Let it snow, let it snow… tfu! Co ja śpiewam!

Odkopaliśmy się po ostatnich śnieżycach. Sąsiedzi budują już coś na kształt wieżyczek strażniczych przed bramami posesji, względnie kopców kreta, jak kto woli. Nasz śnieg zalega w ogrodzie, po którym i tak na razie nie spacerujemy, a także na mikro-chodniku, nie dość, że wąskim, to jeszcze kończącym się w połowie naszego ogrodzenia, z którego to chodnika nie widziałam, aby ktokolwiek kiedykolwiek korzystał. Teoretycznie powinniśmy go odśnieżyć i posypać, bo jeszcze znowu gotów odwiedzić nas dzielnicowy.

Swoją drogą, sympatyczny gość. Razem z kolegą bujają się po dzielnicy z nadświetlną prędkością szpanerską bryką w postaci seicento. Jaka dzielnica, taki radiowóz. Za dużo się u nas nie dzieje, pomijając zlikwidowany już nielegalny burdel na końcu ulicy i squattersów w opuszczonym domu naprzeciwko – A właśnie. Czy przypadkiem nie zapomniałam wspomnieć o tym na blogu? Chyba muszę nadrobić zaległości. Przyznam, że gubię się już w tym, co i komu opowiadam, a o czym piszę tu. Starość nie radość.

Anyway, tym razem przed furtką stał nie policjant, lecz sąsiad. Podobno zgubiłam tablice rejestracyjne, był u nas dzielnicowy, nie zastał nas, tu oto jest jego numer komórki (!), prosił o kontakt. Wzięłam karteczkę i zaczęłam intensywnie myśleć. Z pracy wróciłam do domu samochodem, ale ani na parkingu, ani przed domem nie zauważyłam, żeby mi czegoś brakowało. Dzielnicowy miał pojawić się u nas w przeciągu godziny, więc szybko wysłałam MDP do garażu, bo tak jakoś głupio byłoby mi w obecności policjanta stwierdzić brak tablic, gdy chwilę wcześniej przez telefon zapewniałam go, że są w miejscu, w którym być powinny. Nic nie brakowało. Gdy dzielnicowy wyjął z torby pismo kolegów z powiatu X, miasta Y, chóralnie zajęczeliśmy z MDP: „Nie… Znowu oni…”

Oni, czyli poprzedni właściciele domu. Cudowne osoby, które od prawie roku nie potrafią zaktualizować swojego adresu zameldowania / zamieszkania. Do których poczta jeszcze czasem przychodzi, mimo mojego upartego odsyłania do nadawcy każdego otrzymanego listu. Znaczy się, odsyłanie skończyło się jakiś miesiąc temu, wraz z podłączeniem kozy. Koperty stanowią bowiem fantastyczną rozpałkę.

Przy okazji dzielnicowy pouczył nas o konieczności posiadania w widocznym i oświetlonym miejscu numeru domu, na co ja zareagowałam zdziwieniem, przekonana, że przecież numer domu wisi. Nie wisi. Wiosną trzeba się będzie tym zająć.

Tak w ogóle to znalazłam szkic posta, którego zaczęłam pisać dwa tygodnie temu, podczas podobnej śnieżycy:

„Przeglądam właśnie przepisy kulinarne i z niejakim smutkiem stwierdzam brak robota kuchennego tudzież maszynki do mielenia w mojej kuchni. Kuleczki drobiowe z parmezanem brzmią całkiem sympatycznie i smakowicie. Trzeba będzie pomyśleć o sprzęcie. Albo pójść do sklepu i poprosić o zmielenie mięska przy zakupie.

Na razie półleżę sobie przed laptopem, patrząc, jak od kilku godzin pięknie, równomiernie sypie śnieg. Jednocześnie łudzę się, że uda mi się wyjechać z garażu bez konieczności odśnieżenia podjazdu. Bezczelnie zostawię dziś tę czynność MDP 🙂

Nawiasem mówiąc, wraz z nadejściem zimy uświadomiłam sobie – ”

Coś tam niewątpliwie sobie uświadomiłam, ale jako że nie mogę sobie przypomnieć, co, nie było to jednak specjalnie ważne.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s