Człowiekowi zawsze poprawia się samopoczucie, kiedy widzi, że jest skuteczny i operatywny

Ostatnio łapię się na tym, że powinnam założyć kolejnego bloga, by zacząć opisywać moje przygody na nieco innej życiowej ścieżce. Może nawet poświęcę temu tematowi nieco czasu, gdy złapię w końcu oddech w tym szaleńczym biegu.

Czyli, jak szacuję, w okolicach jesieni.

Na razie próbuję opanować szaleńczy śmiech, wynikający z coraz to nowych, pojawiających się na naszej drodze niespodzianek. Nie zawsze pozytywnych.

Tymczasem w domku pojawiły się śliczne biurka sosnowe, zrobione na zamówienie u naszego pana stolarza. Regulowane nogi zakupione w IKEI, ale blat został wykonany na zamówienie; Jakościowo jest zdecydowanie solidniejszy niż blaty oferowane w sieciówkach i, o dziwo, tańszy.

Chucham teraz i dmucham na moje nabytki, ponieważ znając MDP, z lubością rozłożyłby się na nowym biurku ze swoimi farbkami, klejami i jedzeniem. Ja jednak niczym cerber stoję na straży, pilnując porządku w gospodarstwie.

Przy okazji dostarczenia biurek ucięliśmy sobie z panem stolarzem pogawędkę na tematy związane z jego zawodem. Po usłyszeniu relacji o perypetiach z klientami, byłam przerażona i rozbawiona jednocześnie, dowiedziawszy się, jakie ludzie mają kuriozalne pomysły na urządzenie swojego domu. Nasunęła mi się jedna konkluzja: Wszystko musi być w drewnie, bo to modne i ekskluzywne, nieważne, czy będzie to praktyczne i sensowne w danym rozwiązaniu.

MDP i WT wymienili również daszek nad drzwiami do ogrodu, ponieważ poprzedni był za mały i skonstruowany tak, że podczas ulewnych deszczów woda spływała po elewacji i ociepleniu. Jak skonstatowaliśmy z sąsiadami, obecny daszek przypomina zadaszenie trzymane nad głową księdza podczas procesji na Boże Ciało. Ogródek mamy niczego sobie, więc procesje i pielgrzymki organizować możemy. Najbliższa już w sierpniu. Wino mszalne czeka w piwnicy.

Another sunny day

Spora dawka stresu i uciążliwe chorowanie znacząco przytłumiły moje poczucie humoru. Zamiast przed komputerem, wygrzewałam się z kotełem na huśtawce w ogrodzie i pochłaniałam książki wypożyczone z biblioteki. Teraz jak zwykle z lekkim obłędem w oczach nadrabiam zaległości, rozpaczliwie próbując przypomnieć sobie, o czym to ja Wam miałam tym razem opowiedzieć.

Ostatnio zostałam fanką hipsterskich herbatek ziołowych. Przez przypadek. Gdy wcześniej zachorował MDP, kupiłam jedną i tak się zaczęło. W tym samym sklepie nabyłam również bio-bezglutenowe-niskokaloryczne-paleo-bez laktozy lody truskawkowe na patyku, które pochłonęłam w szybkim tempie w drodze na parking, a także… uwaga… tofurnik. Nie przyznawszy się MDP i WT, co to, zaserwowałam im wynalazek i poczekałam na reakcję. Zjedli. Ze smakiem, choć nieco podejrzliwie. Tofurnik dobra rzecz. Muszę kiedyś sama zrobić. Jest to jedna z tych słodkości, które, na szczęście, słodkie nie są. Gdybym miała zamienić się w panią Halinkę, nie żądałabym czekoladowych pianek, o nie. Masło orzechowe (ale to prawdziwne, hamerykańskie, nie tutejsze europejskie podróbki), francuski słony karmel, japońskie słodycze z zieloną herbatą, dango z pastą z czarnego sezamu, arabskie ciasteczka figowe, ciasto marchewkowe… O, to są prawdziwe pyszności.

Tymczasem króluje dieta bogatoresztkowa, ponieważ musiałam zrobić porządki w spiżarni i przygotować zamrażarkę na nadchodzący sezon. W piwnicy wszędzie walają się słoiki, podczas gdy ściany i półki w spiżarni schną po malowaniu. Ciężko trochę wietrzyć pomieszczenie – Przez niezabezpieczone małe okienko do domu wkradają się nam małe paskudy, najprawdopodobniej podstępne łasice, które zostawiają ślady stópek na pomalowanych ścianach. Przynajmniej oszczędziły moje auto, sąsiad nie miał tego szczęścia. Walka z partyzantką w toku.

Lost watch

Moi drodzy Czytelnicy,

Ani się obejrzałam, gdy rok minął jak z bicza strzelił. 28.04.2014 świętowaliśmy zakup nowego domu. Dziś otworzę wino i pokontempluję sobie te wszystkie zmiany, które zaszły w naszym życiu w ciągu minionego roku.

A wszystko jeszcze przed nami.

Kosztowna ma prawo być biżuteria, odzież, kaprysy, ale, na litość boską, przecież nie chłop! (Ani tym bardziej to)

Nasłała ją na mnie moja J.

Jestem jednak zdecydowanie zbyt grzeczna (Ba, ostatnio K. powiedziała mi wprost, że czas popracować nad asertywnością), żeby kogoś spławić tak od razu. Dodatkowo zadziałał sprawdzony mechanizm, czytaj: wiedziona pewną dozą ciekawości, ustaliłam termin spotkania.

Umówionego dnia wieczorem zadzwonił dzwonek. Przed furtką stała sympatycznie wyglądająca kobieta taszcząca pod pachami wielkie pudła. Zasiedliśmy w salono-jadalni gawędząc sobie przy herbacie i kolacji. W pewnym momencie pani X sięgnęła po jedno z pudeł i z miną chytrego kota położyła je na stole. Zawierało ono kilkanaście ściereczek o różnej fakturze i kolorach. Ściereczki jak ściereczki, pomyślałam. Czym mogłyby mnie zaskoczyć?

Pani X rozłożyła je niczym wachlarz na stole, by po standardowym przedstawieniu firmy i przełomowej, nowatorskiej technologii, zacząć tłumaczyć, do czego służą poszczególne produkty.

Zdezorientowała mnie ilość ściereczek. Zapewne po kilkukrotnym stosowaniu wprawna pani domu biegle opanuje, której ściereczki należy używać w jakiej sytuacji, jednak przy tak dużym natłoku informacji moje uczucia oscylowały pomiędzy lekką paniką, zamętem i próbą ogarnięcia tego wszystkiego. Odetchnęłam z ulgą, dostrzegłszy małą książeczkę z instrukcją obsługi i kolorowymi zdjęciami każdego produktu.

Po chwili do kolekcji dołączyły mopy. A właściwie jeden, z kilkoma nakładkami w zależności od rodzaju podłogi i celu, do którego chcemy użyć mopa.

Po teorii przyszedł czas na praktykę. Pani X kazała zaprowadzić się do kuchni, gdzie owymi ściereczkami, bez zastosowania detergentów, tylko przy użyciu wody i cytryny, wyczyściła mi: płytę grzewczą, zlewozmywak z kranem, straszliwie zatłuszczoną przez poprzednich właścicieli szybę piekarnika oraz patelnię po smażeniu. Z kolei w łazience zniknęło trochę kamienia z kabiny prysznicowej i rączki natryskowej, których to nacieków nie mogłam się pozbyć, odkąd zakupiłam dom. Jak już wielokrotnie sarkałam w tym temacie, podejrzewam, że do kwestii czystości w domu wcześniej podchodzono tu wyjątkowo liberalnie.

MDP zainteresowały przede wszystkim szczegóły dotyczące zastosowanej w produkcji technologii, do tego stopnia, że zasypał prezenterkę podchwytliwymi pytaniami, a następnie przytachał swój lekko zardzewiały sprzęt i podetknął pani X do wyczyszczenia. Cwaniak.

Przyznam, że byłam niezwykle zaskoczona skutecznością radzenia sobie z tak różnorakim brudem przez niepozornie wyglądające ściereczki. Inną kwestią jest, czy rzeczywiście są odpowiednie na przykład do mycia naczyń czy szorowania ubikacji. Po reklamach w TV (której nie mam, ale w gościach nadrabiam zaległości) przed oczami mam straszne dzikie hordy zielonych bakterii o wykrzywionych złośliwością gębach, które podstępnie czyhają na moją osobę. Kawałek szmatki i woda nie wydaje mi się być godnym przeciwnikiem takiego wroga.

Ale, napomnicie, do konkretów przejdźże, miast rozwodzić się nad tematami pobocznymi. Cenę owej przyjemności znać chcemy.

Cena, tak. Zgodnie z otrzymaną instrukcją pt. „Jak uprzedzić znajomych o pokazie czyścików” informuję, że „ceny są różne”. I oficjalnie oświadczam, że niniejszym mianuję to zdanie największym niedopowiedzeniem roku.

(- jakkolwiek źle nie brzmi „understatement of the year” przetłumaczone na j. polski)

Dawniej było gorzej. Dzieci znajdowano w kapuście

Wreszcie zawitała do nas wiosna. Wczoraj wróciliśmy stosunkowo wcześnie do domu, tzn. świeciło słońce i było jeszcze ciepło, postanowiliśmy więc spontanicznie zajrzeć do naszego ogrodu.

Po otwarciu drzwi zewnętrznych przywitał mnie dziki ryk zza płotu: Dziecię sąsiadów właśnie wydzierało sobie z piersi płuca w poczuciu jakiejś straszliwej krzywdy. Dziecina jest chłopczykiem w wieku lat, bo ja wiem, czterech, pięciu może, o niezwykłej sile płuc: Darł chałapkę z dobrą godzinę, podziwiam jego wytrzymałość i konsekwencję w zachowaniu. Jednak w porównaniu z niewiele starszą, a znacznie bardziej poukładaną siostrą prawdziwa z niego drama queen.

Mężczyźni, zapowiadam Wam, degenerujecie jako gatunek.

Lecz cóż, wrzaski zza płotu są niechybną oznaką, że sąsiedzi przetrwali zimę, wiosna w pełni i czas zabrać się za prace ogrodowe. Zaopatrzona w rękawiczki, wiaderko i różne drobne utensylia ogrodowe wyruszyłam ogarnąć pozimowy chaos. I w tym momencie pojawił się pewien szkopuł: Z moją nikłą wiedzą ogrodniczą, jak odróżnić miłą dla oka lub smaczną dla podniebienia roślinkę od zwykłego chwastu, hm?

Ślimaki na speedzie

Wstałam dziś później niż zazwyczaj, ponieważ wczoraj (dziś?) wróciliśmy od znajomych. Nawiasem mówiąc, bardzo lubię spotkania z nimi, ponieważ w przeciwieństwie do większości Polaków, z tą parą można bez obaw wymieniać poglądy, nie zgadzać się i dyskutować przez kilka godzin na jeden temat, by w końcu rozstać się z poczuciem mile spędzonego wieczoru.

Niewiele znam osób, z którymi spokojnie i bez obaw mogę się nie zgadzać. W rozmowie z którymi mogę zaprezentować moje odmienne zdanie i wymieniać argumenty. Polacy są fascynującym narodem ludzi rozmawiających na tematy drażliwe, a jednocześnie unikających polemiki. Nie ufają ludziom o odmiennych poglądach, gdyż to jakieś dziwne stwory są. O wiele lepiej, pewniej, bezpieczniej jest w trakcie rozmowy uprzejmie potakiwać. Tylko że taka rozmowa do niczego nie prowadzi i nic nowego nie wnosi. Nuda ten konformizm.

(na stronie) Kocie, mamunia pisze posta, nie przeszkadzaj.

Dziś sobota, ten dzień nie należy do ulubionych dni kota. W soboty co prawda mamunia i tatunio śpią dłużej, nie zrywają się jak dzicy o jakiejś pogańskiej porze, nie wyganiają koteła do piwnicy, ale za to w soboty po domu grasuje dzika, nieposkromiona bestia. Straszliwe monstrum, pomykające chyżo, tocząc się od jednego pokoju do drugiego i wydając z siebie przerażające odgłosy. W takich chwilach koteł, zauważywszy nadciągającą grozę, żwawo ewakuuje się na inne piętro.

Z upiornym odkurzaczem szalał dziś MDP, w ruch poszła również ścierka do kurzu i wszelkie akcesoria do mycia łazienek. Ja tymczasem dostałam nadzwyczajnego kopa adrenaliny. ponieważ zrobiłam pranie, obiad, wyszorowałam kuchnię, przeleciałam z mopem po wszystkich panelach i schodach, a do tego umyłam, momencik, niech policzę, 6 okien na parterze i 4 okna w piwnicy, darując sobie okno w zagraconym składziku (7 okien na piętrze umyłam wcześniej jednym rzutem we wtorek po pracy). Teraz zeszło ze mnie powietrze, klapnęłam w końcu na moim (Kocie, właśnie, MOIM) miejscu przed komputerem i palcem nie zamierzam już dziś kiwnąć.

Zabrawszy się rano do mycia pierwszego okna biegałam pomiędzy nim a kuchnią, doglądając pyrkającego leniwie rosołu, gdy naraz stanęłam, przyglądając się oknu w kuchni. Jakie to okno szare od brudu, pomyślałam, zakurzone straszliwie, zaraz trzeba będzie wskoczyć na blat kuchenny i modlić się w duchu, by aplikacja AccuWeather była tym razem bardziej accu i nie spadł żaden deszcz. Wróciwszy spokojnym krokiem do salonu zatrzymałam się. Ki diabeł, przecież przed chwilą umyłam połówkę okna!

To nie brud. Ulicą pełzł sobie leniwie wąż białego, gęstego dymu. Szybko wypatrzyłam jego stwórcę. Najwidoczniej sąsiad nieopodal przyłożył się gorliwie do porządków przedświątecznych, a ich efekt płonął właśnie w piecu, generując dym najpierw o mlecznej, później żółtej, a następnie czarnej barwie.

Klnąc pod nosem poleciałam zamknąć okna w domu.

To już drugi sąsiad, który regularnie pali w piecu teściową. Zastanawiam się, jak i gdzie można skutecznie zgłosić jego poczynania czy to raczej walka z wiatrakami?

Zasada numer pierwsza: „Nie będziesz pouczał króla swego”.

Pewna bezczelna osóbka wysłała do mnie ostatnio taką oto wiadomość, aż pozwolę sobie zacytować:

„Dlaczego nam łamiesz serce i nic nowego nie ma na blogu, czuje że moje życie zrobiło się szare i pustawe bez lektury na poziomie jakim są twoje wpisy”

Ojejku jejku. Gdybym częściej słyszała takie piękne komplementy pod moim adresem, stąpałabym dumnym krokiem z nosem zadartym ku górze i wielce ważną miną. Lizus wstrętny myślał, że pochlebstwami zmiękczy moje serce i przyśpieszy update bloga.

Gdy to nie poskutkowało, usłyszałam, żem leniwa! Ja! Cóż to za bezczelność, pytam się, stosować techniki przymusu bezpośredniego. W dodatku nic sobie nie robi z mojego świętego oburzenia, ba, śmieje się w twarz, niecnota jedna.

A swoją drogą, napisać cosik miałam, nie przeczę, ino nie wyszło.

A było to tak:

Przyszła zima. Po zamontowaniu kozy w salonie odkryliśmy, jak wspaniała to rzecz owa koza, jak przyjemne daje ciepełko i jak cudownie jest wygrzewać się przed piecem na rozłożonych na podłodze kocach. Z kotełem mruczącym głośno obok. Z książką. Z kubkiem herbaty.

MDP tak bardzo zachwycił się ową kozą w salonie, że tylko drewna dokładał i dokładał, tak że z gorąca nie szło już wytrzymać, a goście w trakcie wizyty stawali się coraz bardziej tym gorącem zmęczeni i szybko do domu uciekali, żartując, że MDP w ten sposób na alkoholu oszczędza i dłużej gościć ich nie chce.

Nie na tym koniec. Pewnej pięknej słonecznej niedzieli naszym oczom ukazała się straszna prawda: Ściana za kozą popękała w kilku miejscach. Po konsultacji telefonicznej WT zarządził, że musi to sprawdzić. Nauczona poprzednim doświadczeniem, że mężczyznom się takich rzeczy absolutnie nie powierza, wyniosłam do innego pokoju część sprzętów, a pozostałe kazałam przykryć folią malarską, coby nie musieć później wszystkiego myć w pocie czoła. Jak ostatnio. Natomiast po oddelegowaniu zadań… nawiałam na weekend do moich rodziców, hłehłe.

Spryciula, powiecie. Poniekąd – Gdyby nie drobny fakt, że u rodziców dom sam się nie posprząta, a ogród na wiosnę nie ogarnie.

Po powrocie do mojego domku zastałam komin zabezpieczony; Schnie sobie spokojnie w oczekiwaniu na malowanie.

Wniosek: Brzydoki w postaci poprzednich właścicieli zrobili bubel, a nie remont. Na stary gruby tynk położyli nową gładź, które pod wpływem gorąca popękały.

Jeszcze pewnie odkryjemy niejedną taką niespodziankę, tfu tfu.

I’m a cuckoo

Mieliśmy jechać do IKEI po biurka i krzesło do gabinetu, niestety nie uniknęliśmy epidemii grypska. Choróbsko dopadło nas nagle a podstępnie.

Koleżanka z poprzedniej pracy zwykła była mawiać, że katar leczony trwa 7 dni, a nieleczony tydzień; Mimo to udałam się do lekarza, zaopatrzyłam w siatkę leków, ugotowałam rosołek i przytuliłam kota, coby gadzina choróbsko szybko ze mnie wyciągnęła.

Zaczynam wierzyć, że koty leczą choroby. Ostatnio nasz wiekowy kot kładzie się na po-urazowym mostku MDP. Chociaż u mnie układa się na głowie – nie wiem, co o tym myśleć. Czasem również na nogach. Widocznie kocina poddaje się i stwierdza, że głowę leczyć już za późno.

A skoro o rosołkach mowa: Cieszę się, żem dziecię z wioski. Wychowana na swojskim mięsku i jajkach od szczęśliwych kur z wolnego wybiegu, narzekam czasem na to, że dziś indyk; Wybrzydzam, że zjadłabym coś innego.

Tymczasem niektóre znajome z miasta, zafascynowane bio-żywnością, biegają po eko-bazarkach i kupują kurczaki po 73 zł za sztukę. ha.

Let it snow, let it snow… tfu! Co ja śpiewam!

Odkopaliśmy się po ostatnich śnieżycach. Sąsiedzi budują już coś na kształt wieżyczek strażniczych przed bramami posesji, względnie kopców kreta, jak kto woli. Nasz śnieg zalega w ogrodzie, po którym i tak na razie nie spacerujemy, a także na mikro-chodniku, nie dość, że wąskim, to jeszcze kończącym się w połowie naszego ogrodzenia, z którego to chodnika nie widziałam, aby ktokolwiek kiedykolwiek korzystał. Teoretycznie powinniśmy go odśnieżyć i posypać, bo jeszcze znowu gotów odwiedzić nas dzielnicowy.

Swoją drogą, sympatyczny gość. Razem z kolegą bujają się po dzielnicy z nadświetlną prędkością szpanerską bryką w postaci seicento. Jaka dzielnica, taki radiowóz. Za dużo się u nas nie dzieje, pomijając zlikwidowany już nielegalny burdel na końcu ulicy i squattersów w opuszczonym domu naprzeciwko – A właśnie. Czy przypadkiem nie zapomniałam wspomnieć o tym na blogu? Chyba muszę nadrobić zaległości. Przyznam, że gubię się już w tym, co i komu opowiadam, a o czym piszę tu. Starość nie radość.

Anyway, tym razem przed furtką stał nie policjant, lecz sąsiad. Podobno zgubiłam tablice rejestracyjne, był u nas dzielnicowy, nie zastał nas, tu oto jest jego numer komórki (!), prosił o kontakt. Wzięłam karteczkę i zaczęłam intensywnie myśleć. Z pracy wróciłam do domu samochodem, ale ani na parkingu, ani przed domem nie zauważyłam, żeby mi czegoś brakowało. Dzielnicowy miał pojawić się u nas w przeciągu godziny, więc szybko wysłałam MDP do garażu, bo tak jakoś głupio byłoby mi w obecności policjanta stwierdzić brak tablic, gdy chwilę wcześniej przez telefon zapewniałam go, że są w miejscu, w którym być powinny. Nic nie brakowało. Gdy dzielnicowy wyjął z torby pismo kolegów z powiatu X, miasta Y, chóralnie zajęczeliśmy z MDP: „Nie… Znowu oni…”

Oni, czyli poprzedni właściciele domu. Cudowne osoby, które od prawie roku nie potrafią zaktualizować swojego adresu zameldowania / zamieszkania. Do których poczta jeszcze czasem przychodzi, mimo mojego upartego odsyłania do nadawcy każdego otrzymanego listu. Znaczy się, odsyłanie skończyło się jakiś miesiąc temu, wraz z podłączeniem kozy. Koperty stanowią bowiem fantastyczną rozpałkę.

Przy okazji dzielnicowy pouczył nas o konieczności posiadania w widocznym i oświetlonym miejscu numeru domu, na co ja zareagowałam zdziwieniem, przekonana, że przecież numer domu wisi. Nie wisi. Wiosną trzeba się będzie tym zająć.

Tak w ogóle to znalazłam szkic posta, którego zaczęłam pisać dwa tygodnie temu, podczas podobnej śnieżycy:

„Przeglądam właśnie przepisy kulinarne i z niejakim smutkiem stwierdzam brak robota kuchennego tudzież maszynki do mielenia w mojej kuchni. Kuleczki drobiowe z parmezanem brzmią całkiem sympatycznie i smakowicie. Trzeba będzie pomyśleć o sprzęcie. Albo pójść do sklepu i poprosić o zmielenie mięska przy zakupie.

Na razie półleżę sobie przed laptopem, patrząc, jak od kilku godzin pięknie, równomiernie sypie śnieg. Jednocześnie łudzę się, że uda mi się wyjechać z garażu bez konieczności odśnieżenia podjazdu. Bezczelnie zostawię dziś tę czynność MDP 🙂

Nawiasem mówiąc, wraz z nadejściem zimy uświadomiłam sobie – ”

Coś tam niewątpliwie sobie uświadomiłam, ale jako że nie mogę sobie przypomnieć, co, nie było to jednak specjalnie ważne.

Spoza gór i strumyków wyszła banda paralityków

Nadszedł poniedziałkowy wieczór, i po popołudniu spędzonym na przyjemnym treningu mogę obwieścić, iż nareszcie mogę normalnie chodzić, zamiast poruszać się chodem kaczki i krzywić z powodu potwornego bólu szyi.

Taka mnie przed chwilą naszła myśl (Maluteńką dygresję zrobię, taką tyci-tyci. Uczę się od Chodzącej Dygresji 😉 a co), że ostatnimi czasy po weekendzie przychodzę do pracy, aby, uwaga, odpocząć. Przychodzę, przybywam, doczłapuję, dowlekam się rozpaczliwie, doczołguję prawie.

Tydzień temu Mentor wyciągnął nas na narty. Do tego sportu podchodzę z pewną rezerwą, ponieważ narty (=totalny brak kontroli, przynajmniej w moim wykonaniu) + ubity śnieg, czasem z lodem (=szybki zjazd, niekoniecznie „according to plan”) + góra (zawsze przerażająco wysoka, nawet jeśli jest to ośla łączka) + mój wzrost, wiek i ogromna wyobraźnia (przede wszystkim to ostatnie) stwarzają mieszankę równie radosną, co… radosną, ale dla otoczenia. Było… interesująco. W czwartek byłam w stanie już normalnie chodzić, siadać i wstawać. Tak, tak, zakwasy, od początku grudnia nie byłam na siłowni/basenie, no i mam efekty. Aktualnie przekonuję siebie, że bardzo chcę powtórzyć to doświadczenie (yhy).

Sielanka trwała całe 2 dni. W sobotę biegałam po domu z metrem, mierząc ścianę pod haki, wysprzątałam na błysk górne piętro i nadzorowałam prace w pozostałych częściach domu. Pogoda w ciągu dnia rzeczywiście dopisała i MDP razem z WT przebudowali komin na dachu. Wieczorem niestety znów spadło „białe ciulstwo”, śnieg z deszczem jak na złość przylazł złośliwie akurat wieczorem po skończonych pracach zewnętrznych, by w niedzielę rano ustąpić miejsca pochmurnemu niebu, bez jakichkolwiek opadów.

Po szaleństwach na dachu WT poszerzył otwór w kominie pod rurę od pieca, zdjął część paneli, a w tym czasie MDP wykuł otwór rewizyjny w piwnicy. Kręciłam się akurat po salonie, gdy moją uwagę przykuł odnawiany stoliczek, który, na moje oko, nabrał jakiegoś dziwnego, łososiowego koloru. Czyżby wosk źle chwycił? Co jest? Przejechałam delikatnie po blacie opuszkami palców. O żesz… Blat stolika, lampę podłogową, stoły, krzesła, ba, nawet odległą komodę pokryła warstewka ceglanego pyłu. Damn. I tak w rezultacie całe niedzielne poranko-południe spędziliśmy na szorowaniu parteru i piwnicy. Co za nieprzyzwoita złośliwość w przyrodzie.

Jakby tego było mało, kafelki, które kupiłam w markecie, okazały się mieć, minimalnie, ale jednak, nierówny rozmiar. WT poczarował i wszystko wygląda ładnie, równiutko. Mnie natomiast udało się dobrać pod kolor paneli zarówno kafelki, jak i listwę, co było niemałym wyczynem, jeśli zapomniało się zabrać do sklepu kawałka panela jako próbki. Starość nie radość, pamięć już nie ta sama.

Z pomocą damie w potrzebie przyszedł niespodziewanie pan konsultant, który rozwalił opakowanie interesującego mnie odcienia paneli, wręczył jeden i poprosił o zwrócenie po przymiarkach 🙂

Przy okazji stwierdzę rzecz oczywistą, i zapiszę ją tu nawet dla potomności, bo może następnym razem zapamiętam w końcu: Na zakupy w markecie budowlanym należy ubierać obuwie na płaskim obcasie. Zawsze. I niech nie zwiedzie nikogo nawet 5-centymetrowe maleństwo. Pokonywanie truchtem kilometrowych obszarów raz w tę, raz w tamtą stronę, a potem nazad i jeszcze raz, i tak od nowa, gdy zapomni się jakiegoś drobiazgu, szuka siebie nawzajem albo po raz piąty przemierza alejki z kafelkami, próbując dobrać właściwy odcień i typ, uczy, że próżność należy chwilowo schować głęboko do kieszeni.