeden z panów rozejrzał się po tym całym burdelu i spytał „O, to Wy też?” Okazało się, że to „swój chłop”. Pogawędziliśmy sobie miło, panowie zrobili pomiary i pojechali. Jakiś czas później pan stolarz zadzwonił ze wstępnym kosztorysem, natomiast przed chwilą odebrałam telefon z potwierdzeniem kalkulacji, terminu wykonania prac oraz informacją o podpisaniu umowy. Jutro.

Szok.

Trzymajcie kciuki, proszę…!

Zatkało kakao

Gdy już chciałam dać za wygraną w sprawie zamówionych lamp, w piątek po południu zadzwoniła do mnie pani ze sklepu z informacją o nadaniu przesyłki. Poprosiłam ją o odpowiedni dopisek na liście przewozowym, określający preferowaną porę dostawy. Otrzymawszy w mailu numer listu przewozowego szybciutko wypełniłam jeszcze formularz kontaktowy na stronie firmy kurierskiej i spokojnie trwałam w oczekiwaniu.

Dzisiaj odezwał się kurier. Na wyświetlaczu komórki była godzina 11:24, o tej porze zazwyczaj bywam w pracy, co dziwnym nie jest. Przypomniałam mu o adnotacji na liście przewozowym, kurier oczywiście wyparł się, że nic takiego nie jest tam dopisane i mętnie zakomunikował, że przekaże przesyłkę drugiemu kurierowi, który będzie się ze mną kontaktował bla bla bla, bla bla bla.

MDP podburzył mnie, coby zadzwonić na Infolinię firmy kurierskiej. Zadzwoniłam i, miast wylać wiadro żali, spytałam konsultantkę, w jakich właściwie godzinach pracują kurierzy. Odpowiedź była zaskakująca, przynajmniej dla mnie. Otóż kurierzy rozwożą przesyłki w godzinach 8-12. Wiedzieliście o tym? Bo ja nie. To tzw. usługa standardowa. Oprócz niej można wykupić usługę dostarczenia przesyłki w godzinach 18-22, nieco więcej płatną (ale niewiele). Wot i cała filozofia. Na przyszłość problemu nie budiet.

All I wish for Christmas

Po wczorajszym poście odezwały się głosy oburzonych za podstępny cliffhanger.

Ojejku jejku 🙂

Kontynuuję zatem mą opowieść:

Głównie dzięki mojemu tacie pozbyliśmy się uschłych / dziko rosnących / pnących się bujnie (niepotrzebne skreślić) chaszczy w moim ogrodzie. Ha, „pozbyliśmy się” nie było w tamtym momencie odpowiednim określeniem. Owszem, krzaczory zostały wyrwane, wykopane, a ziemia wykarczowana, ale po pracach ogrodowych pozostała nam malownicza… góra zielonego śmiecia. Hałda o wymiarach w przybliżeniu dł. 15m x szer. 2m x wys. 80cm. Za wywiezienie której lokalny zakład usług komunalnych zażyczył sobie opłatę w wysokości 50 zł netto za 1m3, obejmującą podstawienie i wywiezienie kontenera na odpady. Pobieżne przeliczenie wysokości należnej opłaty przyprawiło mnie o szybsze bicie serca. Przypomniałam sobie, że sąsiad na końcu ulicy posiada wypożyczalnię przyczep, zaczęłam więc rozpytywać znajomych, kto posiada auto z hakiem i mógłby posłużyć nam za kierowcę. Jak na złość, dziś haków nikt prawie nie posiada. W końcu wygooglałam dwie lokalne firmy transportowe i tak wczoraj pojawił się u nas przemiły starszy pan z ciężarówką, załadowaliśmy haszcze na samochód i wywieźliśmy do odpowiedniego punktu. W którym, nawiasem mówiąc, za przyjęcie odpadów nie pobrano od nas, jako mieszkańców gminy, żadnej opłaty.

Teraz ogród wydaje się taki przestronny…

Jako że pogoda dopisała i z chaszczami uporaliśmy się wręcz w ekspresowym tempie, postanowiłam zaciągnąć MDP do galerii meblowej. Miałam upatrzone meble od pewnego producenta, i byłam ciekawa, jak prezentują się na ekspozycji, ponieważ zdjęcia przedstawione na stronie internetowej były w koszmarnej rozdzielczości (piksele, ach te piksele). Przebiegliśmy truchtem jedną część galerii, i nie znalazłszy szukanego salonu, dla żartu zaciągnęłam MDP do innej, bardziej ekskluziw części. MDP wpadła w oko drewniana rustykalna szafa w stylu podobno kolonialnym, w jego mniemaniu zaś raczej w stylu średniowiecznej sali tortur, więc szybko wdał się w dyskusję ze sprzedawcą i wspólnie dywagowali nad możliwościami zamknięcia w niej dzieci. Hm.

Ostatecznie znaleźliśmy „mój” salon meblowy. Na ekspozycji nie było jednak żadnych mebli do salonu, sprzedawca poczęstował mnie katalogiem firmy, którego jakość pozostawia wiele do życzenia. Zdjęcia te same jak na stronie internetowej, piksele i kiepski design straszą z każdej strony. Profesjonalizm grafika poraża.

W tym miejscu pozwolę sobie na małą dygresję. Ciężko znaleźć jakieś ładne meble. Obejrzałam kilkadziesiąt stron producentów mebli i osób/firm sprzedających używane antyczne meble. Antyki, mimo iż urokliwe, są często przeładowane zdobieniami, z kolei meble nowoczesne są zbyt geometryczne, mówiąc bez ogródek: to zwykłe klocki. Chyba każdy producent mebli ma klocki w swojej ofercie. Klocki mają to do siebie, że są, no, klockowate, bez polotu, bez uroku, po prostu są. Co kto lubi zresztą.

A meble, swoją drogą, kupiłam. Znaczy się: zamówiłam. Ale u innego producenta. I będą przed Gwiazdką!

Podobno.

„Szybciej, ty leniwa małpo ty…”

Dzisiejszy post dedykuję mojej ulubionej świeżo upieczonej mamie, która ostatnio zdecydowanie cierpi na nadmiar wolnego czasu 😀 Buźka!

Z kolei ja mam oczopląs, bo najpierw obejrzałam kilkaset lamp stojących (których w ofercie jest i tak zdecydowanie mniej niż lamp wiszących), a następnie podobnie imponującą ilość mebli do salonu.

Jak niektórzy wiedzą, w części salonu nie ma oświetlenia. Tzn. kable idą sobie gdzieś pod karton-gipsem, ale podczas remontu nie zerwaliśmy go, w tej części zaplanowałam lampy stojące. Wtedy nie zdawałam sobie sprawy, że kupno lamp stojących nie jest wcale takie proste. Dlaczego, spytacie? Ponieważ, jak wspomniałam wyżej, lamp podłogowych nie ma wcale aż tak dużo, w sensownej cenie, oczywiście. Są, owszem, piękne lampy, których cena przekracza 2000 zł, tych jednak nie brałam pod uwagę. Kolejnym filtrem była moja osławiona praktyczność, czyli: Lampa nie tylko ma tworzyć nastrój, ale dawać jak najwięcej światła. Po zastosowaniu tego filtru odpadła kolejna część lamp.

W międzyczasie wysyłałam moje propozycje lamp zarówno MDP, jak i koleżankom, które nie omieszkały ich skomentować, i tak pojawiły się „poskramiacze lwów”, „statywy i lampy z sali operacyjnej”, „lampy z pokoi przesłuchań”, „oko Saurona”, „suszarki do włosów”, „papierowe śmietniki na papiery”, „świetna micha na przekąski” czy „ornamenty zajeb*** na hodowlę pająków”. Kochane dziewczyny, wiedziałam, że mogę na nie liczyć.

Na mojej cudnej muszelce również nie pozostawiły suchej nitki. Bo było tak: Znalazłam bardzo ciekawą designerską (i niedrogą!) lampę stojącą, na metalowych nogach, z kloszem w kształcie dużego białego kwiatu. „Primrose ballet” – brzmi uroczo i taka właśnie jest. Niezbyt praktyczna, fakt, w tej misie-muszli z czasem zbierałyby się tylko kłęby kurzu, ale urzekła mnie od pierwszej chwili. Byłby to taki ciekawy, wyróżniający się akcent w salonie, na który wchodzący od razu zwracałby uwagę.

Ostatecznie wybrałam dość klasyczne lampy drewniane z kloszem tekstylnym. I wciąż czekam na dostawę. Lampy zamówiłam jakieś 2 tygodnie temu, na stronie nigdzie nie było oczywiście mowy o tak długim terminie oczekiwania, sprzedawca mailowo zapewniał mnie również, że lampy otrzymam wcześniej. Nic z tego. Podczas imprezy w domu znów musiałam improwizować z małą lampką z gabinetu oraz świeczkami. Lipa.

Nic to, czekam cierpliwie. (Chyba że się zirytuję i jednak zamówię pannę muszelkę 😉 )

A tak w ogóle, w swej przebiegłości tym razem wybrałam opcję płatności przy odbiorze, żeby kurier nie zostawiał przesyłki gdzie-popadnie lub u sąsiadów, którzy może niekoniecznie chcą się bawić w przechowalnię moich zakupionych dóbr.

Na koniec zaś będę wyjątkowo podła: Mam dla Was jeszcze 2 ciekawe newsy, ale… nie napiszę o nich dzisiaj! *podstępny śmiech, kurtyna opada*