I’m a cuckoo

Mieliśmy jechać do IKEI po biurka i krzesło do gabinetu, niestety nie uniknęliśmy epidemii grypska. Choróbsko dopadło nas nagle a podstępnie.

Koleżanka z poprzedniej pracy zwykła była mawiać, że katar leczony trwa 7 dni, a nieleczony tydzień; Mimo to udałam się do lekarza, zaopatrzyłam w siatkę leków, ugotowałam rosołek i przytuliłam kota, coby gadzina choróbsko szybko ze mnie wyciągnęła.

Zaczynam wierzyć, że koty leczą choroby. Ostatnio nasz wiekowy kot kładzie się na po-urazowym mostku MDP. Chociaż u mnie układa się na głowie – nie wiem, co o tym myśleć. Czasem również na nogach. Widocznie kocina poddaje się i stwierdza, że głowę leczyć już za późno.

A skoro o rosołkach mowa: Cieszę się, żem dziecię z wioski. Wychowana na swojskim mięsku i jajkach od szczęśliwych kur z wolnego wybiegu, narzekam czasem na to, że dziś indyk; Wybrzydzam, że zjadłabym coś innego.

Tymczasem niektóre znajome z miasta, zafascynowane bio-żywnością, biegają po eko-bazarkach i kupują kurczaki po 73 zł za sztukę. ha.

Let it snow, let it snow… tfu! Co ja śpiewam!

Odkopaliśmy się po ostatnich śnieżycach. Sąsiedzi budują już coś na kształt wieżyczek strażniczych przed bramami posesji, względnie kopców kreta, jak kto woli. Nasz śnieg zalega w ogrodzie, po którym i tak na razie nie spacerujemy, a także na mikro-chodniku, nie dość, że wąskim, to jeszcze kończącym się w połowie naszego ogrodzenia, z którego to chodnika nie widziałam, aby ktokolwiek kiedykolwiek korzystał. Teoretycznie powinniśmy go odśnieżyć i posypać, bo jeszcze znowu gotów odwiedzić nas dzielnicowy.

Swoją drogą, sympatyczny gość. Razem z kolegą bujają się po dzielnicy z nadświetlną prędkością szpanerską bryką w postaci seicento. Jaka dzielnica, taki radiowóz. Za dużo się u nas nie dzieje, pomijając zlikwidowany już nielegalny burdel na końcu ulicy i squattersów w opuszczonym domu naprzeciwko – A właśnie. Czy przypadkiem nie zapomniałam wspomnieć o tym na blogu? Chyba muszę nadrobić zaległości. Przyznam, że gubię się już w tym, co i komu opowiadam, a o czym piszę tu. Starość nie radość.

Anyway, tym razem przed furtką stał nie policjant, lecz sąsiad. Podobno zgubiłam tablice rejestracyjne, był u nas dzielnicowy, nie zastał nas, tu oto jest jego numer komórki (!), prosił o kontakt. Wzięłam karteczkę i zaczęłam intensywnie myśleć. Z pracy wróciłam do domu samochodem, ale ani na parkingu, ani przed domem nie zauważyłam, żeby mi czegoś brakowało. Dzielnicowy miał pojawić się u nas w przeciągu godziny, więc szybko wysłałam MDP do garażu, bo tak jakoś głupio byłoby mi w obecności policjanta stwierdzić brak tablic, gdy chwilę wcześniej przez telefon zapewniałam go, że są w miejscu, w którym być powinny. Nic nie brakowało. Gdy dzielnicowy wyjął z torby pismo kolegów z powiatu X, miasta Y, chóralnie zajęczeliśmy z MDP: „Nie… Znowu oni…”

Oni, czyli poprzedni właściciele domu. Cudowne osoby, które od prawie roku nie potrafią zaktualizować swojego adresu zameldowania / zamieszkania. Do których poczta jeszcze czasem przychodzi, mimo mojego upartego odsyłania do nadawcy każdego otrzymanego listu. Znaczy się, odsyłanie skończyło się jakiś miesiąc temu, wraz z podłączeniem kozy. Koperty stanowią bowiem fantastyczną rozpałkę.

Przy okazji dzielnicowy pouczył nas o konieczności posiadania w widocznym i oświetlonym miejscu numeru domu, na co ja zareagowałam zdziwieniem, przekonana, że przecież numer domu wisi. Nie wisi. Wiosną trzeba się będzie tym zająć.

Tak w ogóle to znalazłam szkic posta, którego zaczęłam pisać dwa tygodnie temu, podczas podobnej śnieżycy:

„Przeglądam właśnie przepisy kulinarne i z niejakim smutkiem stwierdzam brak robota kuchennego tudzież maszynki do mielenia w mojej kuchni. Kuleczki drobiowe z parmezanem brzmią całkiem sympatycznie i smakowicie. Trzeba będzie pomyśleć o sprzęcie. Albo pójść do sklepu i poprosić o zmielenie mięska przy zakupie.

Na razie półleżę sobie przed laptopem, patrząc, jak od kilku godzin pięknie, równomiernie sypie śnieg. Jednocześnie łudzę się, że uda mi się wyjechać z garażu bez konieczności odśnieżenia podjazdu. Bezczelnie zostawię dziś tę czynność MDP 🙂

Nawiasem mówiąc, wraz z nadejściem zimy uświadomiłam sobie – ”

Coś tam niewątpliwie sobie uświadomiłam, ale jako że nie mogę sobie przypomnieć, co, nie było to jednak specjalnie ważne.

Spoza gór i strumyków wyszła banda paralityków

Nadszedł poniedziałkowy wieczór, i po popołudniu spędzonym na przyjemnym treningu mogę obwieścić, iż nareszcie mogę normalnie chodzić, zamiast poruszać się chodem kaczki i krzywić z powodu potwornego bólu szyi.

Taka mnie przed chwilą naszła myśl (Maluteńką dygresję zrobię, taką tyci-tyci. Uczę się od Chodzącej Dygresji 😉 a co), że ostatnimi czasy po weekendzie przychodzę do pracy, aby, uwaga, odpocząć. Przychodzę, przybywam, doczłapuję, dowlekam się rozpaczliwie, doczołguję prawie.

Tydzień temu Mentor wyciągnął nas na narty. Do tego sportu podchodzę z pewną rezerwą, ponieważ narty (=totalny brak kontroli, przynajmniej w moim wykonaniu) + ubity śnieg, czasem z lodem (=szybki zjazd, niekoniecznie „according to plan”) + góra (zawsze przerażająco wysoka, nawet jeśli jest to ośla łączka) + mój wzrost, wiek i ogromna wyobraźnia (przede wszystkim to ostatnie) stwarzają mieszankę równie radosną, co… radosną, ale dla otoczenia. Było… interesująco. W czwartek byłam w stanie już normalnie chodzić, siadać i wstawać. Tak, tak, zakwasy, od początku grudnia nie byłam na siłowni/basenie, no i mam efekty. Aktualnie przekonuję siebie, że bardzo chcę powtórzyć to doświadczenie (yhy).

Sielanka trwała całe 2 dni. W sobotę biegałam po domu z metrem, mierząc ścianę pod haki, wysprzątałam na błysk górne piętro i nadzorowałam prace w pozostałych częściach domu. Pogoda w ciągu dnia rzeczywiście dopisała i MDP razem z WT przebudowali komin na dachu. Wieczorem niestety znów spadło „białe ciulstwo”, śnieg z deszczem jak na złość przylazł złośliwie akurat wieczorem po skończonych pracach zewnętrznych, by w niedzielę rano ustąpić miejsca pochmurnemu niebu, bez jakichkolwiek opadów.

Po szaleństwach na dachu WT poszerzył otwór w kominie pod rurę od pieca, zdjął część paneli, a w tym czasie MDP wykuł otwór rewizyjny w piwnicy. Kręciłam się akurat po salonie, gdy moją uwagę przykuł odnawiany stoliczek, który, na moje oko, nabrał jakiegoś dziwnego, łososiowego koloru. Czyżby wosk źle chwycił? Co jest? Przejechałam delikatnie po blacie opuszkami palców. O żesz… Blat stolika, lampę podłogową, stoły, krzesła, ba, nawet odległą komodę pokryła warstewka ceglanego pyłu. Damn. I tak w rezultacie całe niedzielne poranko-południe spędziliśmy na szorowaniu parteru i piwnicy. Co za nieprzyzwoita złośliwość w przyrodzie.

Jakby tego było mało, kafelki, które kupiłam w markecie, okazały się mieć, minimalnie, ale jednak, nierówny rozmiar. WT poczarował i wszystko wygląda ładnie, równiutko. Mnie natomiast udało się dobrać pod kolor paneli zarówno kafelki, jak i listwę, co było niemałym wyczynem, jeśli zapomniało się zabrać do sklepu kawałka panela jako próbki. Starość nie radość, pamięć już nie ta sama.

Z pomocą damie w potrzebie przyszedł niespodziewanie pan konsultant, który rozwalił opakowanie interesującego mnie odcienia paneli, wręczył jeden i poprosił o zwrócenie po przymiarkach 🙂

Przy okazji stwierdzę rzecz oczywistą, i zapiszę ją tu nawet dla potomności, bo może następnym razem zapamiętam w końcu: Na zakupy w markecie budowlanym należy ubierać obuwie na płaskim obcasie. Zawsze. I niech nie zwiedzie nikogo nawet 5-centymetrowe maleństwo. Pokonywanie truchtem kilometrowych obszarów raz w tę, raz w tamtą stronę, a potem nazad i jeszcze raz, i tak od nowa, gdy zapomni się jakiegoś drobiazgu, szuka siebie nawzajem albo po raz piąty przemierza alejki z kafelkami, próbując dobrać właściwy odcień i typ, uczy, że próżność należy chwilowo schować głęboko do kieszeni.

Przejdźmy od słów do czynów. Chciałem powiedzieć kilka słów.

Planowanie WT jakoś nie do końca wychodzi, mam wrażenie.

Po zakupie kozy wyszło jakoś tak w rozmowie, że przed próbami podłączenia wypadałoby sprawdzić, czy przewód kominowy w ogóle nadaje się do podłączenia piecyka, czy nie trzeba go przebudować, w którym miejscu należy zrobić otwór rewizyjny, a także – czy komin sięga do piwnicy czy może jednak parteru (specyfika domu po jego przebudowie przez poprzednich właścicieli).

Zadzwoniłam do kominiarza i już na drugi dzień zjawiło się u nas dwóch sympatycznych panów, pobiegali po dachu (na szczęście pogoda, jak na styczeń, jest wręcz niewyobrażalnie i nierzeczywiście cudowna), po domu, posprawdzali wszystko, udzielili mnóstwa wskazówek, wydali pozytywną opinię i poszli.

Razem z kominiarzami pojawił się u nas w domu WT i wspomniał, że w sobotę będziemy działać. Rzuciłam się na niego niczym harpia, z dziką radością, że w końcu coś rusza dalej do przodu.

Bo przyznam, że powoli nadzieję tracić zaczynałam (Ostatnio szanse na pomoc ze strony  WT były znikome – siła wyższa).

Pojechaliśmy więc rodzinnie do marketu budowlanego, zakupiliśmy różne takie, m.in. kafelki pod piec, trochę haków, by w końcu powiesić kilka obrazów, i będziem jutro szaleć.

Gdy w Nowy Rok skwar i upał, baran wilka będzie chrupał

Witajcie w nowym roku 🙂

Po ostatnim poście odezwało się kilka oburzonych głosów, jak to mogłam postawić kozę w salonie.

Moi drodzy. Koza bywa zarówno zwierzęciem, jak i małym, wolnostojącym kominkiem. Pelikany Wy moje.

Anyway, ani z kozą, ani z witryną nic nie ruszyło się do przodu, jako że w pewnych kwestiach jestem uzależniona od czasu WT. Coś za coś.

Za to mogę uroczyście oświadczyć, iż MDP, po kilku(nastu) narzekaniach na moje pomysły odnowienia komód, których odnawiać specjalnie nie było trzeba, na wybór zbyt ciemnych odcieni i kiepskich lakierów, na pomysł zastąpienia drewnianych gałek ozdobno-porcelanowymi, w końcu (czytaj: po pół roku) sapiąc pod nosem pomógł mi z renowacją tychże mebelków. Komoda z sekretarzykiem w kolorze ciemnobrązowym, z biało-niebieskimi gałkami, ozdobiła naszą sypialnię, natomiast druga, jasnobrązowa, z biało-złotymi gałkami, powędrowała po pokoju gościnnego nr 2.

MDP pomógł mi także z oszlifowaniem przedwojennego stoliczka zakupionego na giełdzie staroci. Potraktowałam mebelek moim ukochanym woskiem, teraz odczekam trochę, a następnie ładnie go wypoleruję. Stoliczek był dość zniszczony, miał piękny mahoniowy kolor. Przez chwilę kłuły mnie wyrzuty sumienia ze względu na zmianę koloru mebla, ale cóż, mahoń pasowałby w naszym domu jak pięść do oka – tudzież nosa (Swoją drogą, fascynujące porównania, jeśli się nad tym głębiej zastanowić).

Ze stolika w mojej małej kuchni ostatecznie zrezygnowałam, stawiając na więcej przestrzeni do przechowywania.

I tak sobie teraz rozmyślam… Za ten cały wkład MDP w renowację mebli, chyba koło nosa przejdzie mi kolacja w wypaśnej restauracji (vide nasz zakład sprzed kilku miesięcy) 😉

Krok po kroku, krok po kroczku

…najpiękniejsze w całym roczku, idą Święta!

A wraz z nimi Wielkie Sprzątanie. Kot na wszelką okoliczność postanowił przespać cały ten rejwach w pudle. Powinnam była się domyślić, gdzie skunks się schował (Przy okazji: Wet znowu spoglądał na mnie z pewną dezaprobatą, że kot w dalszym ciągu nie ma imienia. Próbowałam mu wytłumaczyć, że imię kota jest odzwierciedleniem naszego aktualnego nastroju wobec kocich występków, ale nie spotkałam się ze zrozumieniem. Pan Wet w ogóle był ostatnio jakiś taki nie bardzo kumaty. Wolę Panią Wet, ale ona z kolei za bardzo rozczula się nad biedną kociną, której źli właściciele zabraniają włazić na łóżko.) Przez cały dzień szukałam kota po piętrach, piwnicy, ogrodzie. Nawoływałam, ale stworzenie z racji wieku nieco przygłuchawe jest – lub stosuje taktykę mojej mamy, polegającą na słuchaniu wybiórczym – więc mogłam sobie biegać i krzyczeć do woli. Po pewnym czasie machnęłam ręką, stwierdziłam, że gad musiał wymknąć mi się na dwór, pada co prawda, ale trudno, tyłek mu zmoknie, kiedyś wróci. Wyciągałam akurat pranie z pralki, gdy w pomieszczeniu obok coś zaszurało, zachrobotało i z kartonu na półce powoli, nieśpiesznie wylazł koteł. Karton miał to podwójne zamknięcie, nie wiem, jak gad zamknął za sobą te „klapki” podczas wchodzenia. W kartonie, jakżeby inaczej, niewykorzystane ozdoby świąteczne. Ma padalec szczęście, że wszystko w całości, inaczej deszcz nie deszcz, nie byłoby zmiłuj się. A MDP tak owinęła sobie kocina wokół palca, że mi dziś robił wyrzuty, gdzież to ja kota zapodziałam i na pewno kotu dzieje się właśnie straszna krzywda. Jasne.

W przerwach między poszukiwaniem durnego kota ganiałam z odkurzaczem, ścierką i mopem po piętrze, aż się za mną kurzyło. Klatka schodowa wysprzątana. Pranie zrobione. Ciuszki wyprasowane. Zakupy przedświąteczne zrobione. Na dziś fajrant. Z obolałymi plecami klapnęłam w końcu przed komputerem, by napisać do Was kilka słów, a jutro jeszcze tyle pracy przede mną. Cieszę się, że w piątek uporałam się z segregacją papierzysków wszelakich. Zgroza mnie ogarnęła, jak zobaczyłam te wszystkie walające się radośnie po kątach wyciągi bankowe, umowy o pracę i inne ważne dokumenty. Zgadnijcie, czyje.

Ale! W czwartek pod moją nieobecność przyszły meble. Ładne, choć przyznam, że z ceną firma poszalała. Nie ta jedna zresztą. Łupią ludzi, aż miło.

Komodę już zapełniłam, witryna czeka na przymocowanie do ściany – Jestem jednak przywiązana do mojej porcelany.

Z kolei dziś łapałam – i to dosłownie – kuriera, który przywiózł nam kozę. Koza stoi już w salonie i radośnie meczy 😉

Niepotrzebna mi kawa

Przepraszam moich szanownych czytelników, niezadowolonych z poziomu ostatniego wpisu 😉

Jednakże nie jestem przekonana, czy dzisiejsza notka sprosta Waszym oczekiwaniom. Najchętniej podsumowałabym dzisiejszy dzień jednym słowem. 5 liter, słowo zaczyna się na „k”, kończy na „a” i nie, nie jest to „krowa”.

Zamówiłam byłam meble.

Aha, myślicie pewnie, zaczyna się.

A tak. Meble zamówione, termin realizacji usługi: „15-20 grudnia”. Czekałam cierpliwie, nikt się ze mną wcześniej nie kontaktował, zamierzałam przedzwonić dzisiaj, dowiedzieć się, co i jak. Godzinkę temu zadzwonił przedstawiciel firmy, informując mnie, że meble zostaną dostarczone jutro o godzinie 13:00.

O godzinie 13:00, proszę pana, to ja jestem w pracy.

Zwróciłam mu uwagę na bardzo krótki czas powiadomienia mnie, że z uwagi na aktualną sytuację w pracy nie jestem w stanie zwolnić się wcześniej ani wziąć urlopu tego dnia. Ha, zresztą, co ja sama miałabym zrobić z tymi meblami, przecież nie wniosę ich do domu. Zaproponowałam godziny wieczorne w dniu jutrzejszym, ewentualnie dostawę w piątek lub sobotę, w godzinach dla mnie dowolnych.*

W odpowiedzi pan próbował mnie zaszantażować, że firma ma tylko jeden samochód, więc albo dostawa mebli jutro o 13:00, albo w styczniu. Ooo, nie ze mną te numery, Brunner. Nie chwaląc się, wydarłam mu się do słuchawki i wygarnięcie mu, co sądzę o nim i o takim potraktowaniu mnie, trwało dobre 5 minut. Gość trochę zmiękł pod koniec rozmowy i zaczął dukać coś o przesunięciu terminu na godzinę 18:00, o co go przecież od początku rozmowy prosiłam! Niestety, na chwilę obecną nie wiem, czy dostawa faktycznie nastąpi o tej godzinie, gdyż nie usłyszałam żadnego potwierdzenia.

Postraszyłam firmę dalszymi krokami prawnymi z mojej strony, w przypadku nie wywiązania się z zawartej umowy, co później dodatkowo podsumowałam w e-mailu, powołując się na przeprowadzoną rozmowę telefoniczną. Trzeba zbierać dowody przed ewentualnym dalszym postępowaniem…

Odnośnie ostatniego: Punkt 5 warunków umowy określa wysokość odsetek za każdy dzień zwłoki w wykonaniu mebli.

***

* Pomijam już zupełnie kwestię formalności dotyczących zorganizowania gotówki w tak krótkim czasie, szacher-macher między kontami, ustawione limity dziennych wypłat itd. itd. Takie tam drobiazgi.