Kupiliśmy zoo

…a właściwie nabyliśmy najdroższego kota świata wraz z domem. Lokator przyszedł nawet pokazać się rano, oto jestem, żyję, nowi naiwni, z pewnością będą mnie dobrze karmić.

Trzeba zakupić jakąś drabinkę do kociego wyjścia na świat w kotłowni, żeby stwór nie mazał mi ścian łapami. A skoro już przy zakupach jesteśmy…

Wczoraj spędziliśmy razem z WT bite 5 godzin (PIĘĆ GODZIN!) w rozmaitych Praktikerach, Castoramach i innych. Nigdy wcześniej nie spędziłam tyle czasu na zakupach… W kolejnym z rzędu sklepie nie widziałam już różnicy między szkarłatną różą a ognistym flamenco, muśnięciem poranka a naturalnym lnem, dębem husky a dębem skandynawskim czy beżowym klonem. Ach te wszystkie ziarna sezamu, słońca Hellady, lazurowe zatoki, czary Prowansji i grafitowe zmierzchy… Zaniepokoiłam się jedynie, gdy MDP, obojętny wcześniej na moje próbnikowe szaleństwa kolorystyczne, zaczął wyrażać opinię (!) Przecież on nie potrafi określić koloru pistacjowego…

Próbniki kolorów są cudne i podstępne zarazem. Człowiek pieje z zachwytu, by za chwilę zerkać z niedowierzaniem to na ekran monitora PC / laptopa, to na katalog. Podstępność ich polega na tym, że kolor inaczej prezentuje się w katalogu, inaczej w komputerze, a jeszcze inaczej na ścianie. W ogóle to mam nakaz nie oglądania pomalowanych ścian przez pierwszy dzień, zanim wszystko porządnie nie wyschnie, bom podobno narażona wpaść w panikę.

Ogólną koncepcję kolorystyczną już mam. Jutro lub pojutrze ponowna wycieczka do sklepów, tym razem po faktyczny zakup farb i podłóg.

Ale… Co ja tu chrzanię o farbach i kolorach, skoro powinnam napisać dobitnie, wielką literą:

*** KUPILIŚMY DOM! ***

W końcu. Szampana jeszcze nie otworzyliśmy, zjedliśmy jedynie coś na szybko w wietnamskiej knajpie, pędząc od jednego urzędu do drugiego.

Do ostatniej chwili denerwowaliśmy się i martwiliśmy, przekomarzając się, czy córuchna czasem tynków nie zdrapuje albo drzwi nie wyjmuje z zawiasów, bo a nóż-widelec przydać się gdzieś mogą. Nie rozczarowała nas, ale o tym za chwilę.

8:00 rano, otwierają Lidla. W gazetce zapowiedzi jakichś szafek na buty, więc my myk-myk do sklepu i tachamy szafkę do auta – dla domu, którego jeszcze nie kupiliśmy.

8:20 MDP zaczynają pochłaniać, przeżuwać i wypluwać nerwy, które dopadły go w sumie wcześniej w nocy.

9:00 notariusz, podpisanie dokumentów, pożegnanie z ogromną gotówką przeznaczoną na PCC, taksę notarialną i pozostałe opłaty.

10:00 Podjechaliśmy wszyscy do domu celem spisania liczników i zrobienia przelewu za dom. W domu czekała na nas oczywiście córuchna z partnerem (mężem?), która co prawda tynku nie zdrapała ani drzwi nie wymontowała, ale trzymała już w łapce routero-modem z Orange, „żeby podłączyć mamusi”. Mamusi nie bardzo modem się przyda, nam jednak bardzo, szczególnie, że przejmujemy od WN umowę na dostarczanie internetów. Mój tato, obecny na miejscu, pokiwał tylko głową, a MDP skomentował: „Nie ma internetów, nie ma przelewów” 😉 Mamusia z córuchną popatrzyły po sobie, ale właściciel (były już w sumie) nakazał zostawienie modemu na miejscu.

10:30 Spisanie liczników

11:00 Przepisanie umów dotyczących dostarczenia wody i wywozu śmieci

12:00 Przepisanie umowy dotyczącej dostarczenia gazu. Przy okazji wyszło na jaw parę ciekawych rzeczy… WN miał zawartą z dostawcą umowę, która nie była wprowadzona do systemu, więc konsultantka musiała na miejscu uzupełnić zapisy w systemie. Przy okazji znalazła jeszcze jedną nieopłaconą fakturę, na widok której właścicielowi nieco zatrzęsły się ręce i zrobiło się gorąco.

Faktura za niecały (!) miesiąc, na kwotę przeszło 600 zł. Mi też zrobiłoby się gorąco.

A było to tak… Było sobie małżeństwo, które z jakichś przyczyn rozpadło się kilka lat temu. Mieszkali w wygodnym domku, ale po rozwodzie została w nim Ona z synem. Dorosła córuchna wyprowadziła się, On również, ale – i tu trzymajcie się krzeseł – miał pod tym adresem zarejestrowaną działalność gospodarczą, więc opłacał rachunki byłej żonie. A żoneczka cóż, nie bardzo oszczędzała. Częste kąpiele w podwójnej wannie, w ciepłym kwietniu hulające radośnie ogrzewanie przy pootwieranych wszędzie oknach itp. Żyć – nie umierać. W związku z powyższym nie śpieszno jej było do przeprowadzki, szczególnie, gdy wyprowadzić się musiała do mieszkanka i, o mój Boże!, zacząć sama opłacać rachunki.

Snujemy sobie z MDP podejrzenia, że może te wszystkie akcje z wymontowaniem, czego się da, miały zniechęcić nas do kupna domu – Podejrzewam, że inna osoba na naszym miejscu miałaby mniejszą cierpliwość do tych dwóch wariatek. A my, co za niespodzianka, przekornie nie daliśmy się.

14:30 Ostatecznie polegliśmy w POK Tauronu, gdy dowiedzieliśmy się, że czas oczekiwania na obsługę wynosi 1,5-2h…

Ach te człowieki

Święta, święta i po świętach. W tym roku, o dziwo, nie dostałam mnóstwa SMSów w postaci głupiutkich wierszyków o jajeczkach, króliczkach itp., wysłanych do wszystkich osób z czyjejś listy kontaktów w telefonie. W tym roku przedświątecznych życzeń było niewiele, za to wszystkie sensowne i szczere. Podkreśliłam „przedświątecznych”, ponieważ wiadomo, że telefon / e-mail zwykle działa w jedną stronę. Natomiast jako że u mnie z powodu okołoświątecznych zawirowań wywołanych awarią sieci i przerwami w dostawie prądu komórka służyła jako latarka, bateria na laptopie była bardzo oszczędnie wykorzystywana, dlatego dopiero w Lany Poniedziałek usiadłam do komputera, składając życzenia i dziękując za otrzymane. Toteż niespecjalnie zdziwiły mnie otrzymane w odpowiedzi życzenia, naprędce składane przez bliższych i dalszych znajomych.

Ludzie to w ogóle ciekawe człowieki.

Śmiałam się, A., gdy opowiedziałeś mi o Twoich doświadczeniach związanych z kupnem mieszkania. Rozbawili mnie poprzedni jego właściciele, którzy podczas wyprowadzki kompletnie ogołocili mieszkanie, zabierając nawet żarówki. To było dość zabawne do czasu, gdy dziś pojechałam obejrzeć i wymierzyć pomieszczenia w domu. Widok zwisających z sufitu końcówek kabli był dość smętny. Zaskoczyło nas, że właścicielka wraz z wtrącającą się do wszystkiego córuchną zostawiła LEDy. Stawialiśmy, że zabiorą je jako pierwsze. Do poniedziałku jednak jeszcze parę dni, tfu tfu.

Dokonujący razem z nami pomiarów WT nie wytrzymał i głośno skomentował fakt wymontowania zrobionej na wymiar garderoby oraz inne pomysły WN.

Pazerne głupie polactwo.

Po cichutku, pomalutku, na paluszkach

Po cichu, z bijącym mocno sercem skradam się po schodach, ostrożnie stawiając kroki od palców, by stukot obcasów nie rozlegał się echem po klatce schodowej. W ostatniej chwili wyjmuję z kieszeni klucze i zawsze, ale to zawsze przeklinam fakt, iż nie pamiętam, który z nich pasuje do właściwego zamka, na skutek czego proces otwierania drzwi trwa zdecydowanie za długo. Podczas całej tej operacji mój wzrok co chwilę pada na drzwi po lewej stronie, a uszy, niczym kocie, wyczulone na najmniejszy ruch, nasłuchują. Następnie zwinnym ruchem wślizguję się w szparę prowadzącą do błogich czeluści mojego mieszkania, do cichej przystani, i błyskawicznie zamykam za sobą drzwi. Gdy przekręcam mechanizm zamka, nareszcie oddycham z ulgą.

Zaburzenie lękowe spowodowane przez stres o dużej sile, powodujący kryzys psychiczny… bla bla bla… Występuje uporczywe przypominanie sobie lub „odżywanie” stresora w postaci zakłócających „przebłysków”, żywych wspomnień lub powracających snów, albo w postaci gorszego samopoczucia w sytuacji zetknięcia się z okolicznościami przypominającymi stresor lub związanymi z nim… bla bla bla… trudności z zasypianiem i podtrzymaniem snu, drażliwość lub wybuchy gniewu, trudność koncentracji, nadmierna czujność…

Właśnie zdiagnozowałam u siebie Posttraumatic stress disorder 😉

Sąsiadka się od-obraziła. Naturalnie, od-obrażanie zawsze przychodzi pijawkom z łatwością, gdy stwierdzają brak czegoś i odczuwają silną potrzebę uzyskania pomocy, mówiąc prościej, wyssania soków z ofiary.

A było tak: W zeszły poniedziałek nieco zaskoczona otworzyłam sąsiadce drzwi, z pewnym smutkiem odkładając na bok nadpoczęty właśnie kryminał. Zapowiadał się przytulny wieczór z książką i herbatą, w ulubionym fotelu, pod mięciutkim kocykiem, a tu masz babo sąsiadkę. Tym razem nie było internetów. Mąż sąsiadki następnego dnia rano miał wyznaczony egzamin na prawo jazdy, więc internety były niezbędne do nauki. Dzieci, bidulki, jak zwykle, miały tyyyle pracy… i nie mogły przyjechać pomóc rodzicom. Tak więc został zawołany MDP, który zirytowany krążył między pokojami, podczas gdy my siedziałyśmy w salonie, pijąc herbatę i wino, sąsiadka w koszuli nocnej, z nieogolonymi gołymi nogami – Widok, do którego zdążyłam się przyzwyczaić; widok, który, że tak to ujmę, jest „unforgettable”. Biedny Nat King Cole, gdyby wiedział, z czym będzie mi się kojarzyć jego piosenka…

MDP porozczulał się nad założeniem i skonfigurowaniem domowej sieci, ale postanowił nie zagłębiać się w sprawę za bardzo, bo za takie rzeczy płaci się fachowcom, i to nie mało. Po godzinie wymówiłam się koniecznością popracowania z domu („Teraz takie ciężkie czasy…”)  i wróciłam do siebie z nosem długim jak u Pinokia, albowiem sprzedaliśmy pijawce mocno podkoloryzowaną opowieść dotyczącą naszej przeprowadzki, że niby niedługo przenoszą mnie do oddziału w Niemczech, nie jestem w stanie podać namiarów na siebie i absolutnie nie będę za granicą odbierać polskiej komórki, ponieważ za rozmowy przychodzące w roamingu dużo się płaci. Liczę na to, że na górze rozgrzeszą mnie za te kłamstwa.

W Wielki Czwartek wieczorem (!) znowu rozległ się dzwonek do drzwi, ale tym razem stwierdziliśmy z MDP, że limit pomocy pijawce na najbliższy czas został wyczerpany, nie otwieramy, siedzimy cicho i udajemy, że nas nie ma, głusi jesteśmy, dzwonek nie działa, siedzimy w toalecie, cokolwiek.

W Wielki Piątek wypadła moja tura mycia klatki schodowej, więc umyłam ją pośpiesznie i poza tym starałam się nie wyściubiać nosa z domu. Nadeszły święta. Wielkanoc. Wielka Niedziela. Wracająca z kościoła (!!!) sąsiadka natknęła się na schodach na MDP i rzuciła do niego z jakąś prośbą. Ale jaki pech…! MDP zwiał jej tak szybko, że aż się za nim kurzyło.

A mi serce bije mocniej za każdym razem, gdy gmeram kluczem w zamku do drzwi mieszkania.

It’s alive, it’s alive!

…jeśli ktoś zwątpił, to śpieszę uprzedzić, że żyję, mam się całkiem dobrze i nie opuściłam całkowicie mojego bloga. Po spotkaniu u notariusza dużo rozmyślałam. Gdy emocje nieco opadły, stwierdziłam, że nie jestem zadowolona z efektów spotkania. Dlaczego?

1. Naszą pierwszą wspólną koncepcją było podpisanie umowy przedwstępnej u notariusza z końcem marca, a miesiąc później – aktu notarialnego. Jednakże notariusz odradził nam notarialne sporządzenie umowy przedwstępnej z uwagi na dodatkowe koszty, a WN nie chcieli już później sporządzać umowy przedwstępnej, na podstawie wzoru ściągniętego np. z internetu. Rezultat jest taki, że sprawę mamy dogadaną „na gębę”. Mhm. Na gębę to ja mogę się z koleżanką na kawę umówić. Ale nic to, staram się spać spokojnie i nie rozważać (zbyt często) scenariuszy alternatywnych.

2. Notariusz, który ma być teoretycznie osobą bezstronną i zabezpieczyć interesy obu stron, zadziwiając mnie wysunął propozycję szybkiego sporządzenia aktu notarialnego, przekazania przez nas pieniędzy, a nieruchomości nam przez WN – po upływie miesiąca, kiedy to WN wreszcie dokończą przeprowadzkę. Mhm. Po pierwsze, nie zdążymy tak szybko zorganizować pieniędzy; Po drugie, nawet gdyby jakimś cudem się udało, to jak on sobie wyobraża, miałabym wpłacić całą kwotę (WN nie chcieli płatności ratalnych) i modlić się, aby stan nieruchomości był taki, jakim widziałam go ostatnim razem?

3. W trakcie spotkania okazało się, że pani Halinka rzekomo pomyliła się i podała mi wysokość opłaty równą połowie taksy notarialnej za tę czynność. Notariusz oburzył się, gdy skomentowałam, że na mój użytek potwierdziłam wysokość opłat poprzez kalkulatory internetowe, ale ostatecznie łaskawie przystał na uzgodnioną kwotę.

4. Brak sporządzonego protokołu zaczyna kopać nas w tyłek. Po spotkaniu u notariusza poszliśmy na kawę do WN. W pewnym momencie właścicielka uświadomiła mnie, że zamierza wymontować garderobę. Zrobioną, nawiasem mówiąc, na wymiar. Brak mi słów. Życzę jej powodzenia w znalezieniu pomieszczenia, do którego owa garderoba będzie pasować, ja kupię sobie nową. Cała sytuacja o tyle mnie bawi, że to jak wymontować szafę typu komandor, równie bezsensowne. Pazerność ludzka nie ma granic.

5. Za 3 tygodnie planowane podpisanie aktu notarialnego. Trzymajcie kciuki.

6. Przed tym brzemiennym w skutki wydarzeniem muszę umówić się z WN i obejrzeć jeszcze raz wnętrze. Powód poboczny: Wymierzenie pomieszczeń w celu zamówienia paneli i farb – W okolicach majówki chcemy zacząć już szaleć z robotą. Powód główny: Ocena stanu nieruchomości. Przez miesiąc wiele może się podziać, szczególnie w trakcie wyprowadzki.

Tyle odnośnie kwestii formalnych. Cały czas intensywnie myślę nad wystrojem wnętrz, ale po ostatnich rozmowach będę ostrożniejsza, z kim podzielę się moimi pomysłami. Na razie mam bardzo dokładnie przemyślaną koncepcję salonu, odrobinę zmodyfikowaną po rozmowie z B. (Dziękuję za bardzo trafną uwagę!), która to koncepcja została jednak ostatnio wyśmiana przez WT. Przyznam, że zrobiło mi się wtedy bardzo przykro.

(W międzyczasie mi przeszło. Złe emocje, znaczy się. Gdybym chciała przejmować się każdą usłyszaną przykrą rzeczą, byłabym już dawno po drugiej stronie. Co nie zmienia faktu, że komentarz został zapamiętany 😉 )

Na tym jednak moja inwencja twórcza się kończy. Nic kreatywnego nie przychodzi mi do głowy. Tymczasem jutro rozpoczyna się przymusowa tygodniowa przerwa – Jadę służbowo do Berlina, yay! Po powrocie planuję wycieczki po sklepach meblowych itp. Może one przyniosą nowe inspiracje.

Przejaśnia się

W międzyczasie trochę pozmieniały się nam koncepcje. Ale spokojnie, spokojnie, już wyjaśniam.

Stawiliśmy się dziś stadnie u notariusza, którego ojciec, również notariusz (co dziwnym nie jest), zadzwonił do mnie w poniedziałek po przeczytaniu mojej wiadomości. W trakcie rozmowy telefonicznej zaproponował pewne odmienne ustalenia, a dziś jego syn wszystko nam wyjaśnił ze szczegółami, i tak:

WN w międzyczasie zdołali zdobyć jeszcze kilka dokumentów, które nie budzą zastrzeżeń. Posiadają całą dokumentację dotyczącą domu, która zostanie nam przekazana. Brakuje jeszcze tylko zaświadczenia z planu zagospodarowania przestrzennego oraz potwierdzenia o wymeldowaniu. To ostatnie wywołało chwilową dyskusję, ale jest to mój warunek w związku z kupnem nieruchomości. Przed podpisaniem aktu notarialnego oraz przekazaniem domu WN muszą się wymeldować, ponieważ, jak zasięgnęłam informacji, nie byłoby mi później łatwo, jako następnemu właścicielowi, wymeldować kogoś z mojego domu. Z kolei w internecie w rozmaitych artykułach i na forach można znaleźć różne informacje i rady w tym temacie, aczkolwiek nie są to informacje sprawdzone, nie wiadomo często, kto jest ich autorem, więc zdecydowanie wolę wybrać mniej skomplikowaną drogę.

Po wysłuchaniu argumentów notariusza (dotyczących głównie finansowego aspektu tej czynności) zrezygnowaliśmy z depozytu notarialnego, ustalając przyszły zapis w akcie notarialnym określający termin przekazania pieniędzy w formie przelewu bankowego na rachunki WN.

Najważniejsze ustalenia dotyczą podpisania aktu notarialnego, co nastąpi za niecałe 2 tygodnie (tak!) i przekazania nam nieruchomości, na którą poczekamy jeszcze miesiąc, ponieważ taki okres wspólnie oszacowaliśmy jako potrzebny WN na przeprowadzkę. Nam zostanie również miesiąc na dokonanie prac remontowych, nad zakresem których ciągle jeszcze debatujemy, oraz przeprowadzenie się.

Wczoraj wieczorem przejrzałam kilka magazynów dotyczących urządzania wnętrz… i pojawiły się pierwsze koncepcje dotyczące wystroju salonu… pierwsze emocje, jakie kolory wybrać, jakie dobrać do nich oświetlenie, czy zdecydować się na jakąś oryginalną koncepcję czy może pozostać przy klasyce… Aaa…!

Don’t you worry child

Od paru dni tylko wiszę na telefonie, cieszę się zatem niezmiernie z wyboru korzystnej oferty u operatora telefonii komórkowej. Niektórzy już wiedzą, że ostatnie kilka dni zaowocowały dość dynamicznym rozwojem sytuacji. Po kolei:

We wtorek umówiliśmy się na jeszcze jedno spotkanie z WN, tym razem w pełnym składzie – Dom sprzedają 2 osoby, każda z nich musiała wyrazić zgodę na sprzedaż nieruchomości i wysokość oferowanej przez nas kwoty. Dodatkowo na spotkaniu zmaterializowała się dorosła Pociecha, która nieproszona wtrąciła się do rozmowy, oznajmiając, co zamierza zabrać z domu dla siebie. Było to kompletnie nie na miejscu, ponieważ osoba ta nie jest stroną w sprawie ani dla mnie żadnym partnerem do rozmowy. Nie chciałam jednak wszczynać awantury, więc przemilczałam ten wyskok, a następnego dnia MDP zadzwonił do WN i sprawa została wyjaśniona. Przy okazji Mentor uświadomił mnie, że negocjując cenę powinnam była spisać protokół / zrobić zdjęcia rzeczy, które zostaną w domu. To jednak mogę jeszcze „nadrobić” podczas sporządzania umowy przedwstępnej.

Wczoraj otrzymaliśmy odpis KW. Pracownik SR tak mnie nastraszył, że spodziewałam się otrzymać przesyłkę najwcześniej w piątek, a tu proszę, jaka pozytywna niespodzianka! Dodam tylko, że KW bez zastrzeżeń. Jeden punkt do odhaczenia.

Dziś z kolei walczyłam z panią Halinką z kancelarii notarialnej. Na podstawowe pytania uzyskałam satysfakcjonującą odpowiedź, pracownik na poczekaniu wyliczył mi wysokość wszystkich opłat, aczkolwiek mam wątpliwości odnośnie wysokości opłaty za sporządzenie umowy przedwstępnej. Podobno zapłacimy jedną taksę notarialną w 2 ratach, pierwszą część przy podpisaniu umowy przedwstępnej, a drugą – przy sporządzeniu aktu notarialnego. Niestety kancelaria jest nieczynna w sobotę, więc na spotkanie umówiliśmy się w przyszłą środę. W trakcie bezpośredniej rozmowy z notariuszem mam nadzieję dowiedzieć się czegoś na temat procedury i wysokości opłaty związanej z depozytem notarialnym. Co do tego pani Halinka nie umiała udzielić nam informacji, gdyż to nie jest standardowa czynność i podobno nieczęsto się zdarza. Aż się chce odpowiedzieć: A co mnie to obchodzi.

Przed chwilą poczytałam sobie trochę w internecie i obawiam się, że możemy mieć problem. Poprzez depozyt notarialny chcemy zabezpieczyć interesy obydwóch stron, jednak notariusz nie ma obowiązku przyjęcia depozytu. Na chwilę obecną jedynie może „przechować” kwotę transakcji, ale też nie każda kancelaria notarialna posiada odpowiedni rachunek depozytowy ze względu na wysokie opłaty prowadzenia i sporadyczność wpłat klientów. Obecnie taksa notarialna za tę czynność wynosi połowę stawki maksymalnej, liczonej od wartości depozytu. Jednakże projekt nowelizacji ustawy Prawo o notariacie i Prawo bankowe przewiduje nałożenie na notariuszy obowiązku bezpłatnego (!) przyjęcia do depozytu pieniędzy w walucie polskiej bądź obcej jak również papierów wartościowych, celem ich wydania osobie wskazanej przy złożeniu albo jej następcy prawnemu.  Kwota przypadająca do zapłaty miałaby być składana na prowadzony przez notariusza rachunek powierniczy. Brzmi bajkowo, nieprawdaż? Mnie niestety te zmiany nie obejmą.

Czym się jeszcze aktualnie zajmuję… Spisuję dane potrzebne do sporządzenia umowy przedwstępnej i formułuję warunki, jakie mają być w niej zawarte. Razem ze skanem KW wyślę wszystko drogą elektroniczną do kancelarii i, cóż, czekamy do środy 🙂

Paint the sky

Myślałam, że zimową porą branża nieruchomości pogrąża się w pewnym letargu, by wraz z nadejściem wiosny zbudzić się do aktywności. Cóż za mylne przekonanie. W ciągu ostatnich dwóch tygodni na portalach nie pojawiły się żadne nowe ciekawe ogłoszenia, a na stare nie mogę już patrzeć.

W międzyczasie mieliliśmy w głowach dwie cenowo zbliżone do siebie oferty, rozważając następujące aspekty każdej z nieruchomości:

– Niewielka odległość od centrum wszechświata i aktualnych miejsc pracy vs. średnia (ale wciąż akceptowalna odległość) od ww. punktów,

– maciupeńki ogródecek vs. ładny, konkretny ogród,

– hałas skupiska ludzi vs. spokojniejsza okolica,

– bliskość ludzi przekładająca się na większe poczucie bezpieczeństwa vs. konieczność zamontowania krat i instalacji alarmowej.

Póki co, skłaniamy się ku opcji numer 2. Dziś odbyliśmy jazdę próbną w godzinach wczesnego szczytu (godzinę później mogło być znacznie weselej), której wynik nas ucieszył: Ruch raczej płynny, drobne przestoje, nawet moim przepisowym żółwim tempem szybko pokonałam trasę. A w przyszłości dłużący się czas drogi do domu mogę zawsze spędzać słuchając audiobooków albo ucząc się języka obcego.

Spod potencjalnego przyszłego domu wyruszyliśmy do siedziby Sądu Rejonowego, aby dokonać wglądu w KW – Pech chce, że nasza KW nie jest jeszcze wciągnięta do systemu elektronicznego, z czym wiążą się pewne niedogodności, poczynając od godzin pracy SR (na szczęście dziś był dyżur do godz. 18:00), a kończąc na pewnym stresie związanym z faktem, że nie mogę w każdej chwili podejrzeć ewentualnych zmian w KW, jeśli takowe zostałyby w międzyczasie dokonane.

Tymczasem podzielę się z Wami informacjami uzyskanymi od sympatycznego pracownika SR. Dla mnie niektóre z nich były pewnym zaskoczeniem, w swej naiwności zakładałam, że sprawy przebiegają nieco inaczej. Tak więc. Sprawa wygląda tak, że nasza KW nie została zmigrowana do nowego systemu informatycznego i istnieje, póki co, jedynie w formie papierowej, z której na miejscu mogliśmy obejrzeć krótki odpis. MDP pobiegł prędko do kasy uiścić opłatę za wydanie odpisu do naszych łapek, ponieważ urzędnik poradził nam, że czynność ta przyśpieszy migrację KW do wersji elektronicznej. Napomknę, że w celu uzyskania odpisu trzeba wypełnić krótki wniosek i uiścić opłatę w wysokości 6 zł w znaczkach. Jeśli wniosek składało się w godzinach późniejszych i nie dostało go od ręki, nie trzeba udawać się po raz kolejny do Sądu po odbiór odpisu, jest możliwość otrzymania go listownie (przesyłka listem poleconym, za potwierdzeniem odbioru). Teraz część najlepsza. Jeśli zdecydujemy się na zakup tej nieruchomości, będziemy musieli dwukrotnie udać się do notariusza, celem sporządzenia umowy przedwstępnej oraz właściwej. Notariusz ma podobno 3 dni na przekazanie dokumentów do SR, który z kolei potrzebuje nawet do 1-1,5 miesiąca czasu na dokonanie wpisów w KW. Długo. Bardzo długo.

Moja wyobraźnia podsuwa mi pesymistyczne wizje związane z tak długim czasem „niebytu”, w szczególności po przeczytanym artykule, jak to właściciel w krótkim odstępie czasu sprzedał jedną nieruchomość dwukrotnie, dwóm różnym nabywcom. W Polsce cwaniactwo jest na porządku dziennym, nie chcę tu bynajmniej obrazić WN, ale zaufanie w sprawach zasadniczych mam tylko do samej siebie. Może warto będzie rozważyć kwestię depozytu notarialnego, żeby zabezpieczyć swój interes.

W międzyczasie w stanie hiperwentylacyjnego podniecenia sprawdziłam plan zagospodarowania przestrzennego dla okolicy (bez zastrzeżeń) oraz zaczęłam sporządzać listę dokumentów potrzebnych do zawarcia aktu notarialnego. Jeśli sprawy zajdą dalej, to dokończę temat. Na razie jednak temperuję moją ekscytację, żeby nie było powtórki z kilku ostatnich domów, które też już prawie, prawie zakupiliśmy 😉

I am part of a lost generation

Ostatnio ktoś skomentował, że jeśli ja, WT 1 i WT 2 będziemy wybierać dom, to nigdy nic nie kupimy 🙂 Noo, mam nadzieję, że ta czarna wizja się nie spełni.

Tymczasem, przyznam szczerze, miałam serdecznie dość domów i w ogóle. Szczególnie to w ogóle. Popadłam już w tak depresyjny nastrój, że chciałam rzucić to wszystko i zacząć wprowadzać w życie Plan B. W przezwyciężeniu tych negatywnych myśli nieco pomogła weekendowa wycieczka, tym razem już w rozumieniu dosłownym. Przy okazji chcę podważyć tezę, że niby kryzys i Polacy biedni. Otóż w niedzielne popołudnie na odcinku drogi, który przemierzaliśmy, wszystkie restauracje były dosłownie okupowane przez rodziny. Nie było gdzie szpilki wetknąć. Już prawie ryczałam ze złości, bo po długiej wędrówce byłam głodna, a wiadomo, że z głodną kobietą jest jak z terrorystą – dyskutować nie wolno. W końcu, ach w końcu (!) znaleźliśmy jakiś zajazd, gdzie na pocieszenie dostałam pyszną i bardzo bogatą zupę grzybową i spaghetti carbonara (bo większości dań z karty już nie było – patrz teza powyżej).

Oprócz wycieczki zaprzątają mnie wiadomości ze świata oraz głupoty wypisywane na portalach społecznościowych przez moje pokemony… yyy, znajomych, znaczy się. Ich marne i żałosne komentarze skutecznie odciągają mnie od rzeczy ważnych. Nagminne wyzywanie walczących sąsiadów od terrorystów czy UPA (a jednocześnie finansowe wspieranie kolejnych poprzez świadomy wybór miejsca urlopu, mimo ostrzeżeń MSZ) świadczy jedynie o braku podstawowej wiedzy z zakresu historii Europy. Żyjemy w kraju prawicowych wykształciuchów, którzy mimo skończonych studiów, magistrów, doktoratów, Bóg wie czego, mogliby rączkę podać tym przerażającym mnie strasznie, ekstremalnie nastawionym Amerykanom (Bynajmniej nie narodowi w całości, mówię tu o pewnych konkretnych grupach) – Jestem właśnie po lekturze kolejnego opowiadania, którego akcja nie rozgrywa się, jak poprzednio, w 17. wieku, ale w 19., i podając te daty liczę, że pokojarzycie sytuację społeczno-polityczno-gospodarczą w Stanach Zjednoczonych w tym okresie. W obu przypadkach na tragiczny bieg wydarzeń bezpośrednio wpłynęły niebezpieczne religijne odłamy chrześcijaństwa, a ja boję się wszelkich skrajności. Ta krótka dygresja jest tylko wstępem do kolejnej myśli, mianowicie krytyki rozpoczętego absurdalnym przykładem wywodu na temat zła wcielonego w postaci kart kredytowych, podsumowanego linkiem do artykułu na portalu chrześcijańskim, który uczy, że pobożni powinni trzymać się z dala od tego wynalazku. Serio.

Niestety nie oceniam tej rzeczy tak jednostronnie negatywnie, ba, uważam, że wszystko jest dla ludzi i dlatego Bóg dał nam rozum, abyśmy go aktywnie używali, więc pewnie już kilka głów pochyliło się nade mną w potępieniu.

Hah. Nie mogę czytać głupot, nie mogę. Wracam zatem szybciutko na właściwe tory, czyli do domu, z opisem którego zwlekałam. Jest to stosunkowo nowa szeregówka, wykonana z solidnych materiałów, w dobrym stanie technicznym. Nie wymaga dużego remontu, co mnie ucieszyło – Zaczynałam już wątpić w prawdziwość, rzetelność opisów ofert, a tu proszę, jaka niespodzianka! Z ciekawostek: Okna w pokojach są położone ciut wyżej niż normalnie, ale chyba nie będzie to stanowić problemu. Salon ogromny, o wysokim suficie, na szczęście zainstalowano w nim kominek, więc zimą nie powinniśmy przymarzać. Dom smutnie mieści się na środku działki, co skutkuje skwerkiem przed domem oraz mikro-ogrodem z tyłu, który pomieściłby co najwyżej grilla, stolik i kilka krzeseł. Niewątpliwym plusem jest bardzo korzystna lokalizacja domu niedaleko centrum, stosunkowo szybki dojazd autem, autobusem już niekoniecznie. Do minusów, oprócz tego wybiegu dla szczura, zaliczyć mogę również pewien hałas, który może uniemożliwiać wypoczynek w ogrodzie. Mimo wszystko rozważamy tę nieruchomość, ponieważ nie będzie droga i czasochłonna w utrzymaniu.

Szybcy i wściekli

Jesteśmy dość energiczni i ogarnięci w oglądaniu nieruchomości, ale ostatnio pobiliśmy nawet nasze własne rekordy. 4 domy w 1 godzinę – To imponujący wynik, nieprawdaż? 😉

Wszystko przebiegało szybko, bo każdy z tych domów podsumowany został krótkim: „Em… NO”. Mój komentarz tutaj będzie nieco dłuższy, bo lubię przynudzać. W tym celu założyłam przecież bloga.

Pierwsze trzy domy były bliźniakami bądź szeregówkami w stanie surowym zamkniętym tudzież developerskim, których cenę warunkuje atrakcyjna lokalizacja (= przynajmniej +100k do ceny). Atrakcyjność tej okolicy wypłynęła w ciągu kilku ostatnich lat, gdy pewnego dnia ktoś zdał sobie sprawę, że istnieje więcej niż jeden kierunek świata pod zabudowę i zwyczajna wioska ze wszystkimi jej atrybutami nagle stała się bardzo pożądaną destination.

Pośrednik na prezentację wybrał dla nas 3 z 4 poniższych domów. Ostatni był naszym strzałem.

Dom 1: Funkcjonalnie zaprojektowany bliźniak, co w moim odczuciu rzadko się teraz zdarza. Projektant pomyślał nie tylko o garderobie (która w obecnych czasach jest już standardem), ale i przeznaczył jedno dodatkowe pomieszczenie na pralnio-suszarnię. Wow. Pewną rysą na tym rajskim obrazie była prywatna droga dojazdowa do kilku znajdujących się przy niej posesji, przy czym (!) ja byłabym pierwszą inwestorką w tym miejscu, czyli na mnie spadłyby koszt wstępnego przygotowania, czyli przynajmniej utwardzenia drogi, by dało się jakoś przemieszczać. Alternatywą byłoby kupno kaloszy i terenówki, którym nie straszne byłoby to błoto. Nie chcę nawet wyobrażać sobie odśnieżania tego kawałka w zimie.

Dom 2: Również „wow”, ale w odniesieniu do ceny. Wow, bo przekracza nasze możliwości finansowe. Wow, bo za tę cenę można mieć dom wolnostojący, a nie bliźniaka z nano-mikro-ogrodem.

Dom 3: Debatuję, jak określić wielkość tej działki w porównaniu do działki poprzedzającej. Pikometrowa? Brzmi ładnie, może być. Mimo to domki mają branie jak ciepłe buły. Fascynującym jest, że tak pozwolę sobie na dygresję, że ludzie podobno bardziej preferują domy w stanie developerskim niż w stanie surowym zamkniętym. Że wolą mieć narzucone pewne rozwiązania, bo nie mają własnej wizji, odwagi, zaplecza (w postaci np. zaufanych fachowców). Podobno.

Dom 4: Yyy… Wyobraźcie sobie rozciągniętą przestrzennie wioskę i stojący gdzieś na obrzeżach, kawałek od głównej drogi, dom. Najprawdopodobniej nietknięty ręką fachowca od chwili jego wybudowania. Dom, gdzie wrzuca się granat i pozostają ściany, bo wszystko, ale to dosłownie wszystko, trzeba wymienić i zmodernizować. Oj, no cudnie. Odpowiedź na Wasze niezadane pytanie zawiera się w jednym słowie na 4 litery (nie, nie d***), C-E-N-A.
Jedyną rzeczą, która urzekła mnie w tym domu, była działka. Co przypomina mi pewną dyskusję z koleżanką:
– Czy mogę zacząć nowe zmiany od kupna psa? Bo mnie tu kuszą w mailu… Potem dopasuję do tego dom.
– … czy naprawdę muszę odpowiadać?