Spoza gór i strumyków wyszła banda paralityków

Nadszedł poniedziałkowy wieczór, i po popołudniu spędzonym na przyjemnym treningu mogę obwieścić, iż nareszcie mogę normalnie chodzić, zamiast poruszać się chodem kaczki i krzywić z powodu potwornego bólu szyi.

Taka mnie przed chwilą naszła myśl (Maluteńką dygresję zrobię, taką tyci-tyci. Uczę się od Chodzącej Dygresji 😉 a co), że ostatnimi czasy po weekendzie przychodzę do pracy, aby, uwaga, odpocząć. Przychodzę, przybywam, doczłapuję, dowlekam się rozpaczliwie, doczołguję prawie.

Tydzień temu Mentor wyciągnął nas na narty. Do tego sportu podchodzę z pewną rezerwą, ponieważ narty (=totalny brak kontroli, przynajmniej w moim wykonaniu) + ubity śnieg, czasem z lodem (=szybki zjazd, niekoniecznie „according to plan”) + góra (zawsze przerażająco wysoka, nawet jeśli jest to ośla łączka) + mój wzrost, wiek i ogromna wyobraźnia (przede wszystkim to ostatnie) stwarzają mieszankę równie radosną, co… radosną, ale dla otoczenia. Było… interesująco. W czwartek byłam w stanie już normalnie chodzić, siadać i wstawać. Tak, tak, zakwasy, od początku grudnia nie byłam na siłowni/basenie, no i mam efekty. Aktualnie przekonuję siebie, że bardzo chcę powtórzyć to doświadczenie (yhy).

Sielanka trwała całe 2 dni. W sobotę biegałam po domu z metrem, mierząc ścianę pod haki, wysprzątałam na błysk górne piętro i nadzorowałam prace w pozostałych częściach domu. Pogoda w ciągu dnia rzeczywiście dopisała i MDP razem z WT przebudowali komin na dachu. Wieczorem niestety znów spadło „białe ciulstwo”, śnieg z deszczem jak na złość przylazł złośliwie akurat wieczorem po skończonych pracach zewnętrznych, by w niedzielę rano ustąpić miejsca pochmurnemu niebu, bez jakichkolwiek opadów.

Po szaleństwach na dachu WT poszerzył otwór w kominie pod rurę od pieca, zdjął część paneli, a w tym czasie MDP wykuł otwór rewizyjny w piwnicy. Kręciłam się akurat po salonie, gdy moją uwagę przykuł odnawiany stoliczek, który, na moje oko, nabrał jakiegoś dziwnego, łososiowego koloru. Czyżby wosk źle chwycił? Co jest? Przejechałam delikatnie po blacie opuszkami palców. O żesz… Blat stolika, lampę podłogową, stoły, krzesła, ba, nawet odległą komodę pokryła warstewka ceglanego pyłu. Damn. I tak w rezultacie całe niedzielne poranko-południe spędziliśmy na szorowaniu parteru i piwnicy. Co za nieprzyzwoita złośliwość w przyrodzie.

Jakby tego było mało, kafelki, które kupiłam w markecie, okazały się mieć, minimalnie, ale jednak, nierówny rozmiar. WT poczarował i wszystko wygląda ładnie, równiutko. Mnie natomiast udało się dobrać pod kolor paneli zarówno kafelki, jak i listwę, co było niemałym wyczynem, jeśli zapomniało się zabrać do sklepu kawałka panela jako próbki. Starość nie radość, pamięć już nie ta sama.

Z pomocą damie w potrzebie przyszedł niespodziewanie pan konsultant, który rozwalił opakowanie interesującego mnie odcienia paneli, wręczył jeden i poprosił o zwrócenie po przymiarkach 🙂

Przy okazji stwierdzę rzecz oczywistą, i zapiszę ją tu nawet dla potomności, bo może następnym razem zapamiętam w końcu: Na zakupy w markecie budowlanym należy ubierać obuwie na płaskim obcasie. Zawsze. I niech nie zwiedzie nikogo nawet 5-centymetrowe maleństwo. Pokonywanie truchtem kilometrowych obszarów raz w tę, raz w tamtą stronę, a potem nazad i jeszcze raz, i tak od nowa, gdy zapomni się jakiegoś drobiazgu, szuka siebie nawzajem albo po raz piąty przemierza alejki z kafelkami, próbując dobrać właściwy odcień i typ, uczy, że próżność należy chwilowo schować głęboko do kieszeni.

Przejdźmy od słów do czynów. Chciałem powiedzieć kilka słów.

Planowanie WT jakoś nie do końca wychodzi, mam wrażenie.

Po zakupie kozy wyszło jakoś tak w rozmowie, że przed próbami podłączenia wypadałoby sprawdzić, czy przewód kominowy w ogóle nadaje się do podłączenia piecyka, czy nie trzeba go przebudować, w którym miejscu należy zrobić otwór rewizyjny, a także – czy komin sięga do piwnicy czy może jednak parteru (specyfika domu po jego przebudowie przez poprzednich właścicieli).

Zadzwoniłam do kominiarza i już na drugi dzień zjawiło się u nas dwóch sympatycznych panów, pobiegali po dachu (na szczęście pogoda, jak na styczeń, jest wręcz niewyobrażalnie i nierzeczywiście cudowna), po domu, posprawdzali wszystko, udzielili mnóstwa wskazówek, wydali pozytywną opinię i poszli.

Razem z kominiarzami pojawił się u nas w domu WT i wspomniał, że w sobotę będziemy działać. Rzuciłam się na niego niczym harpia, z dziką radością, że w końcu coś rusza dalej do przodu.

Bo przyznam, że powoli nadzieję tracić zaczynałam (Ostatnio szanse na pomoc ze strony  WT były znikome – siła wyższa).

Pojechaliśmy więc rodzinnie do marketu budowlanego, zakupiliśmy różne takie, m.in. kafelki pod piec, trochę haków, by w końcu powiesić kilka obrazów, i będziem jutro szaleć.

Gdy w Nowy Rok skwar i upał, baran wilka będzie chrupał

Witajcie w nowym roku 🙂

Po ostatnim poście odezwało się kilka oburzonych głosów, jak to mogłam postawić kozę w salonie.

Moi drodzy. Koza bywa zarówno zwierzęciem, jak i małym, wolnostojącym kominkiem. Pelikany Wy moje.

Anyway, ani z kozą, ani z witryną nic nie ruszyło się do przodu, jako że w pewnych kwestiach jestem uzależniona od czasu WT. Coś za coś.

Za to mogę uroczyście oświadczyć, iż MDP, po kilku(nastu) narzekaniach na moje pomysły odnowienia komód, których odnawiać specjalnie nie było trzeba, na wybór zbyt ciemnych odcieni i kiepskich lakierów, na pomysł zastąpienia drewnianych gałek ozdobno-porcelanowymi, w końcu (czytaj: po pół roku) sapiąc pod nosem pomógł mi z renowacją tychże mebelków. Komoda z sekretarzykiem w kolorze ciemnobrązowym, z biało-niebieskimi gałkami, ozdobiła naszą sypialnię, natomiast druga, jasnobrązowa, z biało-złotymi gałkami, powędrowała po pokoju gościnnego nr 2.

MDP pomógł mi także z oszlifowaniem przedwojennego stoliczka zakupionego na giełdzie staroci. Potraktowałam mebelek moim ukochanym woskiem, teraz odczekam trochę, a następnie ładnie go wypoleruję. Stoliczek był dość zniszczony, miał piękny mahoniowy kolor. Przez chwilę kłuły mnie wyrzuty sumienia ze względu na zmianę koloru mebla, ale cóż, mahoń pasowałby w naszym domu jak pięść do oka – tudzież nosa (Swoją drogą, fascynujące porównania, jeśli się nad tym głębiej zastanowić).

Ze stolika w mojej małej kuchni ostatecznie zrezygnowałam, stawiając na więcej przestrzeni do przechowywania.

I tak sobie teraz rozmyślam… Za ten cały wkład MDP w renowację mebli, chyba koło nosa przejdzie mi kolacja w wypaśnej restauracji (vide nasz zakład sprzed kilku miesięcy) 😉