Lost watch

Moi drodzy Czytelnicy,

Ani się obejrzałam, gdy rok minął jak z bicza strzelił. 28.04.2014 świętowaliśmy zakup nowego domu. Dziś otworzę wino i pokontempluję sobie te wszystkie zmiany, które zaszły w naszym życiu w ciągu minionego roku.

A wszystko jeszcze przed nami.

Reklamy

Kosztowna ma prawo być biżuteria, odzież, kaprysy, ale, na litość boską, przecież nie chłop! (Ani tym bardziej to)

Nasłała ją na mnie moja J.

Jestem jednak zdecydowanie zbyt grzeczna (Ba, ostatnio K. powiedziała mi wprost, że czas popracować nad asertywnością), żeby kogoś spławić tak od razu. Dodatkowo zadziałał sprawdzony mechanizm, czytaj: wiedziona pewną dozą ciekawości, ustaliłam termin spotkania.

Umówionego dnia wieczorem zadzwonił dzwonek. Przed furtką stała sympatycznie wyglądająca kobieta taszcząca pod pachami wielkie pudła. Zasiedliśmy w salono-jadalni gawędząc sobie przy herbacie i kolacji. W pewnym momencie pani X sięgnęła po jedno z pudeł i z miną chytrego kota położyła je na stole. Zawierało ono kilkanaście ściereczek o różnej fakturze i kolorach. Ściereczki jak ściereczki, pomyślałam. Czym mogłyby mnie zaskoczyć?

Pani X rozłożyła je niczym wachlarz na stole, by po standardowym przedstawieniu firmy i przełomowej, nowatorskiej technologii, zacząć tłumaczyć, do czego służą poszczególne produkty.

Zdezorientowała mnie ilość ściereczek. Zapewne po kilkukrotnym stosowaniu wprawna pani domu biegle opanuje, której ściereczki należy używać w jakiej sytuacji, jednak przy tak dużym natłoku informacji moje uczucia oscylowały pomiędzy lekką paniką, zamętem i próbą ogarnięcia tego wszystkiego. Odetchnęłam z ulgą, dostrzegłszy małą książeczkę z instrukcją obsługi i kolorowymi zdjęciami każdego produktu.

Po chwili do kolekcji dołączyły mopy. A właściwie jeden, z kilkoma nakładkami w zależności od rodzaju podłogi i celu, do którego chcemy użyć mopa.

Po teorii przyszedł czas na praktykę. Pani X kazała zaprowadzić się do kuchni, gdzie owymi ściereczkami, bez zastosowania detergentów, tylko przy użyciu wody i cytryny, wyczyściła mi: płytę grzewczą, zlewozmywak z kranem, straszliwie zatłuszczoną przez poprzednich właścicieli szybę piekarnika oraz patelnię po smażeniu. Z kolei w łazience zniknęło trochę kamienia z kabiny prysznicowej i rączki natryskowej, których to nacieków nie mogłam się pozbyć, odkąd zakupiłam dom. Jak już wielokrotnie sarkałam w tym temacie, podejrzewam, że do kwestii czystości w domu wcześniej podchodzono tu wyjątkowo liberalnie.

MDP zainteresowały przede wszystkim szczegóły dotyczące zastosowanej w produkcji technologii, do tego stopnia, że zasypał prezenterkę podchwytliwymi pytaniami, a następnie przytachał swój lekko zardzewiały sprzęt i podetknął pani X do wyczyszczenia. Cwaniak.

Przyznam, że byłam niezwykle zaskoczona skutecznością radzenia sobie z tak różnorakim brudem przez niepozornie wyglądające ściereczki. Inną kwestią jest, czy rzeczywiście są odpowiednie na przykład do mycia naczyń czy szorowania ubikacji. Po reklamach w TV (której nie mam, ale w gościach nadrabiam zaległości) przed oczami mam straszne dzikie hordy zielonych bakterii o wykrzywionych złośliwością gębach, które podstępnie czyhają na moją osobę. Kawałek szmatki i woda nie wydaje mi się być godnym przeciwnikiem takiego wroga.

Ale, napomnicie, do konkretów przejdźże, miast rozwodzić się nad tematami pobocznymi. Cenę owej przyjemności znać chcemy.

Cena, tak. Zgodnie z otrzymaną instrukcją pt. „Jak uprzedzić znajomych o pokazie czyścików” informuję, że „ceny są różne”. I oficjalnie oświadczam, że niniejszym mianuję to zdanie największym niedopowiedzeniem roku.

(- jakkolwiek źle nie brzmi „understatement of the year” przetłumaczone na j. polski)

Dawniej było gorzej. Dzieci znajdowano w kapuście

Wreszcie zawitała do nas wiosna. Wczoraj wróciliśmy stosunkowo wcześnie do domu, tzn. świeciło słońce i było jeszcze ciepło, postanowiliśmy więc spontanicznie zajrzeć do naszego ogrodu.

Po otwarciu drzwi zewnętrznych przywitał mnie dziki ryk zza płotu: Dziecię sąsiadów właśnie wydzierało sobie z piersi płuca w poczuciu jakiejś straszliwej krzywdy. Dziecina jest chłopczykiem w wieku lat, bo ja wiem, czterech, pięciu może, o niezwykłej sile płuc: Darł chałapkę z dobrą godzinę, podziwiam jego wytrzymałość i konsekwencję w zachowaniu. Jednak w porównaniu z niewiele starszą, a znacznie bardziej poukładaną siostrą prawdziwa z niego drama queen.

Mężczyźni, zapowiadam Wam, degenerujecie jako gatunek.

Lecz cóż, wrzaski zza płotu są niechybną oznaką, że sąsiedzi przetrwali zimę, wiosna w pełni i czas zabrać się za prace ogrodowe. Zaopatrzona w rękawiczki, wiaderko i różne drobne utensylia ogrodowe wyruszyłam ogarnąć pozimowy chaos. I w tym momencie pojawił się pewien szkopuł: Z moją nikłą wiedzą ogrodniczą, jak odróżnić miłą dla oka lub smaczną dla podniebienia roślinkę od zwykłego chwastu, hm?

Ślimaki na speedzie

Wstałam dziś później niż zazwyczaj, ponieważ wczoraj (dziś?) wróciliśmy od znajomych. Nawiasem mówiąc, bardzo lubię spotkania z nimi, ponieważ w przeciwieństwie do większości Polaków, z tą parą można bez obaw wymieniać poglądy, nie zgadzać się i dyskutować przez kilka godzin na jeden temat, by w końcu rozstać się z poczuciem mile spędzonego wieczoru.

Niewiele znam osób, z którymi spokojnie i bez obaw mogę się nie zgadzać. W rozmowie z którymi mogę zaprezentować moje odmienne zdanie i wymieniać argumenty. Polacy są fascynującym narodem ludzi rozmawiających na tematy drażliwe, a jednocześnie unikających polemiki. Nie ufają ludziom o odmiennych poglądach, gdyż to jakieś dziwne stwory są. O wiele lepiej, pewniej, bezpieczniej jest w trakcie rozmowy uprzejmie potakiwać. Tylko że taka rozmowa do niczego nie prowadzi i nic nowego nie wnosi. Nuda ten konformizm.

(na stronie) Kocie, mamunia pisze posta, nie przeszkadzaj.

Dziś sobota, ten dzień nie należy do ulubionych dni kota. W soboty co prawda mamunia i tatunio śpią dłużej, nie zrywają się jak dzicy o jakiejś pogańskiej porze, nie wyganiają koteła do piwnicy, ale za to w soboty po domu grasuje dzika, nieposkromiona bestia. Straszliwe monstrum, pomykające chyżo, tocząc się od jednego pokoju do drugiego i wydając z siebie przerażające odgłosy. W takich chwilach koteł, zauważywszy nadciągającą grozę, żwawo ewakuuje się na inne piętro.

Z upiornym odkurzaczem szalał dziś MDP, w ruch poszła również ścierka do kurzu i wszelkie akcesoria do mycia łazienek. Ja tymczasem dostałam nadzwyczajnego kopa adrenaliny. ponieważ zrobiłam pranie, obiad, wyszorowałam kuchnię, przeleciałam z mopem po wszystkich panelach i schodach, a do tego umyłam, momencik, niech policzę, 6 okien na parterze i 4 okna w piwnicy, darując sobie okno w zagraconym składziku (7 okien na piętrze umyłam wcześniej jednym rzutem we wtorek po pracy). Teraz zeszło ze mnie powietrze, klapnęłam w końcu na moim (Kocie, właśnie, MOIM) miejscu przed komputerem i palcem nie zamierzam już dziś kiwnąć.

Zabrawszy się rano do mycia pierwszego okna biegałam pomiędzy nim a kuchnią, doglądając pyrkającego leniwie rosołu, gdy naraz stanęłam, przyglądając się oknu w kuchni. Jakie to okno szare od brudu, pomyślałam, zakurzone straszliwie, zaraz trzeba będzie wskoczyć na blat kuchenny i modlić się w duchu, by aplikacja AccuWeather była tym razem bardziej accu i nie spadł żaden deszcz. Wróciwszy spokojnym krokiem do salonu zatrzymałam się. Ki diabeł, przecież przed chwilą umyłam połówkę okna!

To nie brud. Ulicą pełzł sobie leniwie wąż białego, gęstego dymu. Szybko wypatrzyłam jego stwórcę. Najwidoczniej sąsiad nieopodal przyłożył się gorliwie do porządków przedświątecznych, a ich efekt płonął właśnie w piecu, generując dym najpierw o mlecznej, później żółtej, a następnie czarnej barwie.

Klnąc pod nosem poleciałam zamknąć okna w domu.

To już drugi sąsiad, który regularnie pali w piecu teściową. Zastanawiam się, jak i gdzie można skutecznie zgłosić jego poczynania czy to raczej walka z wiatrakami?

Niepotrzebna mi kawa

Przepraszam moich szanownych czytelników, niezadowolonych z poziomu ostatniego wpisu 😉

Jednakże nie jestem przekonana, czy dzisiejsza notka sprosta Waszym oczekiwaniom. Najchętniej podsumowałabym dzisiejszy dzień jednym słowem. 5 liter, słowo zaczyna się na „k”, kończy na „a” i nie, nie jest to „krowa”.

Zamówiłam byłam meble.

Aha, myślicie pewnie, zaczyna się.

A tak. Meble zamówione, termin realizacji usługi: „15-20 grudnia”. Czekałam cierpliwie, nikt się ze mną wcześniej nie kontaktował, zamierzałam przedzwonić dzisiaj, dowiedzieć się, co i jak. Godzinkę temu zadzwonił przedstawiciel firmy, informując mnie, że meble zostaną dostarczone jutro o godzinie 13:00.

O godzinie 13:00, proszę pana, to ja jestem w pracy.

Zwróciłam mu uwagę na bardzo krótki czas powiadomienia mnie, że z uwagi na aktualną sytuację w pracy nie jestem w stanie zwolnić się wcześniej ani wziąć urlopu tego dnia. Ha, zresztą, co ja sama miałabym zrobić z tymi meblami, przecież nie wniosę ich do domu. Zaproponowałam godziny wieczorne w dniu jutrzejszym, ewentualnie dostawę w piątek lub sobotę, w godzinach dla mnie dowolnych.*

W odpowiedzi pan próbował mnie zaszantażować, że firma ma tylko jeden samochód, więc albo dostawa mebli jutro o 13:00, albo w styczniu. Ooo, nie ze mną te numery, Brunner. Nie chwaląc się, wydarłam mu się do słuchawki i wygarnięcie mu, co sądzę o nim i o takim potraktowaniu mnie, trwało dobre 5 minut. Gość trochę zmiękł pod koniec rozmowy i zaczął dukać coś o przesunięciu terminu na godzinę 18:00, o co go przecież od początku rozmowy prosiłam! Niestety, na chwilę obecną nie wiem, czy dostawa faktycznie nastąpi o tej godzinie, gdyż nie usłyszałam żadnego potwierdzenia.

Postraszyłam firmę dalszymi krokami prawnymi z mojej strony, w przypadku nie wywiązania się z zawartej umowy, co później dodatkowo podsumowałam w e-mailu, powołując się na przeprowadzoną rozmowę telefoniczną. Trzeba zbierać dowody przed ewentualnym dalszym postępowaniem…

Odnośnie ostatniego: Punkt 5 warunków umowy określa wysokość odsetek za każdy dzień zwłoki w wykonaniu mebli.

***

* Pomijam już zupełnie kwestię formalności dotyczących zorganizowania gotówki w tak krótkim czasie, szacher-macher między kontami, ustawione limity dziennych wypłat itd. itd. Takie tam drobiazgi.

Mówią, że niepełna wiedza jest rzeczą niebezpieczną, ale jednak nie tak złą, jak całkowita ignorancja.

Kompilując informacje przekazane mi przez Miejskiego Rzecznika Praw Konsumenta oraz Stowarzyszenie Konsumentów Polskich przy UOKiK, w odpowiedzi na moje wątpliwości, czy firma może zwlekać z dostarczeniem mi podpisanej kopii umowy, stwierdzam, że – otóż może. To znaczy mówiąc precyzyjniej: Taka praktyka nie jest nielegalna. If you know what I mean.

Po pierwsze, w Prawie telekomunikacyjnym nie ma szczegółowych przepisów dotyczących zawierania umów w lokalu przedsiębiorstwa,  przepisy (art. 56 ust. 6) tyczą się głównie zawierania umowy na odległość, np. przez telefon, co w moim przypadku nie miało miejsca.

Po drugie, zgodnie z treścią art. 384 kodeksu cywilnego ustalony przez jedną ze stron wzorzec umowy, w szczególności ogólne warunki umów, wzór umowy, regulamin, wiąże drugą stronę, jeżeli został jej doręczony przed zawarciem umowy (Nie został, ale zapoznałam się z treścią umowy na miejscu).

Wniosek: Jeśli jako konsument wyraziłam zgodę na taką formę (a nie wyraziłam sprzeciwu), to, cóż, zrobiłam to na własne ryzyko, gdyż jest to ryzykowne dla mnie jako dla strony, która ma otrzymać egzemplarz umowy z opóźnieniem. Trzymając kciuki, że w formie niezmienionej. Tak sobie myślę, że w tej sytuacji mogłam poprosić o skserowanie umowy, by następnie porównać kserokopię z oryginałem.

Alternatywnie mogłam zażądać przygotowania podpisanej przez uprawnioną osobę umowy i dopiero po zapoznaniu się z nią podpisać umowę. Ta opcja wydaje mi się jednak wyjątkowo mało realistyczna w naszej rzeczywistości…

A mając na uwadze, że ignorantia iuris nocet, uczę siebie i przy okazji Was, ha.

Żyję w kraju, w którym wszyscy chcą mnie zrobić w ch**

Przyznam, że całkiem już zgłupiałam. Od kilku dni myślę intensywnie, czemu wszystkie urzędowo-konsumenckie przygody przytrafiają się właśnie mi, czy może żyję w kraju absurdu i pań Halinek, i powinnam pokornie pokłonić głowę, zamiast burzyć się wobec rozmaitych bezsensów i prób zrobienia mnie w jajo.

Sprawa tyczy się internetów. Niekończąca się historia.

Opowieść mą zacznę tym razem od środka, a gdybyście chcieli poznać jej początek, polecam zapoznanie się z postem „Nerwostrada” i „Powrót internetów”, w takiej właśnie kolejności.

Najpierw jednak dokończę historię z firmą Orange, z którą rozstałam się nie bez emocji. Odstąpienie od zawartej przez telefon umowy nastąpiło dość szybko i bezboleśnie, w salonie nie przyjęto jednak nabytego wraz z umową routera, każąc mi czekać na kontakt ze strony Infolinii. Zniecierpliwiona zadzwoniłam tam sama (koszty, koszty!), by dowiedzieć się, że odstąpienie od umowy złożyłam w salonie partnerskim Orange, który nie ma możliwości przyjęcia routera i dokonania zwrotu pieniędzy. Wskazano mi kilka adresów salonów Orange, m.in. salon w pewnym centrum handlowym, do którego niezwłocznie się udaliśmy.

Centra handlowe o tej porze roku pokonują mnie wysokimi temperaturami w pomieszczeniach. Dodając do tego kolejki w punktach obsługi klienta i brak dystrybutorów z wodą uzyskuje się mieszankę wybuchową. A już prawdziwy dynamit, gdy po ponad pół godziny czekania w kolejce okazuje się, że robiący wrażenie salon jest kolejnym salonem partnerskim, podczas gdy salon właściwy to mała klitka, mieszcząca się dokładnie po drugiej stronie centrum handlowego. W którym, nawiasem mówiąc, również odstałam swoje, by odejść z kwitkiem, ponieważ… MDP zapomniał zapakować do pudełka mikrofiltra. Który oczywiście mogę zakupić na miejscu, ale nie pojedynczo, lecz w pakiecie z innym urządzeniem, za jedyne 39 zł. Doliczając do tego koszty paliwa, koszty połączeń telefonicznych z Infolinią vs. koszt zakupionego routera w wysokości 49 zł – wychodzi na to, żem jeleń.

Cóż zrobić, wina nasza, wróciliśmy do domu. Natomiast router oddaliśmy przy następnej okazji, podczas zakupów w innym centrum handlowym.

W międzyczasie lokalny provider podłączył nam internety. Kilka dni przed zawarciem umowy zwróciłam się do niego z zapytaniem, czy jest możliwość zmiany warunków podłączenia sieci kablowej, tj. zmiany prędkości 20/4 Mbit/s na bardziej nas satysfakcjonującą 16/8 Mbit/s. W związku z brakiem odpowiedzi ponowiłam zapytanie dokładnie 2 tygodnie później, a następnie po raz trzeci, równiutko miesiąc od podpisania umowy w siedzibie firmy, dodając jeszcze prośbę o przekazanie mi kopii umowy oraz… poinformowanie o wysokości miesięcznych płatności oraz sposobie rozliczenia z firmą. Wydawało mi się dość dziwnym, że korzystamy z dobrodziejstw internetów, podczas gdy firma o nas kompletnie zapomniała.

Po kilku dniach odebrałam telefon – Dzwoniła konsultantka tejże firmy, z wyjaśnieniem, że to, że musiałam czekać ponad 3 tygodnie na umowę oznacza, że umowa musiała zostać podpisana przez szefową, ale jest już do odbioru w siedzibie firmy. Okej…

Dodatkowo kobitka błysnęła intelektem, i tak najpierw wyparła się, że żadne zapytanie z mojej strony do nich nie wpłynęło. Po moim uprzejmym przypomnieniu, że dzwoniąc do mnie powołała się przecież na konkretnego e-maila, w którym jest cała historia korespondencji, obruszyła się, że w zapytaniu nie wyraziłam się jasno, i że ona kompletnie nie ma pojęcia, jaki chcemy mieć upload, a jaki download. Rozbawiła mnie tym stwierdzeniem totalnie, więc odparłam, że przecież poprosiłam o 16/8 Mbit/s i ten zapis rozumie każdy informatyk. Komentarza niestety nie było.

Cały czas zastanawiałam się jednak, czy zachowanie firmy, polegające na przetrzymaniu podpisanej przez klienta kopii umowy, jest zgodne z prawem, dlatego też wystąpiłam z prośbą o poradę do UOKiK oraz Miejskiego Rzecznika Praw Konsumenta. Ten drugi oddzwonił do mnie, mówiąc, że zasięgnął informacji na temat procedury praktykowanej w firmie, polegającej na podpisywaniu umów przez właściciela raz na 3 tygodnie. Podobno zgodnie z prawem telekomunikacyjnym takie postępowanie jest legalne. Niestety rozmówca nie wskazał mi żadnego konkretnego artykułu ww. przepisów prawa i do chwili obecnej nie udzielił odpowiedzi drogą elektroniczną, o co poprosiłam po rozmowie telefonicznej.

Coraz mniej z tego wszystkiego rozumiem.

Może zamiast ciągle walczyć z systemem powinnam, jak większość Polaków, machnąć ręką i liczyć na to, że nic złego się nie wydarzy. A nawet jeśli nagle miałoby – zrobić wtedy zdziwioną minę, popłakać przed kamerą TVN tudzież w innych mediach, robiąc z siebie ofiarę bezdusznej biurokracji urzędniczej. To też jakiś pomysł.