Another sunny day

Spora dawka stresu i uciążliwe chorowanie znacząco przytłumiły moje poczucie humoru. Zamiast przed komputerem, wygrzewałam się z kotełem na huśtawce w ogrodzie i pochłaniałam książki wypożyczone z biblioteki. Teraz jak zwykle z lekkim obłędem w oczach nadrabiam zaległości, rozpaczliwie próbując przypomnieć sobie, o czym to ja Wam miałam tym razem opowiedzieć.

Ostatnio zostałam fanką hipsterskich herbatek ziołowych. Przez przypadek. Gdy wcześniej zachorował MDP, kupiłam jedną i tak się zaczęło. W tym samym sklepie nabyłam również bio-bezglutenowe-niskokaloryczne-paleo-bez laktozy lody truskawkowe na patyku, które pochłonęłam w szybkim tempie w drodze na parking, a także… uwaga… tofurnik. Nie przyznawszy się MDP i WT, co to, zaserwowałam im wynalazek i poczekałam na reakcję. Zjedli. Ze smakiem, choć nieco podejrzliwie. Tofurnik dobra rzecz. Muszę kiedyś sama zrobić. Jest to jedna z tych słodkości, które, na szczęście, słodkie nie są. Gdybym miała zamienić się w panią Halinkę, nie żądałabym czekoladowych pianek, o nie. Masło orzechowe (ale to prawdziwne, hamerykańskie, nie tutejsze europejskie podróbki), francuski słony karmel, japońskie słodycze z zieloną herbatą, dango z pastą z czarnego sezamu, arabskie ciasteczka figowe, ciasto marchewkowe… O, to są prawdziwe pyszności.

Tymczasem króluje dieta bogatoresztkowa, ponieważ musiałam zrobić porządki w spiżarni i przygotować zamrażarkę na nadchodzący sezon. W piwnicy wszędzie walają się słoiki, podczas gdy ściany i półki w spiżarni schną po malowaniu. Ciężko trochę wietrzyć pomieszczenie – Przez niezabezpieczone małe okienko do domu wkradają się nam małe paskudy, najprawdopodobniej podstępne łasice, które zostawiają ślady stópek na pomalowanych ścianach. Przynajmniej oszczędziły moje auto, sąsiad nie miał tego szczęścia. Walka z partyzantką w toku.