Krok po kroku, krok po kroczku

…najpiękniejsze w całym roczku, idą Święta!

A wraz z nimi Wielkie Sprzątanie. Kot na wszelką okoliczność postanowił przespać cały ten rejwach w pudle. Powinnam była się domyślić, gdzie skunks się schował (Przy okazji: Wet znowu spoglądał na mnie z pewną dezaprobatą, że kot w dalszym ciągu nie ma imienia. Próbowałam mu wytłumaczyć, że imię kota jest odzwierciedleniem naszego aktualnego nastroju wobec kocich występków, ale nie spotkałam się ze zrozumieniem. Pan Wet w ogóle był ostatnio jakiś taki nie bardzo kumaty. Wolę Panią Wet, ale ona z kolei za bardzo rozczula się nad biedną kociną, której źli właściciele zabraniają włazić na łóżko.) Przez cały dzień szukałam kota po piętrach, piwnicy, ogrodzie. Nawoływałam, ale stworzenie z racji wieku nieco przygłuchawe jest – lub stosuje taktykę mojej mamy, polegającą na słuchaniu wybiórczym – więc mogłam sobie biegać i krzyczeć do woli. Po pewnym czasie machnęłam ręką, stwierdziłam, że gad musiał wymknąć mi się na dwór, pada co prawda, ale trudno, tyłek mu zmoknie, kiedyś wróci. Wyciągałam akurat pranie z pralki, gdy w pomieszczeniu obok coś zaszurało, zachrobotało i z kartonu na półce powoli, nieśpiesznie wylazł koteł. Karton miał to podwójne zamknięcie, nie wiem, jak gad zamknął za sobą te „klapki” podczas wchodzenia. W kartonie, jakżeby inaczej, niewykorzystane ozdoby świąteczne. Ma padalec szczęście, że wszystko w całości, inaczej deszcz nie deszcz, nie byłoby zmiłuj się. A MDP tak owinęła sobie kocina wokół palca, że mi dziś robił wyrzuty, gdzież to ja kota zapodziałam i na pewno kotu dzieje się właśnie straszna krzywda. Jasne.

W przerwach między poszukiwaniem durnego kota ganiałam z odkurzaczem, ścierką i mopem po piętrze, aż się za mną kurzyło. Klatka schodowa wysprzątana. Pranie zrobione. Ciuszki wyprasowane. Zakupy przedświąteczne zrobione. Na dziś fajrant. Z obolałymi plecami klapnęłam w końcu przed komputerem, by napisać do Was kilka słów, a jutro jeszcze tyle pracy przede mną. Cieszę się, że w piątek uporałam się z segregacją papierzysków wszelakich. Zgroza mnie ogarnęła, jak zobaczyłam te wszystkie walające się radośnie po kątach wyciągi bankowe, umowy o pracę i inne ważne dokumenty. Zgadnijcie, czyje.

Ale! W czwartek pod moją nieobecność przyszły meble. Ładne, choć przyznam, że z ceną firma poszalała. Nie ta jedna zresztą. Łupią ludzi, aż miło.

Komodę już zapełniłam, witryna czeka na przymocowanie do ściany – Jestem jednak przywiązana do mojej porcelany.

Z kolei dziś łapałam – i to dosłownie – kuriera, który przywiózł nam kozę. Koza stoi już w salonie i radośnie meczy 😉

Reklamy

Niepotrzebna mi kawa

Przepraszam moich szanownych czytelników, niezadowolonych z poziomu ostatniego wpisu 😉

Jednakże nie jestem przekonana, czy dzisiejsza notka sprosta Waszym oczekiwaniom. Najchętniej podsumowałabym dzisiejszy dzień jednym słowem. 5 liter, słowo zaczyna się na „k”, kończy na „a” i nie, nie jest to „krowa”.

Zamówiłam byłam meble.

Aha, myślicie pewnie, zaczyna się.

A tak. Meble zamówione, termin realizacji usługi: „15-20 grudnia”. Czekałam cierpliwie, nikt się ze mną wcześniej nie kontaktował, zamierzałam przedzwonić dzisiaj, dowiedzieć się, co i jak. Godzinkę temu zadzwonił przedstawiciel firmy, informując mnie, że meble zostaną dostarczone jutro o godzinie 13:00.

O godzinie 13:00, proszę pana, to ja jestem w pracy.

Zwróciłam mu uwagę na bardzo krótki czas powiadomienia mnie, że z uwagi na aktualną sytuację w pracy nie jestem w stanie zwolnić się wcześniej ani wziąć urlopu tego dnia. Ha, zresztą, co ja sama miałabym zrobić z tymi meblami, przecież nie wniosę ich do domu. Zaproponowałam godziny wieczorne w dniu jutrzejszym, ewentualnie dostawę w piątek lub sobotę, w godzinach dla mnie dowolnych.*

W odpowiedzi pan próbował mnie zaszantażować, że firma ma tylko jeden samochód, więc albo dostawa mebli jutro o 13:00, albo w styczniu. Ooo, nie ze mną te numery, Brunner. Nie chwaląc się, wydarłam mu się do słuchawki i wygarnięcie mu, co sądzę o nim i o takim potraktowaniu mnie, trwało dobre 5 minut. Gość trochę zmiękł pod koniec rozmowy i zaczął dukać coś o przesunięciu terminu na godzinę 18:00, o co go przecież od początku rozmowy prosiłam! Niestety, na chwilę obecną nie wiem, czy dostawa faktycznie nastąpi o tej godzinie, gdyż nie usłyszałam żadnego potwierdzenia.

Postraszyłam firmę dalszymi krokami prawnymi z mojej strony, w przypadku nie wywiązania się z zawartej umowy, co później dodatkowo podsumowałam w e-mailu, powołując się na przeprowadzoną rozmowę telefoniczną. Trzeba zbierać dowody przed ewentualnym dalszym postępowaniem…

Odnośnie ostatniego: Punkt 5 warunków umowy określa wysokość odsetek za każdy dzień zwłoki w wykonaniu mebli.

***

* Pomijam już zupełnie kwestię formalności dotyczących zorganizowania gotówki w tak krótkim czasie, szacher-macher między kontami, ustawione limity dziennych wypłat itd. itd. Takie tam drobiazgi.