Gdy w Nowy Rok skwar i upał, baran wilka będzie chrupał

Witajcie w nowym roku 🙂

Po ostatnim poście odezwało się kilka oburzonych głosów, jak to mogłam postawić kozę w salonie.

Moi drodzy. Koza bywa zarówno zwierzęciem, jak i małym, wolnostojącym kominkiem. Pelikany Wy moje.

Anyway, ani z kozą, ani z witryną nic nie ruszyło się do przodu, jako że w pewnych kwestiach jestem uzależniona od czasu WT. Coś za coś.

Za to mogę uroczyście oświadczyć, iż MDP, po kilku(nastu) narzekaniach na moje pomysły odnowienia komód, których odnawiać specjalnie nie było trzeba, na wybór zbyt ciemnych odcieni i kiepskich lakierów, na pomysł zastąpienia drewnianych gałek ozdobno-porcelanowymi, w końcu (czytaj: po pół roku) sapiąc pod nosem pomógł mi z renowacją tychże mebelków. Komoda z sekretarzykiem w kolorze ciemnobrązowym, z biało-niebieskimi gałkami, ozdobiła naszą sypialnię, natomiast druga, jasnobrązowa, z biało-złotymi gałkami, powędrowała po pokoju gościnnego nr 2.

MDP pomógł mi także z oszlifowaniem przedwojennego stoliczka zakupionego na giełdzie staroci. Potraktowałam mebelek moim ukochanym woskiem, teraz odczekam trochę, a następnie ładnie go wypoleruję. Stoliczek był dość zniszczony, miał piękny mahoniowy kolor. Przez chwilę kłuły mnie wyrzuty sumienia ze względu na zmianę koloru mebla, ale cóż, mahoń pasowałby w naszym domu jak pięść do oka – tudzież nosa (Swoją drogą, fascynujące porównania, jeśli się nad tym głębiej zastanowić).

Ze stolika w mojej małej kuchni ostatecznie zrezygnowałam, stawiając na więcej przestrzeni do przechowywania.

I tak sobie teraz rozmyślam… Za ten cały wkład MDP w renowację mebli, chyba koło nosa przejdzie mi kolacja w wypaśnej restauracji (vide nasz zakład sprzed kilku miesięcy) 😉

Reklamy

Krok po kroku, krok po kroczku

…najpiękniejsze w całym roczku, idą Święta!

A wraz z nimi Wielkie Sprzątanie. Kot na wszelką okoliczność postanowił przespać cały ten rejwach w pudle. Powinnam była się domyślić, gdzie skunks się schował (Przy okazji: Wet znowu spoglądał na mnie z pewną dezaprobatą, że kot w dalszym ciągu nie ma imienia. Próbowałam mu wytłumaczyć, że imię kota jest odzwierciedleniem naszego aktualnego nastroju wobec kocich występków, ale nie spotkałam się ze zrozumieniem. Pan Wet w ogóle był ostatnio jakiś taki nie bardzo kumaty. Wolę Panią Wet, ale ona z kolei za bardzo rozczula się nad biedną kociną, której źli właściciele zabraniają włazić na łóżko.) Przez cały dzień szukałam kota po piętrach, piwnicy, ogrodzie. Nawoływałam, ale stworzenie z racji wieku nieco przygłuchawe jest – lub stosuje taktykę mojej mamy, polegającą na słuchaniu wybiórczym – więc mogłam sobie biegać i krzyczeć do woli. Po pewnym czasie machnęłam ręką, stwierdziłam, że gad musiał wymknąć mi się na dwór, pada co prawda, ale trudno, tyłek mu zmoknie, kiedyś wróci. Wyciągałam akurat pranie z pralki, gdy w pomieszczeniu obok coś zaszurało, zachrobotało i z kartonu na półce powoli, nieśpiesznie wylazł koteł. Karton miał to podwójne zamknięcie, nie wiem, jak gad zamknął za sobą te „klapki” podczas wchodzenia. W kartonie, jakżeby inaczej, niewykorzystane ozdoby świąteczne. Ma padalec szczęście, że wszystko w całości, inaczej deszcz nie deszcz, nie byłoby zmiłuj się. A MDP tak owinęła sobie kocina wokół palca, że mi dziś robił wyrzuty, gdzież to ja kota zapodziałam i na pewno kotu dzieje się właśnie straszna krzywda. Jasne.

W przerwach między poszukiwaniem durnego kota ganiałam z odkurzaczem, ścierką i mopem po piętrze, aż się za mną kurzyło. Klatka schodowa wysprzątana. Pranie zrobione. Ciuszki wyprasowane. Zakupy przedświąteczne zrobione. Na dziś fajrant. Z obolałymi plecami klapnęłam w końcu przed komputerem, by napisać do Was kilka słów, a jutro jeszcze tyle pracy przede mną. Cieszę się, że w piątek uporałam się z segregacją papierzysków wszelakich. Zgroza mnie ogarnęła, jak zobaczyłam te wszystkie walające się radośnie po kątach wyciągi bankowe, umowy o pracę i inne ważne dokumenty. Zgadnijcie, czyje.

Ale! W czwartek pod moją nieobecność przyszły meble. Ładne, choć przyznam, że z ceną firma poszalała. Nie ta jedna zresztą. Łupią ludzi, aż miło.

Komodę już zapełniłam, witryna czeka na przymocowanie do ściany – Jestem jednak przywiązana do mojej porcelany.

Z kolei dziś łapałam – i to dosłownie – kuriera, który przywiózł nam kozę. Koza stoi już w salonie i radośnie meczy 😉

Niepotrzebna mi kawa

Przepraszam moich szanownych czytelników, niezadowolonych z poziomu ostatniego wpisu 😉

Jednakże nie jestem przekonana, czy dzisiejsza notka sprosta Waszym oczekiwaniom. Najchętniej podsumowałabym dzisiejszy dzień jednym słowem. 5 liter, słowo zaczyna się na „k”, kończy na „a” i nie, nie jest to „krowa”.

Zamówiłam byłam meble.

Aha, myślicie pewnie, zaczyna się.

A tak. Meble zamówione, termin realizacji usługi: „15-20 grudnia”. Czekałam cierpliwie, nikt się ze mną wcześniej nie kontaktował, zamierzałam przedzwonić dzisiaj, dowiedzieć się, co i jak. Godzinkę temu zadzwonił przedstawiciel firmy, informując mnie, że meble zostaną dostarczone jutro o godzinie 13:00.

O godzinie 13:00, proszę pana, to ja jestem w pracy.

Zwróciłam mu uwagę na bardzo krótki czas powiadomienia mnie, że z uwagi na aktualną sytuację w pracy nie jestem w stanie zwolnić się wcześniej ani wziąć urlopu tego dnia. Ha, zresztą, co ja sama miałabym zrobić z tymi meblami, przecież nie wniosę ich do domu. Zaproponowałam godziny wieczorne w dniu jutrzejszym, ewentualnie dostawę w piątek lub sobotę, w godzinach dla mnie dowolnych.*

W odpowiedzi pan próbował mnie zaszantażować, że firma ma tylko jeden samochód, więc albo dostawa mebli jutro o 13:00, albo w styczniu. Ooo, nie ze mną te numery, Brunner. Nie chwaląc się, wydarłam mu się do słuchawki i wygarnięcie mu, co sądzę o nim i o takim potraktowaniu mnie, trwało dobre 5 minut. Gość trochę zmiękł pod koniec rozmowy i zaczął dukać coś o przesunięciu terminu na godzinę 18:00, o co go przecież od początku rozmowy prosiłam! Niestety, na chwilę obecną nie wiem, czy dostawa faktycznie nastąpi o tej godzinie, gdyż nie usłyszałam żadnego potwierdzenia.

Postraszyłam firmę dalszymi krokami prawnymi z mojej strony, w przypadku nie wywiązania się z zawartej umowy, co później dodatkowo podsumowałam w e-mailu, powołując się na przeprowadzoną rozmowę telefoniczną. Trzeba zbierać dowody przed ewentualnym dalszym postępowaniem…

Odnośnie ostatniego: Punkt 5 warunków umowy określa wysokość odsetek za każdy dzień zwłoki w wykonaniu mebli.

***

* Pomijam już zupełnie kwestię formalności dotyczących zorganizowania gotówki w tak krótkim czasie, szacher-macher między kontami, ustawione limity dziennych wypłat itd. itd. Takie tam drobiazgi.

All I wish for Christmas

Po wczorajszym poście odezwały się głosy oburzonych za podstępny cliffhanger.

Ojejku jejku 🙂

Kontynuuję zatem mą opowieść:

Głównie dzięki mojemu tacie pozbyliśmy się uschłych / dziko rosnących / pnących się bujnie (niepotrzebne skreślić) chaszczy w moim ogrodzie. Ha, „pozbyliśmy się” nie było w tamtym momencie odpowiednim określeniem. Owszem, krzaczory zostały wyrwane, wykopane, a ziemia wykarczowana, ale po pracach ogrodowych pozostała nam malownicza… góra zielonego śmiecia. Hałda o wymiarach w przybliżeniu dł. 15m x szer. 2m x wys. 80cm. Za wywiezienie której lokalny zakład usług komunalnych zażyczył sobie opłatę w wysokości 50 zł netto za 1m3, obejmującą podstawienie i wywiezienie kontenera na odpady. Pobieżne przeliczenie wysokości należnej opłaty przyprawiło mnie o szybsze bicie serca. Przypomniałam sobie, że sąsiad na końcu ulicy posiada wypożyczalnię przyczep, zaczęłam więc rozpytywać znajomych, kto posiada auto z hakiem i mógłby posłużyć nam za kierowcę. Jak na złość, dziś haków nikt prawie nie posiada. W końcu wygooglałam dwie lokalne firmy transportowe i tak wczoraj pojawił się u nas przemiły starszy pan z ciężarówką, załadowaliśmy haszcze na samochód i wywieźliśmy do odpowiedniego punktu. W którym, nawiasem mówiąc, za przyjęcie odpadów nie pobrano od nas, jako mieszkańców gminy, żadnej opłaty.

Teraz ogród wydaje się taki przestronny…

Jako że pogoda dopisała i z chaszczami uporaliśmy się wręcz w ekspresowym tempie, postanowiłam zaciągnąć MDP do galerii meblowej. Miałam upatrzone meble od pewnego producenta, i byłam ciekawa, jak prezentują się na ekspozycji, ponieważ zdjęcia przedstawione na stronie internetowej były w koszmarnej rozdzielczości (piksele, ach te piksele). Przebiegliśmy truchtem jedną część galerii, i nie znalazłszy szukanego salonu, dla żartu zaciągnęłam MDP do innej, bardziej ekskluziw części. MDP wpadła w oko drewniana rustykalna szafa w stylu podobno kolonialnym, w jego mniemaniu zaś raczej w stylu średniowiecznej sali tortur, więc szybko wdał się w dyskusję ze sprzedawcą i wspólnie dywagowali nad możliwościami zamknięcia w niej dzieci. Hm.

Ostatecznie znaleźliśmy „mój” salon meblowy. Na ekspozycji nie było jednak żadnych mebli do salonu, sprzedawca poczęstował mnie katalogiem firmy, którego jakość pozostawia wiele do życzenia. Zdjęcia te same jak na stronie internetowej, piksele i kiepski design straszą z każdej strony. Profesjonalizm grafika poraża.

W tym miejscu pozwolę sobie na małą dygresję. Ciężko znaleźć jakieś ładne meble. Obejrzałam kilkadziesiąt stron producentów mebli i osób/firm sprzedających używane antyczne meble. Antyki, mimo iż urokliwe, są często przeładowane zdobieniami, z kolei meble nowoczesne są zbyt geometryczne, mówiąc bez ogródek: to zwykłe klocki. Chyba każdy producent mebli ma klocki w swojej ofercie. Klocki mają to do siebie, że są, no, klockowate, bez polotu, bez uroku, po prostu są. Co kto lubi zresztą.

A meble, swoją drogą, kupiłam. Znaczy się: zamówiłam. Ale u innego producenta. I będą przed Gwiazdką!

Podobno.

W dzisiejszych czasach kobiety zajmują wszędzie odpowiedzialne stanowiska!

Tyle się dzieje, a ja chaotycznie próbuję nadrobić zaległości. Wczoraj podzieliłam posta na dwie części, ponieważ chciałam choć odrobinkę pogrupować tematycznie wpisy.

Podczas weekendu udało mi się zaliczyć, oprócz imprezy tematycznej, w której brałam udział (mimo strasznego upału i nawrotu alergii – ale było fantastycznie i zdecydowanie warto było w niej uczestniczyć, głównie ze względu na wspaniałych ludzi), dwa targi staroci, w mieście X i Y. Wyprawa zaowocowała kupnem filiżanki z mojej ulubionej serii – Rosenthal Sanssouci, śliczności moje, chciałabym mieć kiedyś całą zastawę, tymczasem na razie cieszę się z 2 filiżanek. Mogę być snobem, ale uważam, że kawa i herbata pite w filiżance z porcelany smakują zupełnie inaczej. Wyjątkowo. Porewolucyjna moda picia gorących napojów w szklankach, w wersji najokropieńszej: w szklankach z plastikowym koszyczkiem-uchwytem, jest dla mnie barbarzyństwem.

Oprócz ww. nieplanowanego zbytku 😉 nabyłam również uroczy przedwojenny okrągły stolik. Mebelek jest w dość podniszczonym stanie, z rozpędu mogę odrestaurować również i jego, a co mi tam. Renowacja mebli idzie mi ostatnimi czasy całkiem dobrze i sprawnie.

W międzyczasie meblościanka została pokryta drugą warstwą „odnawiacza”, a po kilku dniach – warstwą wosku do mebli w kolorze dębu, który ładnie przyciemnił mebel. Efekt możecie zobaczyć poniżej 🙂

WP_20140610_001

Kolor końcowy to właściwie dąb z lekką domieszką czereśni, niestety zdjęcia nie oddają stanu faktycznego, przeszkadzają również odbicia świetlne.

Jeśli chcecie wiedzieć, jak wykonać renowację mebli przy pomocy wosku, odpowiedź brzmi: „Szybko”.

Zdecydowanie szybko. Albowiem: Wosk jest generalnie mega wydajny i na bawełnianą szmatkę (lub gąbkę do naczyń) wystarczy nabrać ledwo odrobinę. Ja nakładam go punktowo na mebel i szybkimi ruchami rozcieram, żeby zachować jednolity kolor. Jeśli zostawi się to-to o jedną chwilę za długo, trzeba dłużej pocierać (a ręce bolą) i mogą pozostać przebarwienia.

Na chwilę obecną najprawdopodobniej poprzestanę na jednej warstwie wosku (po wyschnięciu, następnego dnia można nakładać kolejną), którą pokryłam mebel z zewnątrz. Środek potraktowałam tylko „odnawiaczem”, wnętrze i półki zostawię w oryginalnym kolorze jasnego dębu.

Na koniec wspomnę jeszcze, że na giełdzie moją uwagę zwróciły cudne mebelki w stylu ludwikowskim. Jedne, w bardziej przystępnej cenie, posiadały niestety ciemnozielone obicia (same w sobie piękne i eleganckie, ale nie pasujące do mojej wizji). Drugi zestaw był w kolorze, powiedzmy, jarzębiny (Mimo iż jestem kobietą, niektóre odcienie trudno mi zdefiniować ;)). Powzdychałam sobie, wzięłam namiary na sprzedawcę, ale po powrocie do domu MDP nieco ostudził mój zapał mówiąc, żebym nie robiła z domu willi Janukowycza 😀 Oj tam…

The clever huntress always looks her best, you never know when big game might cross your path

Jak przyjemnie móc w końcu usiąść… Takie mnie przy okazji nachodzą refleksje, że mam jednak grupę fantastycznych przyjaciół i znajomych. W środę przybyła grupa wsparcia, która w pocie czoła dzielnie tachała ciężkie meble bądź pomagała mi pozbywać się podstępnie schowanych pająków 😉 a dziś kolejna grupa wsparcia wyciągnęła mnie z chwilowej przeprowadzkowej depresji i skutecznie objęła dowodzenie operacją pakowania gratów.

Tak, ciągle się przeprowadzamy i końca na razie nie widać. Jutro planujemy opróżnić z resztek rzeczy mieszkanie. W starym domu pozostawiliśmy jeszcze sporo rzeczy do przejrzenia, posortowania, wyrzucenia, oddania bądź przewiezienia.

Z kolei w nowym domu wszystko w kartonach lub w kawałkach. Rozczłonkowana meblościanka czeka na odnowienie i złożenie. W ciągu ostatnich kilku lat wypłowiała mi nieco od słońca (ustawienie jej od strony południowej i nie zaciąganie rolet zrobiły swoje), muszę ją poddać regeneracji. Mama wyczytała jakieś rewelacje o myciu mebli ciepłym piwem. Hm, spróbujemy. Ten treatment meblom zaszkodzić przecież bardziej nie może (choć piwa trochę szkoda). Dokupię ewentualnie jakąś lakierobejcę albo chalk paints, gałki dam stolarzowi do przemodelowania i będą super mebelki. Szaf zakupionych w IKEI ostatecznie jeszcze nie złożyliśmy, ponieważ czas dostawy „pomiędzy 16:00 a 20:00” dla podwykonawcy IKEI oznacza dostarczenie mebli po godzinie 21:00…

Dodatkowo wczoraj upolowałam piękny drewniany stół z 6 krzesłami do jadalni, dokładnie taki, o jakim myślałam, w ciemnobrązowym kolorze, z krzesłami obitymi bordową sztuczną skórą i tak oto rozpływam się nad nim w zachwytach. Tym bardziej, że była to niesamowita okazja: stół używany, w idealnym stanie, a cena śmiesznie niska. Lucky me!

Łowczyni upolowała jednak coś jeszcze.

Przy drodze, którą dawniej regularnie przemierzałam, zauważyła niepozorny, niezbyt rzucający się w oczy sklep meblowy. Co mi tam, stwierdziłam, zatrzymam się. Co prawda burza idzie, sobota, godzina 13:30, sprzedawca pewnie mnie zje, bo marzy o pójściu do domu, ale zajrzę na chwilę. Weszłam i… oczka mi rozbłysły na widok ładnego sosnowego kufra na odzież/pościel. Kufra, który, nawiasem mówiąc, stoi już w przedpokoju i czeka na zawartość 🙂

W poszukiwaniu straconego czasu

Na pewno wylewałam na ten temat żale na Facebooku, czy tu również, nie pamiętam.

Swego czasu zgłosiłam reklamację dotyczącą naszego łóżka, zakupionego przed 1,5 roku w IKEI, a konkretniej ramy, której poprzeczna belka zwyczajnie złamała się, i to w dodatku po dość krótkim okresie użytkowania. Dziś już wiem, że wybrałam za tanią, zbyt niestabilną i delikatną ramę łóżka, ale cóż, zaćmienie umysłu podczas wizyty w sklepie zrobiło swoje. Tak to jest, gdy podczas wyboru dominujące znaczenie ma estetyka mebla, a nie praktyczność.  W międzyczasie „nasza” seria zniknęła już z oferty (ciekawe, dlaczego…), a z pracownikami sklepu nie mogłam dogadać się ani mailowo (Kretyńskie odpowiedzi „na odczepnego” wykraczały poza mój poziom tolerancji i poczucia humoru), ani telefonicznie (Czy ktoś z Was próbował dodzwonić się na Infolinię? I czy się udało? No właśnie), dlatego moja reklamacja wpadła w przysłowiową czarną dziurę i do dnia dzisiejszego nie jest rozpatrzona.

Przyjmuję to z wyjątkowym spokojem, ponieważ GW uwolnił mnie od konieczności trzymania w ryzach mojej złośliwości podczas odpowiadania na głupie maile. Moje łóżeczko dostało bowiem dodatkowe wzmocnienia i nie ukrywam, że z przyjemnością zamienię spanie na podłodze na materacu na wygodne łóżko.

À propos łóżka, bo jakoś tak się przy nim zatrzymałam… Spędziłyśmy dziś z mamą MDP 4h, oglądając stoły i garderoby w sklepach meblowych, a później w IKEI właśnie. W tej ostatniej wpadła mi w oko szafa z 4 przedziałami, 2 na wieszaki, 2 z półkami i koszami, wysoka (prawie do sufitu, więc przestrzeń wykorzystana maksymalnie), z dodatkowymi półkami na górze i dole, w dość korzystnej cenie. Dokładnie taka, jaką chciałam. Planuję umieścić to-to w garderobie – jestem szczęśliwym posiadaczem dodatkowego mikro-pokoiku i nie muszę zagracać sypialni czy pozostałych pokoi szafami tudzież ogromnymi meblościankami. Zagracę tylko trochę, regałami na książki.

Jutro z rana planuję pojechać jeszcze do pewnego sklepu meblowego, który dostrzegłam ostatnio w drodze powrotnej do domu, ale nie miałam sposobności odwiedzić. Do sklepu z meblami sosnowymi, niach niach. Plan mam taki, aby powolutku, po kawałeczku meblować sobie domek meblami drewnianymi, a nie czymś drewno-podobnym. Tak, wiem, ile to kosztuje. Ale…

Dawno nie doświadczyłam tak niesamowitego wrażenia, jak dzisiaj, w kilku sklepach z designerskimi meblami drewnianymi, które tak znacząco różniły się od tego ogólnie dostępnego meblowego standardu ze sklejki. Powzdychałam sobie, nacieszyłam oczy i, cóż, z ciężkim sercem ruszyłam w dalszą drogę.