Zasada numer pierwsza: „Nie będziesz pouczał króla swego”.

Pewna bezczelna osóbka wysłała do mnie ostatnio taką oto wiadomość, aż pozwolę sobie zacytować:

„Dlaczego nam łamiesz serce i nic nowego nie ma na blogu, czuje że moje życie zrobiło się szare i pustawe bez lektury na poziomie jakim są twoje wpisy”

Ojejku jejku. Gdybym częściej słyszała takie piękne komplementy pod moim adresem, stąpałabym dumnym krokiem z nosem zadartym ku górze i wielce ważną miną. Lizus wstrętny myślał, że pochlebstwami zmiękczy moje serce i przyśpieszy update bloga.

Gdy to nie poskutkowało, usłyszałam, żem leniwa! Ja! Cóż to za bezczelność, pytam się, stosować techniki przymusu bezpośredniego. W dodatku nic sobie nie robi z mojego świętego oburzenia, ba, śmieje się w twarz, niecnota jedna.

A swoją drogą, napisać cosik miałam, nie przeczę, ino nie wyszło.

A było to tak:

Przyszła zima. Po zamontowaniu kozy w salonie odkryliśmy, jak wspaniała to rzecz owa koza, jak przyjemne daje ciepełko i jak cudownie jest wygrzewać się przed piecem na rozłożonych na podłodze kocach. Z kotełem mruczącym głośno obok. Z książką. Z kubkiem herbaty.

MDP tak bardzo zachwycił się ową kozą w salonie, że tylko drewna dokładał i dokładał, tak że z gorąca nie szło już wytrzymać, a goście w trakcie wizyty stawali się coraz bardziej tym gorącem zmęczeni i szybko do domu uciekali, żartując, że MDP w ten sposób na alkoholu oszczędza i dłużej gościć ich nie chce.

Nie na tym koniec. Pewnej pięknej słonecznej niedzieli naszym oczom ukazała się straszna prawda: Ściana za kozą popękała w kilku miejscach. Po konsultacji telefonicznej WT zarządził, że musi to sprawdzić. Nauczona poprzednim doświadczeniem, że mężczyznom się takich rzeczy absolutnie nie powierza, wyniosłam do innego pokoju część sprzętów, a pozostałe kazałam przykryć folią malarską, coby nie musieć później wszystkiego myć w pocie czoła. Jak ostatnio. Natomiast po oddelegowaniu zadań… nawiałam na weekend do moich rodziców, hłehłe.

Spryciula, powiecie. Poniekąd – Gdyby nie drobny fakt, że u rodziców dom sam się nie posprząta, a ogród na wiosnę nie ogarnie.

Po powrocie do mojego domku zastałam komin zabezpieczony; Schnie sobie spokojnie w oczekiwaniu na malowanie.

Wniosek: Brzydoki w postaci poprzednich właścicieli zrobili bubel, a nie remont. Na stary gruby tynk położyli nową gładź, które pod wpływem gorąca popękały.

Jeszcze pewnie odkryjemy niejedną taką niespodziankę, tfu tfu.

Reklamy

Spoza gór i strumyków wyszła banda paralityków

Nadszedł poniedziałkowy wieczór, i po popołudniu spędzonym na przyjemnym treningu mogę obwieścić, iż nareszcie mogę normalnie chodzić, zamiast poruszać się chodem kaczki i krzywić z powodu potwornego bólu szyi.

Taka mnie przed chwilą naszła myśl (Maluteńką dygresję zrobię, taką tyci-tyci. Uczę się od Chodzącej Dygresji 😉 a co), że ostatnimi czasy po weekendzie przychodzę do pracy, aby, uwaga, odpocząć. Przychodzę, przybywam, doczłapuję, dowlekam się rozpaczliwie, doczołguję prawie.

Tydzień temu Mentor wyciągnął nas na narty. Do tego sportu podchodzę z pewną rezerwą, ponieważ narty (=totalny brak kontroli, przynajmniej w moim wykonaniu) + ubity śnieg, czasem z lodem (=szybki zjazd, niekoniecznie „according to plan”) + góra (zawsze przerażająco wysoka, nawet jeśli jest to ośla łączka) + mój wzrost, wiek i ogromna wyobraźnia (przede wszystkim to ostatnie) stwarzają mieszankę równie radosną, co… radosną, ale dla otoczenia. Było… interesująco. W czwartek byłam w stanie już normalnie chodzić, siadać i wstawać. Tak, tak, zakwasy, od początku grudnia nie byłam na siłowni/basenie, no i mam efekty. Aktualnie przekonuję siebie, że bardzo chcę powtórzyć to doświadczenie (yhy).

Sielanka trwała całe 2 dni. W sobotę biegałam po domu z metrem, mierząc ścianę pod haki, wysprzątałam na błysk górne piętro i nadzorowałam prace w pozostałych częściach domu. Pogoda w ciągu dnia rzeczywiście dopisała i MDP razem z WT przebudowali komin na dachu. Wieczorem niestety znów spadło „białe ciulstwo”, śnieg z deszczem jak na złość przylazł złośliwie akurat wieczorem po skończonych pracach zewnętrznych, by w niedzielę rano ustąpić miejsca pochmurnemu niebu, bez jakichkolwiek opadów.

Po szaleństwach na dachu WT poszerzył otwór w kominie pod rurę od pieca, zdjął część paneli, a w tym czasie MDP wykuł otwór rewizyjny w piwnicy. Kręciłam się akurat po salonie, gdy moją uwagę przykuł odnawiany stoliczek, który, na moje oko, nabrał jakiegoś dziwnego, łososiowego koloru. Czyżby wosk źle chwycił? Co jest? Przejechałam delikatnie po blacie opuszkami palców. O żesz… Blat stolika, lampę podłogową, stoły, krzesła, ba, nawet odległą komodę pokryła warstewka ceglanego pyłu. Damn. I tak w rezultacie całe niedzielne poranko-południe spędziliśmy na szorowaniu parteru i piwnicy. Co za nieprzyzwoita złośliwość w przyrodzie.

Jakby tego było mało, kafelki, które kupiłam w markecie, okazały się mieć, minimalnie, ale jednak, nierówny rozmiar. WT poczarował i wszystko wygląda ładnie, równiutko. Mnie natomiast udało się dobrać pod kolor paneli zarówno kafelki, jak i listwę, co było niemałym wyczynem, jeśli zapomniało się zabrać do sklepu kawałka panela jako próbki. Starość nie radość, pamięć już nie ta sama.

Z pomocą damie w potrzebie przyszedł niespodziewanie pan konsultant, który rozwalił opakowanie interesującego mnie odcienia paneli, wręczył jeden i poprosił o zwrócenie po przymiarkach 🙂

Przy okazji stwierdzę rzecz oczywistą, i zapiszę ją tu nawet dla potomności, bo może następnym razem zapamiętam w końcu: Na zakupy w markecie budowlanym należy ubierać obuwie na płaskim obcasie. Zawsze. I niech nie zwiedzie nikogo nawet 5-centymetrowe maleństwo. Pokonywanie truchtem kilometrowych obszarów raz w tę, raz w tamtą stronę, a potem nazad i jeszcze raz, i tak od nowa, gdy zapomni się jakiegoś drobiazgu, szuka siebie nawzajem albo po raz piąty przemierza alejki z kafelkami, próbując dobrać właściwy odcień i typ, uczy, że próżność należy chwilowo schować głęboko do kieszeni.

Krok po kroku, krok po kroczku

…najpiękniejsze w całym roczku, idą Święta!

A wraz z nimi Wielkie Sprzątanie. Kot na wszelką okoliczność postanowił przespać cały ten rejwach w pudle. Powinnam była się domyślić, gdzie skunks się schował (Przy okazji: Wet znowu spoglądał na mnie z pewną dezaprobatą, że kot w dalszym ciągu nie ma imienia. Próbowałam mu wytłumaczyć, że imię kota jest odzwierciedleniem naszego aktualnego nastroju wobec kocich występków, ale nie spotkałam się ze zrozumieniem. Pan Wet w ogóle był ostatnio jakiś taki nie bardzo kumaty. Wolę Panią Wet, ale ona z kolei za bardzo rozczula się nad biedną kociną, której źli właściciele zabraniają włazić na łóżko.) Przez cały dzień szukałam kota po piętrach, piwnicy, ogrodzie. Nawoływałam, ale stworzenie z racji wieku nieco przygłuchawe jest – lub stosuje taktykę mojej mamy, polegającą na słuchaniu wybiórczym – więc mogłam sobie biegać i krzyczeć do woli. Po pewnym czasie machnęłam ręką, stwierdziłam, że gad musiał wymknąć mi się na dwór, pada co prawda, ale trudno, tyłek mu zmoknie, kiedyś wróci. Wyciągałam akurat pranie z pralki, gdy w pomieszczeniu obok coś zaszurało, zachrobotało i z kartonu na półce powoli, nieśpiesznie wylazł koteł. Karton miał to podwójne zamknięcie, nie wiem, jak gad zamknął za sobą te „klapki” podczas wchodzenia. W kartonie, jakżeby inaczej, niewykorzystane ozdoby świąteczne. Ma padalec szczęście, że wszystko w całości, inaczej deszcz nie deszcz, nie byłoby zmiłuj się. A MDP tak owinęła sobie kocina wokół palca, że mi dziś robił wyrzuty, gdzież to ja kota zapodziałam i na pewno kotu dzieje się właśnie straszna krzywda. Jasne.

W przerwach między poszukiwaniem durnego kota ganiałam z odkurzaczem, ścierką i mopem po piętrze, aż się za mną kurzyło. Klatka schodowa wysprzątana. Pranie zrobione. Ciuszki wyprasowane. Zakupy przedświąteczne zrobione. Na dziś fajrant. Z obolałymi plecami klapnęłam w końcu przed komputerem, by napisać do Was kilka słów, a jutro jeszcze tyle pracy przede mną. Cieszę się, że w piątek uporałam się z segregacją papierzysków wszelakich. Zgroza mnie ogarnęła, jak zobaczyłam te wszystkie walające się radośnie po kątach wyciągi bankowe, umowy o pracę i inne ważne dokumenty. Zgadnijcie, czyje.

Ale! W czwartek pod moją nieobecność przyszły meble. Ładne, choć przyznam, że z ceną firma poszalała. Nie ta jedna zresztą. Łupią ludzi, aż miło.

Komodę już zapełniłam, witryna czeka na przymocowanie do ściany – Jestem jednak przywiązana do mojej porcelany.

Z kolei dziś łapałam – i to dosłownie – kuriera, który przywiózł nam kozę. Koza stoi już w salonie i radośnie meczy 😉