Człowiekowi zawsze poprawia się samopoczucie, kiedy widzi, że jest skuteczny i operatywny

Ostatnio łapię się na tym, że powinnam założyć kolejnego bloga, by zacząć opisywać moje przygody na nieco innej życiowej ścieżce. Może nawet poświęcę temu tematowi nieco czasu, gdy złapię w końcu oddech w tym szaleńczym biegu.

Czyli, jak szacuję, w okolicach jesieni.

Na razie próbuję opanować szaleńczy śmiech, wynikający z coraz to nowych, pojawiających się na naszej drodze niespodzianek. Nie zawsze pozytywnych.

Tymczasem w domku pojawiły się śliczne biurka sosnowe, zrobione na zamówienie u naszego pana stolarza. Regulowane nogi zakupione w IKEI, ale blat został wykonany na zamówienie; Jakościowo jest zdecydowanie solidniejszy niż blaty oferowane w sieciówkach i, o dziwo, tańszy.

Chucham teraz i dmucham na moje nabytki, ponieważ znając MDP, z lubością rozłożyłby się na nowym biurku ze swoimi farbkami, klejami i jedzeniem. Ja jednak niczym cerber stoję na straży, pilnując porządku w gospodarstwie.

Przy okazji dostarczenia biurek ucięliśmy sobie z panem stolarzem pogawędkę na tematy związane z jego zawodem. Po usłyszeniu relacji o perypetiach z klientami, byłam przerażona i rozbawiona jednocześnie, dowiedziawszy się, jakie ludzie mają kuriozalne pomysły na urządzenie swojego domu. Nasunęła mi się jedna konkluzja: Wszystko musi być w drewnie, bo to modne i ekskluzywne, nieważne, czy będzie to praktyczne i sensowne w danym rozwiązaniu.

MDP i WT wymienili również daszek nad drzwiami do ogrodu, ponieważ poprzedni był za mały i skonstruowany tak, że podczas ulewnych deszczów woda spływała po elewacji i ociepleniu. Jak skonstatowaliśmy z sąsiadami, obecny daszek przypomina zadaszenie trzymane nad głową księdza podczas procesji na Boże Ciało. Ogródek mamy niczego sobie, więc procesje i pielgrzymki organizować możemy. Najbliższa już w sierpniu. Wino mszalne czeka w piwnicy.

Zasada numer pierwsza: „Nie będziesz pouczał króla swego”.

Pewna bezczelna osóbka wysłała do mnie ostatnio taką oto wiadomość, aż pozwolę sobie zacytować:

„Dlaczego nam łamiesz serce i nic nowego nie ma na blogu, czuje że moje życie zrobiło się szare i pustawe bez lektury na poziomie jakim są twoje wpisy”

Ojejku jejku. Gdybym częściej słyszała takie piękne komplementy pod moim adresem, stąpałabym dumnym krokiem z nosem zadartym ku górze i wielce ważną miną. Lizus wstrętny myślał, że pochlebstwami zmiękczy moje serce i przyśpieszy update bloga.

Gdy to nie poskutkowało, usłyszałam, żem leniwa! Ja! Cóż to za bezczelność, pytam się, stosować techniki przymusu bezpośredniego. W dodatku nic sobie nie robi z mojego świętego oburzenia, ba, śmieje się w twarz, niecnota jedna.

A swoją drogą, napisać cosik miałam, nie przeczę, ino nie wyszło.

A było to tak:

Przyszła zima. Po zamontowaniu kozy w salonie odkryliśmy, jak wspaniała to rzecz owa koza, jak przyjemne daje ciepełko i jak cudownie jest wygrzewać się przed piecem na rozłożonych na podłodze kocach. Z kotełem mruczącym głośno obok. Z książką. Z kubkiem herbaty.

MDP tak bardzo zachwycił się ową kozą w salonie, że tylko drewna dokładał i dokładał, tak że z gorąca nie szło już wytrzymać, a goście w trakcie wizyty stawali się coraz bardziej tym gorącem zmęczeni i szybko do domu uciekali, żartując, że MDP w ten sposób na alkoholu oszczędza i dłużej gościć ich nie chce.

Nie na tym koniec. Pewnej pięknej słonecznej niedzieli naszym oczom ukazała się straszna prawda: Ściana za kozą popękała w kilku miejscach. Po konsultacji telefonicznej WT zarządził, że musi to sprawdzić. Nauczona poprzednim doświadczeniem, że mężczyznom się takich rzeczy absolutnie nie powierza, wyniosłam do innego pokoju część sprzętów, a pozostałe kazałam przykryć folią malarską, coby nie musieć później wszystkiego myć w pocie czoła. Jak ostatnio. Natomiast po oddelegowaniu zadań… nawiałam na weekend do moich rodziców, hłehłe.

Spryciula, powiecie. Poniekąd – Gdyby nie drobny fakt, że u rodziców dom sam się nie posprząta, a ogród na wiosnę nie ogarnie.

Po powrocie do mojego domku zastałam komin zabezpieczony; Schnie sobie spokojnie w oczekiwaniu na malowanie.

Wniosek: Brzydoki w postaci poprzednich właścicieli zrobili bubel, a nie remont. Na stary gruby tynk położyli nową gładź, które pod wpływem gorąca popękały.

Jeszcze pewnie odkryjemy niejedną taką niespodziankę, tfu tfu.

Spoza gór i strumyków wyszła banda paralityków

Nadszedł poniedziałkowy wieczór, i po popołudniu spędzonym na przyjemnym treningu mogę obwieścić, iż nareszcie mogę normalnie chodzić, zamiast poruszać się chodem kaczki i krzywić z powodu potwornego bólu szyi.

Taka mnie przed chwilą naszła myśl (Maluteńką dygresję zrobię, taką tyci-tyci. Uczę się od Chodzącej Dygresji 😉 a co), że ostatnimi czasy po weekendzie przychodzę do pracy, aby, uwaga, odpocząć. Przychodzę, przybywam, doczłapuję, dowlekam się rozpaczliwie, doczołguję prawie.

Tydzień temu Mentor wyciągnął nas na narty. Do tego sportu podchodzę z pewną rezerwą, ponieważ narty (=totalny brak kontroli, przynajmniej w moim wykonaniu) + ubity śnieg, czasem z lodem (=szybki zjazd, niekoniecznie „according to plan”) + góra (zawsze przerażająco wysoka, nawet jeśli jest to ośla łączka) + mój wzrost, wiek i ogromna wyobraźnia (przede wszystkim to ostatnie) stwarzają mieszankę równie radosną, co… radosną, ale dla otoczenia. Było… interesująco. W czwartek byłam w stanie już normalnie chodzić, siadać i wstawać. Tak, tak, zakwasy, od początku grudnia nie byłam na siłowni/basenie, no i mam efekty. Aktualnie przekonuję siebie, że bardzo chcę powtórzyć to doświadczenie (yhy).

Sielanka trwała całe 2 dni. W sobotę biegałam po domu z metrem, mierząc ścianę pod haki, wysprzątałam na błysk górne piętro i nadzorowałam prace w pozostałych częściach domu. Pogoda w ciągu dnia rzeczywiście dopisała i MDP razem z WT przebudowali komin na dachu. Wieczorem niestety znów spadło „białe ciulstwo”, śnieg z deszczem jak na złość przylazł złośliwie akurat wieczorem po skończonych pracach zewnętrznych, by w niedzielę rano ustąpić miejsca pochmurnemu niebu, bez jakichkolwiek opadów.

Po szaleństwach na dachu WT poszerzył otwór w kominie pod rurę od pieca, zdjął część paneli, a w tym czasie MDP wykuł otwór rewizyjny w piwnicy. Kręciłam się akurat po salonie, gdy moją uwagę przykuł odnawiany stoliczek, który, na moje oko, nabrał jakiegoś dziwnego, łososiowego koloru. Czyżby wosk źle chwycił? Co jest? Przejechałam delikatnie po blacie opuszkami palców. O żesz… Blat stolika, lampę podłogową, stoły, krzesła, ba, nawet odległą komodę pokryła warstewka ceglanego pyłu. Damn. I tak w rezultacie całe niedzielne poranko-południe spędziliśmy na szorowaniu parteru i piwnicy. Co za nieprzyzwoita złośliwość w przyrodzie.

Jakby tego było mało, kafelki, które kupiłam w markecie, okazały się mieć, minimalnie, ale jednak, nierówny rozmiar. WT poczarował i wszystko wygląda ładnie, równiutko. Mnie natomiast udało się dobrać pod kolor paneli zarówno kafelki, jak i listwę, co było niemałym wyczynem, jeśli zapomniało się zabrać do sklepu kawałka panela jako próbki. Starość nie radość, pamięć już nie ta sama.

Z pomocą damie w potrzebie przyszedł niespodziewanie pan konsultant, który rozwalił opakowanie interesującego mnie odcienia paneli, wręczył jeden i poprosił o zwrócenie po przymiarkach 🙂

Przy okazji stwierdzę rzecz oczywistą, i zapiszę ją tu nawet dla potomności, bo może następnym razem zapamiętam w końcu: Na zakupy w markecie budowlanym należy ubierać obuwie na płaskim obcasie. Zawsze. I niech nie zwiedzie nikogo nawet 5-centymetrowe maleństwo. Pokonywanie truchtem kilometrowych obszarów raz w tę, raz w tamtą stronę, a potem nazad i jeszcze raz, i tak od nowa, gdy zapomni się jakiegoś drobiazgu, szuka siebie nawzajem albo po raz piąty przemierza alejki z kafelkami, próbując dobrać właściwy odcień i typ, uczy, że próżność należy chwilowo schować głęboko do kieszeni.

Przejdźmy od słów do czynów. Chciałem powiedzieć kilka słów.

Planowanie WT jakoś nie do końca wychodzi, mam wrażenie.

Po zakupie kozy wyszło jakoś tak w rozmowie, że przed próbami podłączenia wypadałoby sprawdzić, czy przewód kominowy w ogóle nadaje się do podłączenia piecyka, czy nie trzeba go przebudować, w którym miejscu należy zrobić otwór rewizyjny, a także – czy komin sięga do piwnicy czy może jednak parteru (specyfika domu po jego przebudowie przez poprzednich właścicieli).

Zadzwoniłam do kominiarza i już na drugi dzień zjawiło się u nas dwóch sympatycznych panów, pobiegali po dachu (na szczęście pogoda, jak na styczeń, jest wręcz niewyobrażalnie i nierzeczywiście cudowna), po domu, posprawdzali wszystko, udzielili mnóstwa wskazówek, wydali pozytywną opinię i poszli.

Razem z kominiarzami pojawił się u nas w domu WT i wspomniał, że w sobotę będziemy działać. Rzuciłam się na niego niczym harpia, z dziką radością, że w końcu coś rusza dalej do przodu.

Bo przyznam, że powoli nadzieję tracić zaczynałam (Ostatnio szanse na pomoc ze strony  WT były znikome – siła wyższa).

Pojechaliśmy więc rodzinnie do marketu budowlanego, zakupiliśmy różne takie, m.in. kafelki pod piec, trochę haków, by w końcu powiesić kilka obrazów, i będziem jutro szaleć.

Gdy w Nowy Rok skwar i upał, baran wilka będzie chrupał

Witajcie w nowym roku 🙂

Po ostatnim poście odezwało się kilka oburzonych głosów, jak to mogłam postawić kozę w salonie.

Moi drodzy. Koza bywa zarówno zwierzęciem, jak i małym, wolnostojącym kominkiem. Pelikany Wy moje.

Anyway, ani z kozą, ani z witryną nic nie ruszyło się do przodu, jako że w pewnych kwestiach jestem uzależniona od czasu WT. Coś za coś.

Za to mogę uroczyście oświadczyć, iż MDP, po kilku(nastu) narzekaniach na moje pomysły odnowienia komód, których odnawiać specjalnie nie było trzeba, na wybór zbyt ciemnych odcieni i kiepskich lakierów, na pomysł zastąpienia drewnianych gałek ozdobno-porcelanowymi, w końcu (czytaj: po pół roku) sapiąc pod nosem pomógł mi z renowacją tychże mebelków. Komoda z sekretarzykiem w kolorze ciemnobrązowym, z biało-niebieskimi gałkami, ozdobiła naszą sypialnię, natomiast druga, jasnobrązowa, z biało-złotymi gałkami, powędrowała po pokoju gościnnego nr 2.

MDP pomógł mi także z oszlifowaniem przedwojennego stoliczka zakupionego na giełdzie staroci. Potraktowałam mebelek moim ukochanym woskiem, teraz odczekam trochę, a następnie ładnie go wypoleruję. Stoliczek był dość zniszczony, miał piękny mahoniowy kolor. Przez chwilę kłuły mnie wyrzuty sumienia ze względu na zmianę koloru mebla, ale cóż, mahoń pasowałby w naszym domu jak pięść do oka – tudzież nosa (Swoją drogą, fascynujące porównania, jeśli się nad tym głębiej zastanowić).

Ze stolika w mojej małej kuchni ostatecznie zrezygnowałam, stawiając na więcej przestrzeni do przechowywania.

I tak sobie teraz rozmyślam… Za ten cały wkład MDP w renowację mebli, chyba koło nosa przejdzie mi kolacja w wypaśnej restauracji (vide nasz zakład sprzed kilku miesięcy) 😉

Krok po kroku, krok po kroczku

…najpiękniejsze w całym roczku, idą Święta!

A wraz z nimi Wielkie Sprzątanie. Kot na wszelką okoliczność postanowił przespać cały ten rejwach w pudle. Powinnam była się domyślić, gdzie skunks się schował (Przy okazji: Wet znowu spoglądał na mnie z pewną dezaprobatą, że kot w dalszym ciągu nie ma imienia. Próbowałam mu wytłumaczyć, że imię kota jest odzwierciedleniem naszego aktualnego nastroju wobec kocich występków, ale nie spotkałam się ze zrozumieniem. Pan Wet w ogóle był ostatnio jakiś taki nie bardzo kumaty. Wolę Panią Wet, ale ona z kolei za bardzo rozczula się nad biedną kociną, której źli właściciele zabraniają włazić na łóżko.) Przez cały dzień szukałam kota po piętrach, piwnicy, ogrodzie. Nawoływałam, ale stworzenie z racji wieku nieco przygłuchawe jest – lub stosuje taktykę mojej mamy, polegającą na słuchaniu wybiórczym – więc mogłam sobie biegać i krzyczeć do woli. Po pewnym czasie machnęłam ręką, stwierdziłam, że gad musiał wymknąć mi się na dwór, pada co prawda, ale trudno, tyłek mu zmoknie, kiedyś wróci. Wyciągałam akurat pranie z pralki, gdy w pomieszczeniu obok coś zaszurało, zachrobotało i z kartonu na półce powoli, nieśpiesznie wylazł koteł. Karton miał to podwójne zamknięcie, nie wiem, jak gad zamknął za sobą te „klapki” podczas wchodzenia. W kartonie, jakżeby inaczej, niewykorzystane ozdoby świąteczne. Ma padalec szczęście, że wszystko w całości, inaczej deszcz nie deszcz, nie byłoby zmiłuj się. A MDP tak owinęła sobie kocina wokół palca, że mi dziś robił wyrzuty, gdzież to ja kota zapodziałam i na pewno kotu dzieje się właśnie straszna krzywda. Jasne.

W przerwach między poszukiwaniem durnego kota ganiałam z odkurzaczem, ścierką i mopem po piętrze, aż się za mną kurzyło. Klatka schodowa wysprzątana. Pranie zrobione. Ciuszki wyprasowane. Zakupy przedświąteczne zrobione. Na dziś fajrant. Z obolałymi plecami klapnęłam w końcu przed komputerem, by napisać do Was kilka słów, a jutro jeszcze tyle pracy przede mną. Cieszę się, że w piątek uporałam się z segregacją papierzysków wszelakich. Zgroza mnie ogarnęła, jak zobaczyłam te wszystkie walające się radośnie po kątach wyciągi bankowe, umowy o pracę i inne ważne dokumenty. Zgadnijcie, czyje.

Ale! W czwartek pod moją nieobecność przyszły meble. Ładne, choć przyznam, że z ceną firma poszalała. Nie ta jedna zresztą. Łupią ludzi, aż miło.

Komodę już zapełniłam, witryna czeka na przymocowanie do ściany – Jestem jednak przywiązana do mojej porcelany.

Z kolei dziś łapałam – i to dosłownie – kuriera, który przywiózł nam kozę. Koza stoi już w salonie i radośnie meczy 😉

Niepotrzebna mi kawa

Przepraszam moich szanownych czytelników, niezadowolonych z poziomu ostatniego wpisu 😉

Jednakże nie jestem przekonana, czy dzisiejsza notka sprosta Waszym oczekiwaniom. Najchętniej podsumowałabym dzisiejszy dzień jednym słowem. 5 liter, słowo zaczyna się na „k”, kończy na „a” i nie, nie jest to „krowa”.

Zamówiłam byłam meble.

Aha, myślicie pewnie, zaczyna się.

A tak. Meble zamówione, termin realizacji usługi: „15-20 grudnia”. Czekałam cierpliwie, nikt się ze mną wcześniej nie kontaktował, zamierzałam przedzwonić dzisiaj, dowiedzieć się, co i jak. Godzinkę temu zadzwonił przedstawiciel firmy, informując mnie, że meble zostaną dostarczone jutro o godzinie 13:00.

O godzinie 13:00, proszę pana, to ja jestem w pracy.

Zwróciłam mu uwagę na bardzo krótki czas powiadomienia mnie, że z uwagi na aktualną sytuację w pracy nie jestem w stanie zwolnić się wcześniej ani wziąć urlopu tego dnia. Ha, zresztą, co ja sama miałabym zrobić z tymi meblami, przecież nie wniosę ich do domu. Zaproponowałam godziny wieczorne w dniu jutrzejszym, ewentualnie dostawę w piątek lub sobotę, w godzinach dla mnie dowolnych.*

W odpowiedzi pan próbował mnie zaszantażować, że firma ma tylko jeden samochód, więc albo dostawa mebli jutro o 13:00, albo w styczniu. Ooo, nie ze mną te numery, Brunner. Nie chwaląc się, wydarłam mu się do słuchawki i wygarnięcie mu, co sądzę o nim i o takim potraktowaniu mnie, trwało dobre 5 minut. Gość trochę zmiękł pod koniec rozmowy i zaczął dukać coś o przesunięciu terminu na godzinę 18:00, o co go przecież od początku rozmowy prosiłam! Niestety, na chwilę obecną nie wiem, czy dostawa faktycznie nastąpi o tej godzinie, gdyż nie usłyszałam żadnego potwierdzenia.

Postraszyłam firmę dalszymi krokami prawnymi z mojej strony, w przypadku nie wywiązania się z zawartej umowy, co później dodatkowo podsumowałam w e-mailu, powołując się na przeprowadzoną rozmowę telefoniczną. Trzeba zbierać dowody przed ewentualnym dalszym postępowaniem…

Odnośnie ostatniego: Punkt 5 warunków umowy określa wysokość odsetek za każdy dzień zwłoki w wykonaniu mebli.

***

* Pomijam już zupełnie kwestię formalności dotyczących zorganizowania gotówki w tak krótkim czasie, szacher-macher między kontami, ustawione limity dziennych wypłat itd. itd. Takie tam drobiazgi.