Ślimaki na speedzie

Wstałam dziś później niż zazwyczaj, ponieważ wczoraj (dziś?) wróciliśmy od znajomych. Nawiasem mówiąc, bardzo lubię spotkania z nimi, ponieważ w przeciwieństwie do większości Polaków, z tą parą można bez obaw wymieniać poglądy, nie zgadzać się i dyskutować przez kilka godzin na jeden temat, by w końcu rozstać się z poczuciem mile spędzonego wieczoru.

Niewiele znam osób, z którymi spokojnie i bez obaw mogę się nie zgadzać. W rozmowie z którymi mogę zaprezentować moje odmienne zdanie i wymieniać argumenty. Polacy są fascynującym narodem ludzi rozmawiających na tematy drażliwe, a jednocześnie unikających polemiki. Nie ufają ludziom o odmiennych poglądach, gdyż to jakieś dziwne stwory są. O wiele lepiej, pewniej, bezpieczniej jest w trakcie rozmowy uprzejmie potakiwać. Tylko że taka rozmowa do niczego nie prowadzi i nic nowego nie wnosi. Nuda ten konformizm.

(na stronie) Kocie, mamunia pisze posta, nie przeszkadzaj.

Dziś sobota, ten dzień nie należy do ulubionych dni kota. W soboty co prawda mamunia i tatunio śpią dłużej, nie zrywają się jak dzicy o jakiejś pogańskiej porze, nie wyganiają koteła do piwnicy, ale za to w soboty po domu grasuje dzika, nieposkromiona bestia. Straszliwe monstrum, pomykające chyżo, tocząc się od jednego pokoju do drugiego i wydając z siebie przerażające odgłosy. W takich chwilach koteł, zauważywszy nadciągającą grozę, żwawo ewakuuje się na inne piętro.

Z upiornym odkurzaczem szalał dziś MDP, w ruch poszła również ścierka do kurzu i wszelkie akcesoria do mycia łazienek. Ja tymczasem dostałam nadzwyczajnego kopa adrenaliny. ponieważ zrobiłam pranie, obiad, wyszorowałam kuchnię, przeleciałam z mopem po wszystkich panelach i schodach, a do tego umyłam, momencik, niech policzę, 6 okien na parterze i 4 okna w piwnicy, darując sobie okno w zagraconym składziku (7 okien na piętrze umyłam wcześniej jednym rzutem we wtorek po pracy). Teraz zeszło ze mnie powietrze, klapnęłam w końcu na moim (Kocie, właśnie, MOIM) miejscu przed komputerem i palcem nie zamierzam już dziś kiwnąć.

Zabrawszy się rano do mycia pierwszego okna biegałam pomiędzy nim a kuchnią, doglądając pyrkającego leniwie rosołu, gdy naraz stanęłam, przyglądając się oknu w kuchni. Jakie to okno szare od brudu, pomyślałam, zakurzone straszliwie, zaraz trzeba będzie wskoczyć na blat kuchenny i modlić się w duchu, by aplikacja AccuWeather była tym razem bardziej accu i nie spadł żaden deszcz. Wróciwszy spokojnym krokiem do salonu zatrzymałam się. Ki diabeł, przecież przed chwilą umyłam połówkę okna!

To nie brud. Ulicą pełzł sobie leniwie wąż białego, gęstego dymu. Szybko wypatrzyłam jego stwórcę. Najwidoczniej sąsiad nieopodal przyłożył się gorliwie do porządków przedświątecznych, a ich efekt płonął właśnie w piecu, generując dym najpierw o mlecznej, później żółtej, a następnie czarnej barwie.

Klnąc pod nosem poleciałam zamknąć okna w domu.

To już drugi sąsiad, który regularnie pali w piecu teściową. Zastanawiam się, jak i gdzie można skutecznie zgłosić jego poczynania czy to raczej walka z wiatrakami?

Reklamy

Zasada numer pierwsza: „Nie będziesz pouczał króla swego”.

Pewna bezczelna osóbka wysłała do mnie ostatnio taką oto wiadomość, aż pozwolę sobie zacytować:

„Dlaczego nam łamiesz serce i nic nowego nie ma na blogu, czuje że moje życie zrobiło się szare i pustawe bez lektury na poziomie jakim są twoje wpisy”

Ojejku jejku. Gdybym częściej słyszała takie piękne komplementy pod moim adresem, stąpałabym dumnym krokiem z nosem zadartym ku górze i wielce ważną miną. Lizus wstrętny myślał, że pochlebstwami zmiękczy moje serce i przyśpieszy update bloga.

Gdy to nie poskutkowało, usłyszałam, żem leniwa! Ja! Cóż to za bezczelność, pytam się, stosować techniki przymusu bezpośredniego. W dodatku nic sobie nie robi z mojego świętego oburzenia, ba, śmieje się w twarz, niecnota jedna.

A swoją drogą, napisać cosik miałam, nie przeczę, ino nie wyszło.

A było to tak:

Przyszła zima. Po zamontowaniu kozy w salonie odkryliśmy, jak wspaniała to rzecz owa koza, jak przyjemne daje ciepełko i jak cudownie jest wygrzewać się przed piecem na rozłożonych na podłodze kocach. Z kotełem mruczącym głośno obok. Z książką. Z kubkiem herbaty.

MDP tak bardzo zachwycił się ową kozą w salonie, że tylko drewna dokładał i dokładał, tak że z gorąca nie szło już wytrzymać, a goście w trakcie wizyty stawali się coraz bardziej tym gorącem zmęczeni i szybko do domu uciekali, żartując, że MDP w ten sposób na alkoholu oszczędza i dłużej gościć ich nie chce.

Nie na tym koniec. Pewnej pięknej słonecznej niedzieli naszym oczom ukazała się straszna prawda: Ściana za kozą popękała w kilku miejscach. Po konsultacji telefonicznej WT zarządził, że musi to sprawdzić. Nauczona poprzednim doświadczeniem, że mężczyznom się takich rzeczy absolutnie nie powierza, wyniosłam do innego pokoju część sprzętów, a pozostałe kazałam przykryć folią malarską, coby nie musieć później wszystkiego myć w pocie czoła. Jak ostatnio. Natomiast po oddelegowaniu zadań… nawiałam na weekend do moich rodziców, hłehłe.

Spryciula, powiecie. Poniekąd – Gdyby nie drobny fakt, że u rodziców dom sam się nie posprząta, a ogród na wiosnę nie ogarnie.

Po powrocie do mojego domku zastałam komin zabezpieczony; Schnie sobie spokojnie w oczekiwaniu na malowanie.

Wniosek: Brzydoki w postaci poprzednich właścicieli zrobili bubel, a nie remont. Na stary gruby tynk położyli nową gładź, które pod wpływem gorąca popękały.

Jeszcze pewnie odkryjemy niejedną taką niespodziankę, tfu tfu.